Napisz sobie przyszłość. Rozmowa z Philipem Zimbardo.
Fot. East News

Napisz sobie przyszłość. Rozmowa z Philipem Zimbardo.

Trudne doświadczenia z przeszłości mogą źle wpłynąć na nasze życie, ale… nie muszą. Wszystko zależy od tego, z jakim nastawieniem patrzymy na to, co przeżyliśmy. Z każdej historii można wydobyć coś pozytywnego, co nas wzmocni – przekonuje profesor Philip Zimbardo, słynny amerykański psycholog.


Po dziesiątkach lat badań i praktyki terapeutycznej stało się dla mnie jasne, że nasze dzisiejsze aspiracje, poziom wiary w siebie, cele, jakie sobie stawiamy, a nawet szacunek, który do siebie czujemy lub nie, zależą od tego, jaką opowieść o swojej przeszłości snujemy w głowach. Czy to jest historia relacjonowana z punktu widzenia ofiary, czy też kogoś, kto mimo niepowodzeń widzi w swojej biografii powody do dumy.

Przekonuje pan w swoich książkach, że możemy wyzwolić się od życiowego pecha, gdy zaczniemy inaczej niż do tej pory myśleć o tym, co przeżyliśmy.
Philip Zimbardo:
Nie wierzę w istnienie życiowego pecha! Za to jakiś czas temu odkryłem, że nasze życie silnie determinuje to, czy bardziej koncentrujemy się na klęskach, czy na sukcesach. Czy wolimy rozpamiętywać raczej pozytywną, czy negatywną przeszłość. Każdy doświadcza jednego i drugiego. Oczywiście w różnych proporcjach. Są ludzie, którzy obiektywnie mieli w życiu pod górkę, i to od najmłodszych lat, dorastali w biedzie, byli ofiarami nadużyć, oraz tacy, których nic podobnego nie spotkało. Ale studiując historie życia jednych i drugich, zauważyłem, że o tym, czy byli w dorosłym życiu szczęśliwi i jak wiele osiągnęli, nie decydowały ich realne doświadczenia, trudny czy łatwy start, tylko to, do czego najczęściej wracali pamięcią, na co kładli nacisk we wspomnieniach, o czym opowiadali sobie i innym.

O jakości naszego życia przesądza to, co i jak wspominamy?
W dużej mierze! Po dziesiątkach lat badań i praktyki terapeutycznej stało się dla mnie jasne, że nasze dzisiejsze aspiracje, poziom wiary w siebie, cele, jakie sobie stawiamy, a nawet szacunek, który do siebie czujemy lub nie, zależą właśnie od tego, jaką opowieść o swojej przeszłości snujemy w głowach. Czy to jest historia relacjonowana z punktu widzenia ofiary, czy też kogoś, kto mimo niepowodzeń widzi w swojej biografii powody do dumy. Życie każdego z nas można opowiedzieć na oba sposoby. Niestety, wielu ludzi tkwi w czymś, co nazwałem „orientacją przeszłą negatywną”. Skupiają się głównie na tym, co poszło im źle, na szansach, z których nie skorzystali, na żalu, że czegoś tam nie zrobili, że ktoś ich zranił, zdradził, porzucił. To sprawia, że wciąż odczuwają smutek. Nawet wtedy, gdy obiektywnie układa im się dobrze, czują niedosyt, pustkę. I czasem przez to przestaje im się dobrze układać.

Rozpamiętywanie klęsk może prowadzić do kolejnych niepowodzeń?Tak, bo podcina nam skrzydła. Skupieni na rozżaleniu nie zauważamy szans, które dostajemy od życia tu i teraz. Ale przede wszystkim tkwimy w czymś, co nazywam „negatywnym poczuciem komfortu”. Ktoś, kto przez większość czasu powraca do porażek, przyzwyczaja się do odczuwania frustracji, lęku, niezadowolenia i podświadomie dąży do tego, by również w nowych okolicznościach odtwarzać w sobie te męczące, ale za to dobrze znane stany. W ten sposób siłą nawyku reanimujemy w nieskończoność stare frustracje i odgrywamy w nowych dekoracjach te same unieszczęśliwiające nas scenariusze. A przecież przeszłość, jakakolwiek była, obiektywnie minęła. Gdy jednak wciąż rozpamiętujemy to, co było złe, naszym życiowym paliwem staje się przekonanie, że mamy gorzej niż inni. To automatycznie uruchamia myśli w stylu: „mnie się nigdy nic nie udaje”, „mam pecha”, „jestem do niczego”, „moje życie to porażka” itp. Skoro nam nie mieści się
w głowie, że moglibyśmy coś wygrać, to innym tym bardziej, więc kolejny raz „akurat nam ktoś rzuca kłody pod nogi i coś się nam nie układa”. Jednak w większości przypadków proces porażki nie zaczyna się w „złym świecie”, tylko w naszej głowie.

Czy można go zatrzymać? Odwrócić? Zwłaszcza jeśli przez lata byliśmy skoncentrowani na rozpamiętywaniu niepowodzeń i mamy już dobrze przećwiczony nawyk użalania się nad sobą? 
Oczywiście. Z moich doświadczeń z pacjentami wynika, że kluczowa jest tu właśnie zmiana sposobu postrzegania przeszłości z negatywnej na pozytywną. W praktyce terapeutycznej zaczynam od tego, że szukam w pamięci człowieka dobrych wspomnień, choćby jednego, i proszę, by opowiedział mi o nim ze szczegółami. Pacjenci przyzwyczajeni do skarżenia się na los często mają z tym na początku problem. O tym, że byli prześladowani w dzieciństwie, potrafią opowiadać z zaskakującymi szczegółami, ale obraz dobrego kolegi, który ich wspierał, jest dziwnie rozmyty. By go ożywić, jak rasowy detektyw domagam się szczegółów. Pytam: „W jakich okolicznościach poznaliście się z tym kolegą? Jak spędzaliście czas? Jakie jest twoje najmilsze wspomnienie związane z tą osobą?”. Dobijam się do pamięci pacjenta tak długo, aż w jego głowie dobre wspomnienie zaczyna się rekonstruować i wywoływać emocje.

Zdarzają się osoby, które dowodzą, że ich przeszłość jest wyłącznie pasmem niepowodzeń, więc szukanie w niej miłych chwil czy powodów do dumy to strata czasu? 
Często. Ale mimo to drążę do skutku: „Czy był w twoim dzieciństwie ktoś, kogo lubiłeś? Nie? To może ktoś, kto ci pomógł? Komu ty pomogłeś? Może miałeś psa, z którym się bawiłeś? Albo byłeś dobry w jakimś sporcie?”. Terapeuta musi być kreatywny! (śmiech) Nie zdarzyło mi się, żeby na któreś z takich pytań w końcu nie padła pozytywna odpowiedź. A gdy pacjent zacznie już opowiadać o choćby jednej drobnej wygranej z życiem, jest nadzieja na zmianę jego perspektywy.

Co to może wnieść do naszego życia? 
Dobre wspomnienie wyzwala w nas poczucie dumy i szczęścia. Kiedy opowiadamy o takich momentach, rozsmakowujemy się w obrazie siebie jako osoby, która może czuć się dobrze i dokonywać rzeczy ważnych. Są ludzie, którzy dziesiątki lat skupiali się głównie na negatywach. Ja proponuję im, by napisali swoje życie na nowo, zaczynając najpierw od „przepisania” przeszłości. Nie chodzi o żadną przenośnię. Na terapii często daję ludziom dokładnie takie zadanie: „Gdybyś był pisarzem, który ma przedstawić historię twojego życia, ale tak, by inspirowała innych, od czego byś zaczął?”. Badania dowiodły, że gdy naszym zadaniem jest właśnie inspirowanie bliźnich, nawet ci, którzy uważali się za nieudaczników, chcą czymś zabłysnąć! Tak postawione pytanie potrafi zmobilizować wiecznych malkontentów do wyłuskania czegoś ponadprzeciętnego z osobistego archiwum. Nieraz widziałem, jak pesymistyczny pacjent nagle się rozpromieniał i mówił: „A wie pan, że rzeczywiście było takie jedno zdarzenie”. Gdy przez kilka tygodni terapii rekonstruujemy pozytywną przeszłość pacjenta zdarzenie po zdarzeniu, w końcu w jego głowie zaczyna się wyświetlać inny film niż wcześniej. A wtedy mogę powiedzieć takiej osobie: „Gdy przyjdzie ci ochota na powrót do przeszłości, pamiętaj, że masz wybór. Możesz znów pomyśleć o ojcu, który terroryzował cię w dzieciństwie, albo o tym, że byłeś najlepszy w klasie w pływaniu kraulem i uratowałeś psa, którego potrącił samochód. Od ciebie zależy, czy w dzisiejszym życiu podłączysz się do swojego dawnego wcielenia ofiary i zaczerpniesz z niego kolejną dawkę żalu i bezsilności, czy też wywołasz z przeszłości jakiś swój sukces i nim się zainspirujesz”.

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 06/2018
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również