Portret

Obecnego męża poznała online, o byłym mówi: Jest moją rodziną. Jak dziś żyje Anita Lipnicka?

Obecnego męża poznała online, o byłym mówi: Jest moją rodziną. Jak dziś żyje Anita Lipnicka?

Jesienią wraca do początków. Anita Lipnicka świętuje wtedy jubileusz pierwszego solowego debiutu. Na scenie delikatna i krucha, w życiu silna i dojrzała. Z pewnością wie, czego chce.

Czerwiec 1995 roku. Jadę do Piotrkowa Trybunalskiego, zrobić reportaż o Anicie Lipnickiej. To jeden z moich pierwszych materiałów dziennikarskich. Anita ma zaledwie 20 lat, ja kilka lat więcej. Ona jest już gwiazdą, wtedy jeszcze wokalistką Varius Manx. Zdobywa z zespołem nagrody, m.in. Grand Prix w Sopocie, Fryderyki, a cała Polska śpiewa jej teksty: „Zanim zrozumiesz”, „Zamigotał świat”. Rozmawiamy w rodzinnym mieszkaniu Anity w niewielkim piętrowym bloku. Rodzice Barbara i Ryszard, brat Arek przyjmują mnie gościnnie, choć są trochę oszołomieni karierą córki i siostry. Pamiętam domową, ciepłą atmosferę i kuchnię. Anita ma wtedy charakterystyczne krótko obcięte włosy, jest wysoka, charyzmatyczna, może trochę nieśmiała (chyba zresztą obie takie wtedy byłyśmy), ale szybko przełamujemy lody. Dziś widzimy się w Warszawie. Idzie prężnym krokiem przez Ogród Saski, wysoka, jasnowłosa, obok mąż Mark Gray. Spacerują z psem, charcikiem Eddiem. Gdy siadamy na kawę i przypominam jej się sprzed lat, zaczynamy wspominać. Tyle w jej życiu się zmieniło. I nie ma już taty, którego Anita kochała najmocniej na świecie…

Anita Lipnicka: początki kariery

Jesienią świętuje trzydziestolecie solowego debiutu „Wszystko się może zdarzyć”. Na długi czas zapomniała o tej płycie, nie zwracała uwagi na kolejne rocznice. W trakcie kariery miała nawet dziesięcioletnią przerwę, kiedy w ogóle nie wykonywała dawnych utworów. To był czas nagrywania z muzykiem, jej ówczesnym partnerem, Johnem Porterem. Żyli intensywnie, w domu i na scenie, więc nie liczyła się dla niej przeszłość. Śmieje się, że z wiekiem pewnych podsumowań nie da się już pominąć, bo pamiętają o nich fani i chcą je celebrować. Z perspektywy lat patrzy na swoje dawne piosenki trochę jak na rysunki z dzieciństwa. Sama woli późniejszą, bardziej dojrzałą twórczość. Ale paradoksalnie to te najbardziej młodzieńcze utwory wciąż pozostają tymi najpopularniejszymi. Pewnie dlatego, że śpiewało je z nią całe pokolenie lat 90. Była wtedy mocną, zdeterminowaną dziewczyną, która miała jasny plan: chciała pisać i nagrywać piosenki. I wierzyła w swoją sprawczość. Miała już za sobą trochę doświadczeń, choćby z samodzielnego wyjazdu do Japonii jako 15-latka na kilkumiesięczny kontrakt modelingowy. Przez jakiś czas występowała też z bratem w kabarecie z Krakowa. Przyznaje, że szła przez życie jak burza, co niestety odbijało się na jej relacjach prywatnych. Były powierzchowne i krótkotrwałe, a spotykani chłopcy wydawali się jej mało dojrzali. To sprawiało, że pierwsze muzyczne lata były naznaczone ciągłymi rozstaniami.

Pamięta i trudne momenty, choćby podczas ostatniej trasy koncertowej z grupą Varius Manx, gdy ma anginę i wysoką gorączkę. Koncertu nie da się odwołać przez internet tak jak dziś. Na życzenie menedżerów jedzie z mamą 300 kilometrów, aby stanąć przed publicznością i powiedzieć: „Przepraszam, ale nie zaśpiewam, jestem zbyt chora. Nie dam rady”. Wtedy coś w niej pękło. Po dwóch latach intensywnej współpracy czuła się jak wyciśnięta cytryna. Odeszła z zespołu i firmy fonograficznej. Na rok zniknęła ze sceny muzycznej. Tempo było zbyt duże, a nagła popularność wcale niełatwa. Sława ją przytłoczyła i odebrała poczucie prywatności. Nie umiała sobie z tym poradzić. Musiała się zatrzymać.

 

Anita Lipnicka: ważny etap w Londynie

Solowe „Wszystko się może zdarzyć” nagrywa w Londynie. To miasto ją oszołomiło, kolory, nieznane zapachy i smaki. Tam rozkwitła jako kobieta, człowiek, artystka Po odejściu z Varius Manx nie miała konkretnego planu. Jarek Regulski, znajomy realizator dźwięku, ówczesny szef studia Buffo pracujący z tandemem Józefowicz/ Stokłosa, zasugerował jej, że powinna poznać Wiktora Kubiaka, producenta musicalu „Metro”, który mieszkał wtedy w Londynie. Anita wspólnie z Jarkiem pojechała do Anglii. Wkrótce Wiktor Kubiak został jej menedżerem i to z nim podpisała kontrakt na solową płytę.

Dopiero wtedy zaczęła się moja świadoma przygoda z muzyką i show-biznesem - wspomina. - Ten wyjazd był dla mnie nowym otwarciem, jakbym znalazła drzwi do całkiem innego wymiaru. Zrobiłam krok milowy, jeśli chodzi o samorozwój. Nie tylko na poziomie artystycznym, ale także w wymiarze rozwoju osobowości.

- Zderzenie z obcym językiem, odmienną kulturą zawsze otwiera oczy. Musiałam pokonać wtedy kompleksy, przełamać szereg barier, aby móc swobodnie rozmawiać i precyzyjnie wyrażać oczekiwania wobec muzyków i producentów w studiu.

Jej pochodzenie także było wówczas dla niej problemem. W tamtym czasie wiedza o Polsce na Zachodzie bywała powierzchowna, a skojarzenia ze Wschodnią Europą bardzo jednoznaczne. Czuła się czasem jak obywatelka świata gorszej kategorii. Wiele kosztowało ją aby przełamać poczucie niedopasowania i pozbyć się lęku przed oceną. Za punkt honoru wyznaczyła sobie, aby pokazać, że w Polsce są wspaniali, utalentowani ludzie, którzy też potrafią tworzyć muzykę, robić fajne rzeczy i odnosić sukcesy. Pracowała ze zdwojoną siłą. Dziś ten album to rodzaj manifestu, dowód na to, że umiała stanąć na własnych nogach. Choć oczywiście pomogło jej wiele osób. Po nagraniach wróciła do kraju, by promować swoją płytę. Czy żałuje, że nie została w Anglii na dobre? Jak potoczyłyby się jej losy, bo przecież miała potencjał na karierę międzynarodową?

Tego już nigdy się nie dowie, ale uważa, że w muzyce pop to bardzo trudne. Na pewno trzeba żyć tam, stać się częścią tamtego środowiska i budować wszystko od podstaw. Nie da się tego zrobić na odległość. Ale związek z Londynem trwa. Nagrywała tam płyty, także te z Johnem, jej albumy „Vena Amoris” i „Hard Land of Wonder” również powstały we współpracy z tamtejszymi muzykami. Zabrała ich potem w trasę po Polsce. Śmieje się dziś, że koledzy przyjechali z butami do biegania i rakietami tenisowymi, ale szybko okazało się, że zamiast uprawiać sport stali się ofiarami polskiej gościnności - trasa szybko zmieniła się w jedno wielkie przyjęcie zakrapiane swojską wódeczką. Anglia jest jej wciąż bardzo bliska. Teraz jeździ tam z mężem do teściów lub odwiedzić dzieci Marka. Czasem myśli, że jeśli istnieją jakieś dawne życia, to w poprzednim wcieleniu musiała już być w jakiś sposób związana z tym krajem i ludźmi. W końcu jej córka jest owocem miłości do Anglika, a obecny mąż Mark także pochodzi z Anglii. Może więc nie ma przypadków?

Anita Lipnicka i Mark Gray poznali się przez internet

W tym roku obchodzą dziesięciolecie ślubu. Poznali się najpierw przez internet, Mark nie wiedział, że ona jest w Polsce gwiazdą. I to jej się podobało najbardziej. Nie miał o niej z góry wyrobionej opinii ani wyobrażenia zaburzonego jej osobistą historią i pozycją. Sam jest artystą sztuk wizualnych, właśnie przygotowuje się do wystawy. Dziś zajmuje się też projektami Anity, robi okładki do jej płyt, zdjęcia, plakaty i koncertowe grafiki. Stworzył także animację do jednej z jej piosenek pod tytułem „Ptasiek” - to było na samym początku ich związku.

Anitę i mnie od początku połączyła wyjątkowa więź – dobraliśmy się jak w korcu maku - mówi Mark Gray.

- Mamy podobne poczucie humoru i każdego dnia potrafimy się razem śmiać, nawet w środku nocy. W naszym domu wszystko opiera się na partnerstwie. Robimy dużo rzeczy razem, choć muszę przyznać, że w kuchni Anita jest bezkonkurencyjna. Dokonała nawet czegoś, co wydawało się niemożliwe – przekonała Anglika do zup! Gotuje dokładnie tak, jak tworzy muzykę – z sercem. I myślę, że właśnie dlatego wszystko smakuje tak dobrze. Polska jest moim domem i czuję się tutaj naprawdę szczęśliwy. Największym wyzwaniem pozostaje dla mnie język. Rozumiem bardzo dużo, ale z mówieniem gorzej. Jakoś daję sobie radę, bo jednak sporo osób mówi tu po angielsku. Anita jest dla mnie ogromnym wsparciem. Choć oboje dużo pracujemy, najbardziej cenimy zwyczajne chwile spędzane razem – w domu, w ogrodzie, na rowerach czy podczas wspólnych podróży. Naszym ukochanym miejscem pozostaje Grecja. To właśnie tam, na Hydrze, wzięliśmy ślub i mamy nadzieję, że pewnego dnia znajdziemy tam także nasz drugi dom.

Anita i Mark mieszkają obecnie na wsi nad Pilicą. Anita sadzi kwiaty, spaceruje po lesie. Mówi, że do szczęścia niepotrzebne są jej nie wiadomo jakie luksusy ani wielkie przestrzenie. Dzieci są już dorosłe, jej Pola w Amsterdamie, a córka i syn Marka z poprzedniego związku mieszkają w Anglii. Mieli duży apartament na Pradze, który mógł pomieścić całą rodzinę, ale sprzedali go dwa lata temu z myślą o zamianie na dwie nieruchomości: wymarzone lokum w Grecji i mniejsze mieszkanie, już tylko dla dwojga, w Warszawie. Życie jak zwykle pisze jednak swoje scenariusze i plan na razie się nie ziścił. Wszystko okazało się trudniejsze, niż zakładali. Remont małego mieszkania w stolicy ciągnie się w nieskończoność, a do Grecji wciąż jeżdżą, prowadząc swoje poszukiwania. Dlatego chwilowo utknęli na działce. Zamiast się tym przejmować, szukają we wszystkim pozytywów. Oboje dobrze wiedzą, że spełnianie marzeń nie przychodzi łatwo. To jest proces okupiony ciężką pracą i staraniami. Wszystko dzieje się w swoim czasie. Przyjaciel Anity, Sebastian, germanista i redaktor, z którym znają się od liceum, przyznaje, że podziwia Anitę za siłę, za to, że wbrew przeciwnościom losu potrafi dobrze funkcjonować i pracować.

– Świetnie wychowywała Polę, a przecież jest artystką, która prawie ciągle jest w rozjazdach – mówi Sebastian. - Ludziom może się wydawać, że pędzi gwiazdorski żywot, a prawda jest taka, że co rusz napotyka jakieś problemy. Walczy z codziennością, również z kłopotami ze zdrowiem, i nigdy nie narzeka. Jest jak dobry duch, który potrafi łagodzić konflikty, jednoczyć rodziny i tworzyć domową atmosferę. Kłopoty, nieodzowna część ludzkiej egzystencji, nauczyły Anitę, że nie nad wszystkim da się zapanować. Czasem jesteśmy bezbronni w obliczu tego, co nas spotyka. Dziś nie jest taka harda, jak kiedyś. Doświadczenia nieco ją skruszyły, zwolniła tempo. Mówi, że przyzwyczaiła się do tego, że co chwila pojawia się coś nowego, z czym trzeba się po prostu uporać. Każdy ma jakieś problemy zdrowotne, rodzinne, które go zatrzymują. Nie chce się jednak na tym skupiać ani o nich opowiadać publicznie.

 

Anita Lipnicka i syndrom opuszczonego gniazda

Kiedy córka Pola wyprowadziła się z domu, Anita doświadczyła syndromu opuszczonego gniazda. Wcześniej nie do końca wierzyła, że to może tak mocno ją uderzyć, ale nagle zapadła cisza. Wchodziła do pokoju córki i myślała: „Rany, gdzie jest moje dziecko?”. Nadal bardzo tęskni. Ostatnio odwiedziła ją w Amsterdamie, przywiozła grę planszową „Farmer”, ulubioną z Poli dzieciństwa. Usiadły na dywanie i znów grały razem jak za dawnych czasów. To drobne rytuały, wspólne czynności i nawyki przypominają jej, że choć dzieci dorastają i budują własne życie, mocna więź zostaje. A przecież początki macierzyństwa były dla Anity ogromnym wyzwaniem, na które, jak na nagłą sławę, nikt jej nie przygotował.

- Pola była niezwykle krnąbrną i silną duszyczką -wspomina. - Przeżyliśmy z nią prawdziwe dramaty, od scen w supermarkecie, gdy kładła się na podłodze i odmawiała powrotu do domu, po nieprzespane noce ciągnące się latami. Nadwrażliwa na dźwięki i inne bodźce, ciągle płakała, a ja z bezsilności wylądowałam z nią nawet raz w szpitalu, mówiąc lekarzowi: „Niech pan coś z tym dzieckiem zrobi, bo ja już nie wiem, czy ona jest głodna, czy przejedzona, czy może jej zimno? Krzyczy bez przerwy”.

Dziś jest dumna z córki. Dwudziestoletnia Pola studiuje biznes międzynarodowy na uniwersytecie w Amsterdamie, właśnie rozpoczęła trzeci rok i zamierza tam zrobić magisterkę. Wynajmuje mieszkanie z koleżanką, pół-Angielką, pół -Włoszką, i utrzymuje kontakty z ludźmi różnej narodowości. Czasami robią sobie z dziewczynami kulinarne wieczory tematyczne - Pola zawsze lepi pierogi. Nie prosi o pieniądze na wakacje czy inne swoje wydatki, chce być jak najbardziej samodzielna, dlatego w dni wolne od szkoły pracuje.

Jestem pod wielkim wrażeniem determinacji Poli - przyznaje dumna mama.

- Choć w liceum była w klasie językowej, rok przed maturą postanowiła zdawać rozszerzoną matematykę. Podeszła do sprawy bardzo pragmatycznie. Uznała, że solidna edukacja to jej droga, gdyż nie jest zainteresowana pójściem w ślady rodziców - scena to nie jej żywioł. Zawzięła się, brała korepetycje i dopięła swego. Zdała wszystkie międzynarodowe egzaminy i teraz uczy się po angielsku. Statystyka, ekonomia, strategia biznesu - dla mnie to czarna magia. A Pola z tego wszystkiego co miesiąc podchodzi do kolejnych zaliczeń. Co ciekawe, mimo wychowywania się z Johnem, po angielsku zaczęła swobodnie mówić dopiero przy Marku. Przy tacie uparcie odmawiała, żądając, aby mówił do niej w „normalnym języku”, czyli po polsku. Z Markiem nie miała wyboru.

Z ojcem Poli Anita utrzymuje dobrą relację. - Jest moją rodziną i wiem, że ta więź nigdy nie ustanie – mówi. - W ubiegłym roku zagraliśmy z Johnem wspólną trasę z okazji 20-lecia naszej płyty „Nieprzyzwoite piosenki”. Koncerty były wyprzedane do ostatniego miejsca, a publiczność reagowała niezwykle żywiołowo. To była dla nas obojga piękna przygoda. Choć Pola też jest umuzykalniona, świadomie odcięła się od świata artystycznego. Kiedyś zapytała: „Mamo, po co mnie ciągasz na te lekcje fortepianu? To było twoje marzenie, nie moje”. - To mi dało do myślenia - przyznaje Anita.

Dzieci nie są przedłużeniem nas samych. Są osobnymi bytami, mają własne pragnienia i odrębne osobowości. Od tamtej pory do niczego już jej nie zmuszałam.

Anita Lipnicka: "Wciąż bardzo tęsknię za tatą"

Jej córka niestety nie poznała dziadka. - Wciąż bardzo tęsknię za tatą – mówi Anita. - Zginął nagle, w zupełnie absurdalnym, nieszczęśliwym wypadku. Wszystko to stało się na mojej działce, na Mazurach. Jak co roku spędzaliśmy tam wspólnie czas całą rodziną. Zdążyłam powiadomić rodziców, że będę miała dziecko. Potem tak się złożyło, że wszyscy musieliśmy się rozjechać do domów, tata został sam na działce i wtedy doszło do wypadku. Odszedł w kwiecie wieku, nikt się tego nie mógł spodziewać. Po jego śmierci mama też bardzo podupadła na zdrowiu. Ale są też dobre wspomnienia. Anita pamięta, że jej rodzice zawsze wspierali ją i starszego brata w ich artystycznych działaniach. Nigdy nie słyszeli, że powinni zdobyć „normalny” zawód. Arek jeździł na obozy teatralne, występował na scenie. Od lat jest artystą kabaretowym związanym z Grupą Rafała Kmity i aktorem dubbingowym. Choć rodzice nie mieli możliwości, aby finansowo pomagać w dzieciom w rozwoju, dali im ogromne wsparcie mentalne i zapas sił na przyszłość. Brat mieszka w Warszawie i ma rodzinę, dwóch synów. Kiedy dzieci były małe, częściej spotykali się przy ogniskach i spędzali razem czas. Dziś dzieci podorastały, więc tych rodzinnych spotkań jest mniej, ale wciąż są blisko.

Anita mówi, że ma szczęście do ludzi, którzy są z nią od zawsze. Z Sebastianem zna się od szkoły. On przetrwał wszystkie jej miłości, rozterki, zawody. – Nasza przyjaźń wciąż ewoluuje – mówi Sebastian. – Na początku była prawie dziecięca, teraz dorosła, bo mamy swoje życia. I tak naprawdę nie jest intensywna w częstotliwość kontaktów, ale głęboka w wymianę doświadczeń życiowych, spostrzeżeń, obaw. Anita potrafi trafnie komentować zjawiska i relacje między ludźmi. Mówi o nich bez znieczulenia. Dar do obserwacji i umiejętność ubierania wszystkiego w piękne słowa można było dostrzec już na lekcjach polskiego w liceum, kiedy pani profesor kazała jej czytać na głos wypracowania. Były imponujące. Cała klasa słuchała ich w ciszy, nawet ci zwykle średnio zainteresowani. Anita widzi i czuje więcej, ma tzw. trzecie oko. Wiem, że często ma też wątpliwości co do pisania tekstów, a przecież jej teksty są poetyckie i uniwersalne.

"Świetnie się z nią współpracuje"

Od ponad 10 lat Anita tworzy i występuje z tym samym zespołem. Muzycy mieszkają we Wrocławiu i widują się rzadziej, ale każdemu ich spotkaniu towarzyszy poczucie bycia w rodzinie. Dla niej wspólne muzykowanie to rodzaj głębokiej relacji. - W Anicie jest pewna dwoistość: wydaje się bujającą w obłokach wrażliwą artystką, z drugiej strony twardo stąpa po ziemi i potrafi sobie radzić z najtrudniejszymi problemami- opowiada Piotr Świętoniowski, aranżer, producent, lider muzyczny jej zespołu. - Świetnie się z nią współpracuje, bo jest wyrozumiałą „szefową”. Przed koncertami, mimo stresu, którego nie daje po sobie poznać, występuje z dużą pewnością i jest bardzo naturalna. Także przy nagraniach w studiu dokładnie wie, czego oczekuje, dba o teksty, aranżacje i pilnuje każdego szczegółu. U niej muzyka i jakość utworu są na pierwszym miejscu.

Anita mówi, że mimo ponad 30 lat pracy, scena wciąż budzi w niej tremę. Zanim wyjdzie, martwi się, że nikt nie przyjdzie. A kiedy widzi tłum, ogarnia ją przerażenie: „Jejku, ludzie tu są, kupili bilety, a ja muszę teraz wyjść i udawać przed nimi gwiazdę!”. W towarzystwie często chowa się w kącie z telefonem, onieśmielona obecnością znanych osób tak, jakby sama nie była jedną z nich. Ale kiedy jest już na scenie i po pierwszej piosence głos przestaje jej drżeć, zacierają się granice. Chce być blisko publiczności, aby coś wspólnie przeżyć. Skraca dystans między sceną i widownią, dużo opowiada podczas swoich koncertów.

Długo miała nawet problem z nazywaniem siebie artystką. To słowo wydawało jej się zarezerwowane dla osób wybitnych, wyjątkowych. Nie wiedziała, czy na to zasługuje. Dziś, z perspektywy lat, dostrzega, że jej twórczość ma ogromny wpływ na ludzi. Kiedy piszą do niej, że te płyty pomogły im przetrwać chorobę, rozstanie, trudne chwile, uświadamia sobie, że była często „przypadkowym bohaterem” ich osobistych historii. A może nie tylko przypadkowym? Dziś wszystko docenia, cieszy się, że na te, jak się śmieje, „stare lata”, wciąż może tworzyć sceniczną magię, pisać piosenki i dawać innym szczęście. Kończymy rozmowę, po Anitę przychodzi mąż. Patrzę, jak oddalają się w stronę parku. Czy spotkamy się znów i kiedy? Może tym razem na Hydrze albo na Cykladach?

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 10/2026