Jak pokochałam rowery (i z którym wpadłam po uszy)
Fot. iStock

Jak pokochałam rowery (i z którym wpadłam po uszy)

Sport popularny, łatwy, niedrogi. Latem świetnie sprawdza się jako środek komunikacji - zamiast auta czy autobusu, wiadomo. Ale może dacie się namówić na kolarkę? Albo gravela? A tym, którym ciężko idzie pedałowanie, polecam „elektryki”, na których nawet amatorka da radę odbyć 50-kilometrową wycieczkę. Spróbuj!  

Rower kocham od lat. Najpierw miałam markowego górala, którego kupiłam podczas studiów za pierwsze zarobione pieniądze. Przejechałam na nim pół Europy. Czego się nauczyłam? Że jeżdżenie w długie trasy po płaskiej nawierzchni na takim rowerze to nie najlepszy pomysł, bo „góral” nie jest do tego przeznaczony, a w związku z tym niewygodny. Ale i tak pociągam nosem na wspomnienie, że ukradli go z klatki schodowej, bo ciężko pracowałam na budowie, żeby go mieć. Potem kupowałam już tylko używane, choć też markowe. Miałam stylowy srebrny rower miejski z przerzutką w piaście, trochę chyba za duży. Ale kiedy przemierzałam nim miasto (zdarzało się, że w spódnicy i na obcasach, a jakże!), czułam się, jakbym siedziała na tronie i z godnością królowej pozdrawiała poddanych. Kochałam go. Był piękny, wygodny, z szerokim, żelowym siodełkiem. Dzięki niemu odkryłam sakwy - torby, które można przymocować do bagażnika, a potem zabrać ze sobą do sklepu/kawiarni/teatru. Niestety, ten rower też zniknął z klatki schodowej, więc ewidentnie pierwsza kradzież nie nauczyła mnie zbyt wiele. Płakałam po nim, wydawało mi się, że już żaden nie będzie taki wspaniały. Myliłam się.

Byłby wiatr we włosach, ale na głowie kask

Narzeczony, który kochał rowery tak jak ja, „wkręcił się” w kolarkę. Umawiał się z kolegami na weekendowe stukilometrowe przejażdżki, planował męskie wakacje szosówką po górach. Spodobało mi się. Zapragnęłam i ja jeździć na szosie. Również dlatego, żebyśmy mogli to robić razem. Kupiłam (używaną oczywiście) i... wpadłam po uszy. Nie mogę uwierzyć, że tak długo jeździłam ciężkimi rowerami miejskimi. Kolarka jest lekka (moja waży 9 kg, można ją podnieść jednym niewyćwiczonym palcem), zwinna, a przede wszystkim - szybka. Zakręcisz mocniej pedałami i masz 30 km/h na liczniku. Byłby wiatr we włosach, gdyby nie to, że na głowie kask. Wiele osób, które nigdy nie miały z kolarką do czynienia, twierdzi, że pozycja na tym rowerze jest niewygodna. Nieprawda. Jeśli rama ma dobry rozmiar, a siodełko i kierownica są właściwie ustawione (w czym pomagają sprzedawcy), plecy nie bolą. Przesadą jest też, że rower szosowy wymaga obcisłych, lycrowych wdzianek i butów wpinanych w pedały – można, ale nie trzeba. Na swojej „szosie” jeżdżę do pracy w normalnych spodniach. Tylko na weekendowe wycieczki przebieram się za profesjonalistkę. Dzięki kolarce (oraz profilowi „Ministry kolarstwa” na FB i Instagramie, który „szerzy cyklozę wśród dziewczyn”) poznałam koleżanki, które tak jak ja uznały, że szosówka nie jest zarezerwowana dla mężczyzn. Nie zamienię już kolarki na nic innego. 

Rower w wersji elektrycznej

No, chyba że na gravela. To coś w rodzaju roweru szosowego, lecz na grubszych oponach (różnic jest więcej, ale ponieważ nie jesteśmy czasopismem, które zajmuje się osprzętem rowerowym, pozwolę sobie je pominąć). Ten drobiazg pozwala zjechać z drogi asfaltowej na leśną lub szutrową. Umożliwia też jazdę ścieżką rowerową z kostki Bauma, która dla normalnej szosówki jest „trudna”, żeby nie napisać - beznadziejna. Świetna opcja dla tych, którzy obawiają się samochodów albo nie przepadają za wdychaniem spalin. Jest jeszcze e-bike, czyli rower elektryczny. Wiem, co przychodzi wam na myśl – pyrkający motorower. Nic z tych rzeczy. „Elektryki” mają przyczepiony do ramy lub bagażnika akumulator, który wspomaga pedałowanie. Czyli nogami trzeba ruszać, ale jest łatwiej, a prędkość i tak rośnie. Dzisiaj każdy typ roweru można dostać w elektrycznej wersji. Świetnie sprawdza się na podjazdach górskich i kiedy wozimy dzieci – czy to w foteliku, czy w przyczepce. Na alpejskich trasach spotykałam 70-latków, którzy na elektrycznych szosówkach pokonywali wielokilometrowe podjazdy. Podobno e-bike to również świetny pomysł dla par, kiedy jedna osoba jest lepiej wytrenowana niż druga. Elektryczne wspomaganie pozwala na wspólne wycieczki i nikt nie czuje się sfrustrowany. Ani ten, kto na innym rowerze nie dałby rady, ani ten, co chce jechać szybciej. 

PS. Odradzam kupowanie rowerów w supermarketach - najczęściej dużo ważą i mają kiepski osprzęt, czyli przerzutki i hamulce. Im cięższy rower, tym trudniej się na nim jedzie, a zmienianie słabych przerzutek do przyjemności nie należy. Na dobrym rowerze jeździ się chętniej!

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również