Andżelika Borys: "Gdybym sama przez to nie przeszła, nigdy bym nie uwierzyła, że coś takiego w Europie w XXI wieku może się wydarzyć"
Fot. RAFAL OLEKSIEWICZ/REPORTER

Andżelika Borys: "Gdybym sama przez to nie przeszła, nigdy bym nie uwierzyła, że coś takiego w Europie w XXI wieku może się wydarzyć"

O tym, jak znosić aresztowania, żyć z podsłuchem i nie zwariować, zrezygnować z życia prywatnego, ale zachować to, co najważniejsze, w Grodnie Łukasz Modelski rozmawiał z Andżeliką Borys. To właśnie Jej w 2005 Czytelniczki "Twojego Stylu" przyznały tytuł Kobiety Roku. Dziś przypominamy ten wyjątkowo aktualny wywiad. Andżelika Borys, Prezes Związku Polaków na Białorsu została skazana na 15 dni aresztu za organizację 'nielegalnej imprezy masowej'. Za taką władze uznały tradycyjny jarmaru rękodzieła ludowego Grodzieńskie Kaziuki.

Twój STYL: Nigdy nie chodzi Pani sama?

Andżelika Borys: Nigdy. Od czerwca zawsze ktoś przy mnie jest. Latem siostra, czasem ktoś ze Związku Polaków, najczęściej Andrzej, kierowca.

Ale wtedy, w lipcu, kiedy milicja nocą waliła do Pani drzwi, była Pani sama?

Tak, wtedy byłam sama. Wiedziałam już, że aresztowali wszystkich moich współpracowników. Spodziewałam się, że przyjdą. Zadzwonili gdzieś koło 23. „Milicja, otwierać”. Ja – że nie otworzę. Że poinformuję polski konsulat i dziennikarzy. Niech wyważają mi drzwi, ale nie otworzę. Zaczęli się dobijać. Byłam pewna, że i mnie chcą zamknąć. Pomyślałam, że tak łatwo się nie dam.

Jak Pani sobie to wyobrażała? Była Pani gotowa na więzienie?

Myślałam: Trudno, no posadzą. Standardowo trwa to dwa tygodnie. Wiedziałam, że śpi się na betonie, ale nie jestem szczególnie wybredna. Wiedziałam, że bym to zniosła. Mówiłam sobie: Dobrze, że jest lato, przynajmniej nie jest zimno. Bo jak się leży na betonie, to w zimne dni trudno wytrzymać. I postanowiłam, że nie będę jeść tej bałandy, tej zupy, tylko z miejsca ogłoszę głodówkę. Żeby zaprotestować przeciw aresztowaniom kolegów.

Dwa tygodnie o głodzie to sporo...

 Ja bym wytrzymała. Człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić. Chociaż były chwile załamania, bo telewizja, radio non stop nadają. Na całej Białorusi leci na okrągło, że jestem złodziejką. Główny komentator wiadomości ma program o tym, dokąd prowadzi moja polityka, ludzie na ulicy mnie poznają i mówią „złodziejka”. Tak wtedy to wyglądało.

Wszyscy tak reagowali?

Różnie. Czasem podchodzili, podawali rękę, mówili „trzymajcie się”. Niektórzy w sklepie mówili niby cicho, ale tak, żebym słyszała: „To ta, co chce tu robić rewolucję”. Sąsiedzi też różnie się zachowywali. Na przykład na piątym piętrze mieszkają Rosjanie, emeryci, którzy mówią, żebym wyjeżdżała „do swojej Polski”. Inna sąsiadka zbierała wśród mieszkańców podpisy, żeby mnie wsadzić, bo „jakim prawem jacyś ludzie kręcą się po domu”. Media mają ogromną moc. Jak trzy razy dziennie to leci, nie ma siły, żeby część ludzi nie uwierzyła.

A rodzice? Widzieli Panią w telewizji w roli wroga publicznego...

Bardzo to przeżywali. Gdybym sama przez to nie przeszła, nigdy bym nie uwierzyła, że coś takiego w Europie w XXI wieku może się wydarzyć. Ani nie jesteś politykiem, ani biznesmenem, a tu nagle bach! cały kubeł brudów. Znajomi się przestraszyli. Mówią: „Aresztują cię, zgnijesz w tym więzieniu”. Ja im na to, że przecież ludzi aresztują i żyją, i wychodzą z więzień. Nie to przecież jest w życiu najgorsze. Najgorzej jest nie móc spojrzeć sobie w oczy.

Mama nie mówiła, żeby Pani dała spokój?

Odkąd skończyłam 16 lat, sama decyduję o sobie. Powiedziałam mamie tylko jedno, że ma nie płakać. To ja sobie mogę popłakać, a ty i tata nie płaczcie. Każde z nich straciło masę nerwów. Zresztą, powiem panu szczerze, ja też nie chciałabym przechodzić przez to jeszcze raz.

Telefon na podsłuchu, nocne walenie do drzwi, przesłuchania, samochód, który Panią śledzi. Jak się z tym żyje?

Szczerze powiedziawszy, sama jestem zdziwiona, że to wytrzymuję. Za pierwszym razem, kiedy szłam na przesłuchanie, wzięłam walerianę. A potem już nie. Trzeba mieć trzeźwy umysł. Nie mogłam odpuścić. No bo jak? Wszyscy w areszcie, więc trzeba zadbać o te rodziny, znaleźć prawników. Czterdzieści telefonów dziennie. Ludzie pytają, co się dzieje. Każdego trzeba uspokoić, każdemu wyjaśnić sytuację, obsłużyć jakoś tę masę dziennikarzy, zorganizować akcję protestu. Jeżeli człowiek chociaż raz ustąpi i wykaże przynajmniej odrobinę słabości, rozdepczą. Nie można sobie pozwolić na słabość.

Jakoś to Pani odreagowuje?

Czasami się wkurzam. Teraz już mniej. Na początku płakałam, klęłam i miałam ochotę kogoś pobić. Bardzo dużo paliłam. Tylko alkoholu do ust nie brałam. Gdyby mnie po alkoholu zgarnęli, natychmiast zrobiliby ze mnie pijaczkę. Więc nie mogłam sobie pozwolić nawet na drinka. Bo w każdej chwili mogli mnie wezwać. Ale najbardziej wkurzyła mnie nie białoruska bezpieka, tylko niemiecka telewizja. Przyjechali i zaczęli mi w domu przestawiać meble, robić mi jakąś nową aranżację mieszkania. A u mnie było wtedy codziennie ze 20–30 osób, działaczy, dziennikarzy, i miałam już trochę dosyć. A tu facet z niemieckiej telewizji zaczyna tłumaczyć mi, że muszę... kupić wideo.

Wideo?

Bo on sobie wymyślił, że musi jakieś ujęcie zrobić, jak ja oglądam wideo, które stoi pod telewizorem. No to ja się wkurzyłam i powiedziałam: Nie. No bo jak, tu jedna sprawa, tu druga, przesłuchania, setki rzeczy do załatwienia, a ja będę jeździć po sklepach i wideo kupować! O nie, mówię, ja was po prostu wszystkich zostawiam i wychodzę. Zadzwoniłam do Józefa Porzeckiego, wiceprezesa związku, mówię mu: Przyjeżdżaj, siadaj i odpowiadaj na pytania, ja wychodzę. Do widzenia.

20–30 osób w Pani mieszkaniu? Jak?

Nocowali na podłodze, każdy sam sobie gotował. Nie było domu Związku Polaków, więc gdzieś się trzeba było spotkać i z kolegami ze związku, i z dziennikarzami. Wszyscy czekaliśmy na rozwój sytuacji. Najśmieszniejsze było to, że siedzimy na podłodze w tych trzech pokoikach, a w telewizji pokazują, jaką Andżelika Borys ma willę. My w ścisku w tym bloku, a w telewizji willa. Zabawne doświadczenie.

Kostium, szpilki, pełny makijaż. Pani zawsze tak?

Dobrze się w tym czuję. Poza tym można mieć różne kłopoty, ale to jeszcze nie powód, żeby to było widać. Nie mogę im dawać satysfakcji, pokazywać po sobie, że jestem wypruta, rozbita. Śledczy też muszą wiedzieć, że przychodzi do nich dama.

W domu tłum dziennikarzy, wezwanie na milicję i Pani w tym wszystkim wychodzi do łazienki się malować?

No tak. Stawałam i mówiłam dziennikarzom: Bardzo was proszę, nie róbcie mi teraz zdjęć, muszę się doprowadzić do porządku.

Ale dżinsy Pani ma?

Mam, oczywiście. Ale jeśli mam gdzieś wystąpić, to raczej nie w dżinsach. Zresztą nowoczesne trendy w modzie chyba do mnie nie pasują...

A jak sobie Pani radziła z pierwszymi wystąpieniami przed kamerami, przed tłumami?

Z trudem. Zwłaszcza za pierwszym razem. Zaproszono mnie do sejmu, zaproponowano samochód do Warszawy. Ja na to, że nie jestem nie wiadomo kim, żeby trzeba było po mnie samochody z Warszawy wysyłać. Podziękowałam, pojechaliśmy z kolegami samochodem, który należał do związku.

Weszła Pani do sejmu i...?

Przerażenie: tłumy dziennikarzy. Więc mówię do kolegów: Wy idźcie z przodu, zasłońcie mnie, żebym na siebie nie zwracała uwagi. Oni przeszli, a ja utknęłam, otoczyły mnie mikrofony. Miałam do nich pretensję, że mnie zostawili. Bardzo się denerwowałam. Zdawałam sobie sprawę, że każde moje słowo będzie komentowane na Białorusi, że wystarczy drobiazg, by kogoś urazić. Zwłaszcza mężczyzn; oni mają ambicje, które trzeba jakoś pogłaskać...

A kiedy myśli Pani o własnej przyszłości, zupełnie prywatnej, myśli Pani o mężczyźnie? O rodzinie, o dzieciach, dzieleniu z kimś życia?

Tak mi się w życiu ułożyło, jak mi się ułożyło. Kiedyś żałowałam, teraz nie żałuję. Każdy w życiu ma jakieś przeznaczenie, jakąś drogę. Bóg po swojemu kieruje człowiekiem. Jestem normalną kobietą i wiem, że zawsze wszystko może się zmienić. Nie mam też 16 lat, jestem osobą rozsądną, więc czasem pozwalam się adorować. Ale szczerze powiedziawszy, mężczyźni boją się kobiet takich jak ja.

Boją się? Czego?

Faceci nie lubią, kiedy kobieta dominuje. Bywają zazdrośni. A ja nie lubię tchórzy, nie lubię takich, którzy bez przerwy gadają nie wiadomo o czym, nie lubię mięczaków, takich, co to objąć ich i wspólnie popłakać. Lubię konkret. Ludzi zdecydowanych, takich, którzy kontrolują swoje poczucie strachu, którzy szybko podejmują decyzje. Sam Pan widzi, ciężka ze mną sprawa. Staram się wprawdzie iść na kompromisy. Czasem trzeba ostrzej, czasem trzeba ustąpić, a czasem zrobić z siebie idiotkę. Ale przeważnie i tak dopinam swego.

Tak jak Pani babcia?

O tak, to była bardzo silna kobieta. Zawsze miała swoje zdanie. Wszyscy się jej słuchali. Zawsze sprawdzała lekcje mnie i mojemu rodzeństwu, pilnowała, żeby wszystko było odrobione, interesowała się stopniami. Codziennie każde z naszej czwórki musiało na głos przeczytać coś z modlitewnika. Babcia nauczyła nas czytać i pisać po polsku. Przecież nikt z nas nie kończył polskiej szkoły. Codziennie, kiedy wracaliśmy ze szkoły, babcia kładła nam w głowę, że Sowietów nie trzeba słuchać, że trzeba mieć swój rozum. To babcia przygotowała mnie do pierwszej komunii, bo nawet ksiądz się bał.

W Pani domu mówiło się po polsku?

Tak. I dziadkowie, i rodzice. To taka miejscowa polszczyzna. Przede wszystkim jednak w domu zachowano wszystkie polskie tradycje. To rodzina decydowała, czy wychowuje dzieci na Polaków, Białorusinów czy na Rosjan. Grzebienie, wieś, w której mieszkaliśmy, weszła w skład kołchozu, ale to było miejsce, w którym dziadek kupił dom, w którym wychowali się rodzice i które po wojnie dzieliło od polskiej granicy tylko sześć kilometrów. W Grzebieniach mieszkali niemal sami Polacy. Każde polskie dziecko wiedziało, że szkoła to co innego, a dom – co innego. To, co było w szkole, zawsze komentowano w domu. Ojciec wszystko na bieżąco wyjaśniał. Mówił: Komuniści szaleją, ale my róbmy swoje.

Co chciała Pani robić w przyszłości?

Rodzice chcieli, żebym była lekarzem, dostałam się na uczelnię medyczną w Grodnie, ale akurat przyjechała z Polski komisja egzaminacyjna, ktoś ze Związku Polaków zaproponował mi rozmowę kwalifikacyjną i zdałam do studium nauczycielskiego w Zamościu. Potem jeszcze pedagogika na uniwersytecie w Białymstoku i nagle okazało się, że ja po prostu chcę tu wrócić i uczyć w szkole polskiego. Chciałam sprawdzić, czy jestem dobra w tym, czego się uczyłam na studiach.

I co? Udało się?

Tak. Miałam bardzo dobry kontakt z dziećmi. Lubiłam urozmaicać lekcje, prowadziłam teatr, wystawialiśmy jasełka, Jana i Cecylię z „Nad Niemnem” Orzeszkowej. Potem zostałam kierownikiem wydziału oświaty Związku Polaków. Miałam 24 lata...

A teraz? Nie uczy Pani w szkole, nie ma pracy w Związku, nigdzie do pracy pewnie Pani nie przyjmą...

Przede wszystkim muszę utrzymać strukturę związku. Na razie jeszcze mam z czego żyć, mam też pomysł na to, co będę robić w przyszłości, ale nie mogę jeszcze tego zdradzić. W każdym razie ma to związek i z Polską, i z Polakami na Białorusi.

Da się z tego zapłacić rachunki?

Myślę, że się da.

Kiedy była Pani ostatnio w kinie?

Nie pamiętam. Może z rok temu? W ciągu ostatniego roku nie było mowy o żadnym życiu towarzyskim. Po pierwsze zawsze mogła być jakaś prowokacja, po drugie Grodno to małe miasto – ktoś mógł mnie sfotografować w jakiejś prywatnej sytuacji, na co nie mam ochoty.

A wcześniej?

Normalnie. Imprezy, przyjęcia, wyjazdy...

A Pani znajomi? Poddali się czy wciąż jeszcze dzwonią?

Dzwonią. I obrażają się, że nie możemy się spotkać. Ja ich uspokajam: Jeszcze trochę poczekajcie, potrzebuję jeszcze trochę czasu. Nigdy nie miałam wielu znajomych. To wąskie grono ludzi, ale mogę ich nazwać przyjaciółmi. Znamy się od 10–15 lat.

Marzenia?

Marzę o tym, żeby ten koszmar się skończył, żeby to przeżyć. Ale nie miałam wyboru, trzeba było zachować uczciwość, nie zawieść ludzi, którzy mimo wszystko głosowali na mnie.

Czy nie jest Pani zakładnikiem sytuacji, działaczem, który nie ma prawa do prywatnych planów?

Hmmm. Może w przyszłym roku zrobię latem remont. Może wreszcie dokończę doktorat. O szkolnictwie. Może napiszę kiedyś o tej całej sytuacji książkę. Ludzie nie mają pojęcia, co tu się dzieje...

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również