Anita Lipnicka i Mark Gray: "Zjadłam pierścionek, zanim zdążyłam odpowiedzieć «yes»"
Mark Gray i Anita Lipnicka poznali się w 2015. Rok później wzięli ślub na greckiej wyspie Hydra.
Fot. Iza Grzybowska

Anita Lipnicka i Mark Gray: "Zjadłam pierścionek, zanim zdążyłam odpowiedzieć «yes»"

Anita Lipnicka przyrzekła sobie, że nigdy więcej nie zwiąże się z Brytyjczykiem. A jeśli nawet, to nie będzie z nim pracować. Los chciał jednak inaczej. W 2016 stanęła na ślubnym kobiercu u boku swojego wybranka, pochodzącego z Wielkiej Brytanii artysty, Marka Graya.

Anita Lipnicka o Marku Gray'u

Gdy poznaliśmy się trzy lata temu, nie byliśmy gotowi na związek. Jestem zdumiona, że tak się to potoczyło! Oboje byliśmy na etapie zwątpienia. Uważam, że aby zaczynać z kimś nowe życie w wieku 40 lat, trzeba mieć dużo siły i samozaparcia. Nie lubię początkowej fazy związku, motyli w brzuchu, bo one bywają zwodnicze. Mnie to wyczerpuje.

"Jego historia mnie poruszyła: wychowywał sam dwójkę dzieci"

Najpierw byłam więc ostrożna i zdystansowana wobec Marka. Jemu wcale nie było łatwo. Wiadomo, że mój poprzedni związek (z muzykiem Johnem Porterem – red.) mocno zaistniał medialnie. Ciężko nam było z Johnem odciąć się od tego…  Zostałam sama z córką Polą, jednocześnie pojawiły się u mnie poważne problemy zdrowotne, do tego choroba mojej mamy. Czułam, że moja kariera muzyczna znalazła się w martwym punkcie, nawet nie miałam siły tworzyć.

Poszłam na terapię, próbowałam ratować siebie i Polę, aby nadmiernie nie ucierpiała z powodu rozstania z tatą. Oczywiście w głębi duszy brakowało mi drugiej osoby, ale nie byłam przygotowana na związek. Aż nagle w moim życiu zupełnie przypadkiem, w 2015 roku, pojawił się Mark.

Jego historia mnie poruszyła: wychowywał wtedy sam dwójkę dzieci, mających dzisiaj 12 i 14 lat. To one zachęcały go, aby się z kimś związał. Ale on nie wierzył, że się uda. Pochłaniały go sprawy domu i kariera, bo Mark jest artystą multimedialnym, działającym na wielu płaszczyznach.

W naszym przypadku to była ekwilibrystyka. Myślę, że ten związek jest efektem głównie jego determinacji. Po tym, jak się poznaliśmy, każde z nas wróciło do swojego życia: on w Londynie, ja w Warszawie. Pisaliśmy do siebie długie maile, które wytworzyły głęboką intymność między nami. Potem Mark zaprosił mnie do Anglii na trzydniową randkę. To wtedy zaczęło się rodzić moje wielkie uczucie do niego. 

Nagle w moim życiu wszystko zaczęło się układać. Zmieniłam zespół, wiążąc się z wrocławskimi muzykami z The Hats. Otworzyłam się na ludzi, nabrałam większej pewności siebie. Rozpoczęłam pracę nad płytą „Miód i dym”, a Mark bardzo mi kibicował. To on stworzył animację do pierwszego singla („Ptasiek”). Klip stał się testem naszej znajomości, bo kłóciliśmy się ostro! Zaprojektował też okładkę albumu. Zabawne: kiedyś obiecywałam sobie, że nie zwiążę się więcej z Brytyjczykiem. A jeśli już, to na pewno nie będziemy razem współpracować! Ot, ironia losu.

"Zjadłam pierścionek, zanim zdążyłam odpowiedzieć «Yes»"

Po niecałym roku Mark mi się oświadczył. I to, uwaga, za pomocą... pierścionka żelka! Niby to miał być żart, ale on badał teren. Zjadłam pierścionek, zanim zdążyłam odpowiedzieć: „Yes”. Prawdziwy, z diamentem, dostałam miesiąc później.  Mark stwierdził, że skoro jest artystą niezależnym, to może mieszkać i tworzyć w Polsce. Jego dzieci zamieszkały z mamą, na szczęście przylatują do nas co kilka tygodni. Ostatnio razem z Polą stworzyli przeciwko nam gang. Mark wywrócił swoje życie do góry nogami, aby być ze mną: sprzedał dom, ukochane sportowe samochody i sprowadził się do Warszawy.

Wiem, że wcale nie jest mu łatwo. Zostawił w ojczyźnie rodzinę i przyjaciół. Na razie jego przystanią jest nasz dom, a główne towarzystwo to Pola i ja. Na szczęście Mark przygotowuje się do swojej pierwszej wystawy w Polsce: w warszawskiej galerii Rabbithole art room. Mark tworzy dzieła łączące różne style i technologie – malarstwo tradycyjne miesza z grafiką i elementami sztuki ulicznej. 

"Przy Marku wyluzowałam"

On mnie wyciąga z dołów, w których lubię przebywać – nostalgiczne, smutne dźwięki, zaangażowane kino i mroczna literatura. Tymczasem Mark słucha pozytywnej, tanecznej muzyki, uwielbia filmy w stylu Marvela, kolekcjonuje stare komiksy. Jest o dwa lata młodszy ode mnie, ale nieraz zachowuje się jak nastolatek, choć odpowiedzialności mu nie brakuje. A ja przy nim odmłodniałam. Wcześniej ciągle się starałam, aby dotrzymać kroku drugiej stronie, teraz, przy Marku, wyluzowałam. Lubię, jak się wygłupiamy. To przy nim doszłam do wniosku, że w życiu niezwykle ważny jest dystans. I że nie powinnam być wiecznie taka poważna. Mogę sobie pozwolić na coś lekkiego, jak komedia romantyczna w towarzystwie malinowych lodów. 

Nigdy nie byłam typem kobiety, która marzy o białej sukni z welonem. Nieraz się zastanawiałam, po co ludziom ten papier? Teraz już wiem. Po to, żeby uporządkować sprawy między sobą. Żeby podkreślić wzajemny szacunek, miłość i oddanie. To taki skok w przepaść z zamkniętymi oczami – musicie sobie zaufać. Nam ślub był też potrzebny do tego, aby udowodnić dzieciom i światu, że to nie jest żadna przelotna znajomość.

"Jak się poznaliśmy? Ustaliliśmy, że to nasza słodka tajemnica"

Nieporozumienia między nami pojawiają się właściwie tylko z jednego powodu. Chodzi głównie o Marka, który potrzebuje wciąż czasu, aby się zadomowić w tym mieście i kraju. Ja ostatnio miałam sporo różnych zobowiązań zawodowych, koncertowałam, a mój mąż opiekował się Polą i domem. Staram się mu odwdzięczyć, pomagać. Tłumaczymy sobie, że nie jesteśmy jedyną parą, która ma trudności. Nikt z nas nie żyje w strefie wolnej od stresu. Wolimy pamiętać o tym, że łączy nas silna więź i trzeba iść do przodu. Jak się poznaliśmy? Ustaliliśmy, że to nasza słodka tajemnica… I niech tak zostanie.

Anita Lipnicka – wokalistka, autorka tekstów, kompozytorka. Najpierw związana z zespołem Varius Manx, potem zaczęła karierę solową.  Nagrywała też z byłym partnerem Johnem Porterem.   Mieszka w Warszawie z córką i mężem.  

Mark Gray o Anicie Lipnickiej

 Ja bez Anity nie mogę żyć. A co mnie w niej szczególnie ujęło? Nie podam żadnej długiej listy. Dla mnie jest po prostu niezwykłą kobietą, dobrym człowiekiem, świetną wokalistką i zawodowcem. No i rozumie brytyjski humor, a to w Polsce jednak wciąż rzadkość. To poczucie humoru jest w stanie rozładować każde napięcie między nami. Nie musiałem się długo namyślać, żeby zmienić dla niej swoje życie i przenieść się na stałe do Polski.

"Nigdy wcześniej nie czułem się w ten sposób"

Poznaliśmy się w Anglii, tylko tyle mogę powiedzieć. Kiedy ujrzałem Anitę po raz pierwszy, jeszcze zupełnie nic o niej nie wiedząc, od razu poczułem, że jest tą jedyną. Nigdy wcześniej nie czułem się w ten sposób. I nigdy wcześniej nie byłem w Polsce. Znaliśmy się jakieś sześć miesięcy, gdy trafiłem tutaj na koncert Anity. Wtedy dopiero do mnie dotarło, kim tak naprawdę jest. Wciąż poznaję jej twórczość. Ta muzyka mnie dotyka, zupełnie nieważna jest bariera językowa, choć najważniejsze słowa – takie jak „miłość” – rozpoznaję.

Oboje chcieliśmy wziąć ślub. Zastanawialiśmy się, gdzie zorganizować tę ceremonię. Zależało mi, abyśmy mieli taką, o jakiej marzymy oboje. Bez patrzenia na innych lub na to, co wypada, a co nie. Anita nie chciała wyprawiać tradycyjnego polskiego wesela. Uwielbia grecką wyspę Hydra, więc wybór był naturalny. To tam przysięgaliśmy sobie dozgonną miłość 13 września 2016 r. W otoczeniu najbliższych, na plaży, a w tle szumiało morze. Oczywiście były z nami także nasze dzieci. Przy okazji mieliśmy wszyscy świetne wakacje, bo wynajęliśmy urokliwy dom.

Szybko nauczyłem się mówić  «kocham cię»

Ostatnio Anita sporo koncertowała po Polsce. Nie miałem problemu, aby zajmować się wszystkim. Dzielimy się obowiązkami. Nie przepadam tylko za zbyt długim spędzaniem czasu w pojedynkę, bo wciąż mam trudności z językiem polskim. Kiedyś myślałem, że mieszkając tutaj, po prostu samoistnie się go nauczę, ale tak się nie stało. Żartujemy z Anitą, że po latach musiałem powrócić do szkoły. Dwa razy w tygodniu chodzę na lekcje języka polskiego. Moje pierwsze polskie słowo to „spoko”. Szybko nauczyłem się też mówić „kocham cię”. Angielski Anity jest perfekcyjny, więc dogadujemy się świetnie.

Ludzie ciągle mnie dopytują, jak się czuję w Warszawie. Odpowiadam, że bardzo dobrze. Długo dyskutowaliśmy o tym, czy to ja powinienem się przeprowadzić. Związek na odległość nie interesował nas w ogóle. Moje dzieci zostały w Anglii, zamieszkały ze swoją mamą. Obecnie wydaję sporo pieniędzy na loty, ale chcę jak najczęściej widywać dzieci, poza tym mam tam jeszcze różne sprawy zawodowe do załatwienia.

Zarówno moi dziadkowie, jak i rodzice tworzyli udane związki. Wyrastałem w przeświadczeniu, że chcę mieć podobną relację, ale nie udawało mi się to przez całe lata. Po rozstaniu z matką moich dzieci realizowałem się jako rodzic. Próbowałem chodzić na jakieś randki, jednak potem odpuściłem sobie poszukiwania miłości. W związku najważniejsze jest to, by każda ze stron czuła się komfortowo i bezpiecznie. Tak to działa, zero zbędnej filozofii. 

My z Anitą często się śmiejemy, także wtedy, kiedy jesteśmy z dziećmi. Cieszę się, że trójka nastolatków dobrze się ze sobą dogaduje. Pola świetnie mówi po angielsku, błyskawicznie łapie żarty. Mój syn uwielbia przyjeżdżać do Polski, szczególnie gdy Anita dla nas gotuje. Potem do niej mejluje z prośbą o podanie przepisów. Z kolei córka, która ma bardzo podobne poczucie humoru do mojego, najchętniej chodzi w Warszawie na zakupy. Dla mnie jest ważne, że odnajdują się w kraju, w którym zamieszkał tata.

"Nie chcę wybiegać w przyszłość. Czuję tylko, że chcę ją spędzić z Anitą"

Jako para miewamy tak zwane kreatywne sprzeczki. Oboje jesteśmy z Anitą nieco szaleni. To nie jest tak, że tylko sobie słodzimy. Nie boimy się wygłaszać opinii na temat działalności artystycznej współmałżonka. Kibicowałem jej podczas powstawania ostatniej płyty, a teraz ona wspiera mnie w przygotowaniach do pierwszej wystawy w Polsce. Sporo dzieł stworzyłem w naszym domu w lesie. Rzeczywiście mam tutaj dużo więcej czasu na pracę niż w Anglii. Odbiorcy mojej sztuki są rozsiani po całym świecie: Londyn, Nowy Jork, Melbourne. Teraz czas na Warszawę! W ogóle dzięki tej wystawie chciałbym się przedstawić tutejszemu środowisku. Zakomunikować coś w stylu: "Cześć, to właśnie jestem ja!". Pokazać, że w procesie tworzenia interesują mnie też relacje rodzinne i związki miłosne. Gdy realizuję indywidualne zamówienia, staram się jak najwięcej dowiedzieć o moich odbiorcach. Kim są, co lubią, co ich łączy. W tym celu długo rozmawiamy, proszę o zdjęcia, pamiątki rodzinne, wakacyjne, a dopiero potem tworzę obraz czy instalację.

Oboje jesteśmy ostatnio zajęci, więc liczę na to, że w wakacje znajdziemy wreszcie czas, by cieszyć się sobą i życiem. Nie chcę zbyt mocno wybiegać w przyszłość. Czuję tylko, że chcę ją spędzić z Anitą. 

Snujemy też niespieszne plany na temat naszej dalszej współpracy. Być może Anita przetłumaczy na polski książkę dla dzieci, którą napisałem. Ja dopinguję ją do pracy nad kolejną płytą. Uwielbiam słuchać, jak śpiewa. Jej głos urzekł mnie już podczas pierwszego wysłuchania piosenki. 

Mark Gray – artysta multimedialny, pochodzi z Londynu, gdzie był odpowiedzialny za kampanie wizerunkowe  wielu znanych firm i zespołów, m.in. The Prodigy. Ma córkę i syna z poprzedniego związku. 

  

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 06/2018
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również