Beata Kozidrak: "Przyczyn rozstania z mężem szukałam również w sobie". Głośny wywiad Twojego Stylu!
Beata Kozidrak na okładce lipcowego numeru Twojego Stylu w 2021 roku
Fot. Twój STYL

Beata Kozidrak: "Przyczyn rozstania z mężem szukałam również w sobie". Głośny wywiad Twojego Stylu!

Sukces trzeba unieść. Zwłaszcza ten wyrwany losowi.  W życiu Beaty Kozidrak nic nie było łatwe. Nie potrafiła być gwiazdą, która tylko lśni. Wychowana tradycyjnie, brała na siebie dużo ról: artystka, menedżerka, żona, matka… Nagrodą były kolejne platynowe płyty, źródłem siły małżeństwo trwające 35 lat. Ale fortuna gwarancji nie daje. Po rozwodzie Beata zaczyna nowy rozdział życia. Rozlicza się z nim w książce Gorąca krew. I wierzy,  że na szczycie nie jest się skazanym na samotność. 

Wiem, że wahałaś się, co założyć na imprezę „porozwodową”. Ciuch w kolorze czarnym, białym czy czerwonym. Wybrałaś małą czarną. Przyszedł czas na nobliwą dojrzałość?

Beata Kozidrak: Dojrzałość - możliwe. Ale ze względu na buty za kolano, które założyłam do sukienki, nie taka nobliwa. Mała czarna to symbol kobiecości. Czułam się kobieco. Potrzebowałam odpoczynku, ale byłam wolna. Rozpuściłam włosy.

Rozmawiałam z twoim byłym mężem, mówił o tobie z życzliwością. Przeszłaś przez rozwód suchą stopą?

Nie, to nie było łatwe. Ale jest już okej. Mamy z Andrzejem dobry kontakt, współpracujemy. Nie zostaliśmy przyjaciółmi, ale rozumiemy, że jest dużo wspólnego do ocalenia - dzieci, wnuki, Bajm, wszystko, co razem tworzyliśmy. Szanujemy to, nie spaliliśmy mostów.

Wiele kobiet twierdzi, że dałaś przykład, jak można rozstać się z klasą.

Beata Kozidrak: Kobiety chcą ze mną o tym rozmawiać. Ale nie jestem mentorką ani terapeutką. Posługuję się wiedzą życiową, swoim systemem wartości. Mówię tylko: to wykonalne, można rozejść się w pokoju i ułożyć życie na nowo, nawet po 35 latach związku. Dojrzałość potrzebna jest na wszystkich etapach. Rozumiem ją też jako wykorzystanie wszystkich szans na ocalenie małżeństwa. Rozmowy, jeśli jeszcze jest o czym rozmawiać. Szukanie przyczyn kryzysu również w sobie. Sama zadawałam sobie pytanie: jaka część problemu jest po mojej stronie? Gdy doszłam do wniosku, że nie mamy już wspólnej przyszłości, przestrzeni, podjęłam decyzję: czas zamknąć rozdział.

Taka zmiana kusi, a jednocześnie przeraża. Jak sobie z tym poradziłaś?

Przerażenie pojawia się wtedy, gdy widzi się rozstanie w kontekście straty. Jest łatwiej, gdy powiesz sobie: Zobacz, ile jeszcze możesz zrobić ze swoim życiem.

Widziałam rozwody, po których starsze ode mnie kobiety odżywały, wkraczały na nową drogę, znajdowały szczęście z innym mężczyzną. Czasem pojawia się niepewność: czy należy mi się nowe szczęście, czy będę umiała o nie zawalczyć? Czy nie jest za późno? Oczywiście, że się należy! I to nie ma nic wspólnego z wiekiem.

Jednak z czasem topnieją nasze pokłady energii, entuzjazmu. Nie jestem pesymistką, tylko – mając 53 lata – czuję, jakim wyzwaniem może być nowy początek.

Beata Kozidrak: Wyzwanie jest ogromne! Zwłaszcza jeśli jest to początek niemal wszystkiego. Ja budowałam od nowa dom, firmę, markę, miejsce do życia w nie-mojej Warszawie. A przede wszystkim jako dojrzała kobieta, musiałam wyłamać się z modelu, który długo akceptowałam jako jedynie słuszny. Wyrosłam w patriarchalnym domu, gdzie na pierwszym planie był mężczyzna. Kiedy pytałam mamę, czy mogę dostać trochę pieniędzy, bo czegoś potrzebuję, słyszałam: „Poczekaj, zapytam tatę”. Nie chciałam tego w swoim związku, ale pewne wzory się przeniosły. Aspirowałam, żeby być świetną kucharką, by rodzina była wychuchana, dom ogarnięty. A jednocześnie pracowałam na maksymalnej mocy. Koszty były duże...

Nie masz wrażenia, że wpadłaś w pułapkę, którą kobiety z naszego pokolenia zastawiły na siebie: „Udowodnię, że potrafię być supermanką w każdej dziedzinie. Będę zbierać Oskary za wszystkie życiowe role!”?

Beata Kozidrak: Zgadzam się. Jak wiele kobiet czułam konieczność perfekcji na wielu frontach. I żeby było jasne - ja nie mówię, że kobieta nie powinna zajmować się domem, tworzyć jego charakter, klimat. Zapach ciasta, świece, poduszki – lubię o to dbać. Normalne, że tulimy dzieci, szykujemy święta. Nie chcę wybierać: skoro masz na głowie za dużo, pozbądź się domowych obowiązków i tylko pracuj, albo odwrotnie. Jednak w praktyce łączenie ról naprawdę bywa trudne. U mnie wyglądało tak: zajmowałam się domem i – razem z Andrzejem - dziećmi, ale też pisałam teksty, nagrywałam piosenki, występowałam na scenie, wyjeżdżałam w trasy. Byłam artystką, matką, córką, synową. Mnóstwo zadań. Jak wielu kobietom z mojego pokolenia takie przeciążenie długo wydawało mi się normalne. Dlatego rozumiem, że kiedy po latach walki o równowagę, kobiety muszą mierzyć się z kryzysem - np. ze zdradą, rozpadem związku – są zagubione. Jak to, przecież tak się starałam! Co się stało? Z czym zostanę? Kruszy się poczucie bezpieczeństwa, jest strach: jak sobie poradzę, sama? Też to miałam.

Przez wiele lat byłaś „zaopiekowana”. Można powiedzieć, że spod skrzydeł rodziców przeszłaś płynnie pod opiekę męża. Wyznałaś nawet, że nie przywiązywałaś znaczenia do ślubnej sukienki, jakby nie symbolizowała przełomu.

Beata Kozidrak: Byłam już z Andrzejem od roku, wiedzieliśmy, że ślub to formalność. Zajęli się nim rodzice, zależało im na tradycji. Pamiętam, jak weszłam do pokoju po powrocie z koncertu, a ta sukienka wisiała na wieszaku pod sufitem. „Hiszpanka” w kolorze écru. Pomyślałam: No piękna, może być. Ważniejsza była pewność, że wybrałam właściwego mężczyznę, z którym dam radę i nie będę się nudzić. Długo Andrzej dawał mi poczucie bezpieczeństwa, o wielu sprawach decydował. Poczułam w końcu, że chcę odkryć kim jestem bez niego. Takie myślenie pomogło mi wierzyć, że rozwód to nie tragedia. A i tak trudno było mi zacząć życie w pojedynkę. Nie wszystko układało się po mojej myśli... Pamiętam zdarzenie, pozornie drobne. Gdy jechałam na rozprawę rozwodową, w drodze z Warszawy do Lublina złamał mi się w aucie obcas. Zwykle zabieram kilka par butów, ale do sądu miałam tylko te jedne czarne szpilki. Pech! Ratowała mnie przyjaciółka, która kupiła mi buty w ostatniej chwili, zresztą za ciasne. Mogłam tę sytuację potraktować symbolicznie: złamany obcas – żałosna porażka. Ale odrzuciłam to. Wolałam uznać, że rozwód nie jest dramatem. Wizyty w sądzie obawiałam się głównie ze względu na tłum fotografów, którzy dopadli mnie przed budynkiem.

 Wiadomo było, że musisz przebrnąć przez rozwód pod okiem paparazzich. Porozmawiajmy o twojej potrzebie posiadania prywatnej przestrzeni. Podobno masz bluzę, którą komunikujesz: Dajcie mi spokój!. Ma wielki napis: „Nie, to nie ja!”

Beata Kozidrak: Tę bluzę wymyśliły moje córki. Czasem potrzebuję się schować, choć podkreślam, że się nie skarżę na rozpoznawalność. Ale wychodząc z córkami na zakupy, wolałabym nie martwić się, że ktoś sfotografuje zawartość naszych toreb. Na zrozumienie paparazzich nie liczę, więc czasem Kasia i Agata przebierają mnie, zakładają perukę.

A przyjaciółka Kaśka, gdy widzi, że wokół mnie zbiera się grupa ciekawskich, mówi na głos: „Krystyna, idziemy, znowu pomylili cię z Kozidrak!”

Bawimy się tym. Parę razy udało mi się tak osiągnąć anonimowości, ulica była moja. Ale głos mam charakterystyczny, więc gdy się odzywam, od razu jestem demaskowana. Schronem stał się mój nowy dom. Już go urządziłam, mam miłych sąsiadów. To azyl. Nabieram energii patrząc w ogień na kominku. Dobrze i bezpiecznie czuję się także nad morzem. Kocham plażę...

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również