Karolina Gruszka: "Moje zadanie? Wydobywanie piękna z tego, co mnie otacza"
Karolina Gruszka na okładce wrześniowego wydania magazynu Twój STYL
Fot. Twój STYL

Karolina Gruszka: "Moje zadanie? Wydobywanie piękna z tego, co mnie otacza"

"Nie ma mnie na Instagramie, a jednak istnieję" – mówi Karolina Gruszka. To zdanie określa jej system wartości. Trudny może dla aktorki, która powinna walczyć o popularność, ale jak ważny dla równowagi ducha. Karolina Gruszka ma dystans. Do trendów, praw show-biznesu, opinii większości. Co jej to daje? Aktorskie spełnienie, trwały związek i poczucie, że nie każde marzenie trzeba zrealizować, by być szczęśliwą. 

Dzieje się. Wraca na scenę w dwóch nowych sztukach Iwana Wyrypajewa, gra w filmie "Miasto" u Marcina Sautera. Zaskakującym. Pozornie wszystko jest w nim mroczne, zagmatwane. Ale coś sprawia, że ten film zachwyca nieoczywistym pięknem i artystycznym dopracowaniem. Po pokazie mam wrażenie, że dostałam od kina coś nowego. Również dzięki Karolinie, która mimo gęstego klimatu filmu na ekranie błyszczy. Nie mam wątpliwości, o czym chcę z nią rozmawiać. O pięknie życia, tym nieoczywistym, które istnieje nawet w poplątanych losach ludzi, przeciwnościach losu, trudnych chwilach i niespełnieniach.

Twój STYL: Czytałam, że w scenariuszach szukasz piękna. Że to dla ciebie kryterium wyboru ról. "Miasto" jest opresyjne, osaczające! Skąd ty, wrażliwa i delikatna, w takim filmie?

Karolina Gruszka: Wizualnie on jest piękny! Zaułki Bydgoszczy pokazane oczami reżysera, który kocha to miasto i od lat je fotografuje, są niezwykłe. Posępne miejsca, odpowiednio oświetlone, stają się poetyckie. Nie śliczne jak z żurnala, ale magnetyzujące. Wydobywanie piękna z czegoś, co nie wydaje się interesujące, pociąga i intryguje. Podobnie jak to, co rodzi się na przecięciu skrajnych emocji, zachwytu i lęku, radości i smutku. Takich wyzwań szukam i znalazłam je w tej roli. To dziś rzadkość, bo filmy tworzy się według schematu, w którym ważna jest akcja, efekty. Scenariusze rzadko mówią coś głębokiego o człowieku, a ja za tym tęsknię.

Byłabyś spełnioną aktorką kina moralnego niepokoju. Twoja bohaterka w "Mieście", rozczarowana prowincjonalna primadonna, jest jak z Zanussiego czy Kieślowskiego.

Coś w tym jest. Niedawno obejrzałam ponownie "Krótki film o zabijaniu", bo mąż go nie znał, a chciałam mu pokazać. Zachwycił mnie jego powolny rytm, narracja. Kiedy jako widz już się do tego przyzwyczaisz, robi się miejsce na głębokie wzruszenia. Oglądając "Miasto", doświadczyłam czegoś podobnego. To film o tęsknotach. Porzuconych albo niemożliwych do zrealizowania. O potrzebie wyzwolenia się z rutyny, nadania człowieczeństwu głębszego sensu. Tak rozumiem jego przesłanie i jest mi bliskie.

Niespełnione marzenia też nadają urok życiu? Nie lepiej o nich zapomnieć, nie czuć rozczarowania? Cieszyć się z tego, co się udało?

Ja nie porzucam marzeń. Najbardziej frustrowałoby mnie, gdybym z nich zrezygnowała ze strachu, że się nie uda. Wolę próbować, nawet gdy nie ma gwarancji powodzenia. A często nie ma. Wiele lat na pytanie, czego żałuję, przyznawałam: że nie gram na żadnym instrumencie. W końcu pomyślałam: po co żyć z tym żalem? Zaczęłam uczyć się gry na pianinie. Sprawia mi to przyjemność. Odważyłam się, znalazłam czas, to mały plus pandemii. Zawodowe niezrealizowane marzenie dotyczy kina. Marzę o roli, z której byłabym w stu procentach dumna, w filmie, o którym powiedziałabym bez wahania: "dzieło sztuki". Ze scenami, które zostają w człowieku jako punkt odniesienia, bo udało się w nich uchwycić istotę tego, czego nie da się nazwać. Mam za sobą filmy bardziej i mniej udane, za wiele ról jestem wdzięczna. Ale takiej jeszcze nie zagrałam.

W "Mieście" jest szczególna scena – obracasz się na barowym krześle, a twoja twarz z wyraziście umalowanej zmienia się w naturalną. Efekt jest piorunujący. Skłania do refleksji nad względnością kanonów urody. Ale i maskami, które kreujemy na użytek innych.

Aktorstwo to sztuka metamorfozy. Jednego dnia korzystasz ze swojej atrakcyjności, innego sięgasz do niedoskonałości, kompleksów. Dzięki temu twoje postaci są pełnokrwiste i różnorodne. Nie przeceniam urody – jako aktorka staram się przede wszystkim poszerzać warsztat, formy ekspresji. Zdaję sobie sprawę z własnych ograniczeń. W mocnych rolach moja delikatna uroda wymaga środków aktorskich, które ją podbiją.

Szekspir pisał, że w niektórych sytuacjach "szpetota upiększa, piękno szpeci".

Bardziej interesujące jest nie to, co perfekcyjne, tylko nieoczywiste, zaskakujące, unikalne.

Dużo mówi się o ciałopozytywności, samoakceptacji. Jak z tym u ciebie?

Akceptuję siebie taką, jaka jestem. Ale nie ukrywam, że musiałam się tego uczyć. Miałam kompleksy, zwłaszcza jako nastolatka. Pomógł mi teatr i joga. Nabrałam świadomości ciała. Chciałabym to przekazać córce. Na szczęście ciałopozytywność staje się dla nowego pokolenia czymś naturalnym. Świadomość kobiet się zmienia, ruch feministyczny, który wzmacnia w nas samoakceptację, jest dla pokolenia naszych córek wsparciem. Wierzę, że będą w tej kwestii bardziej niż my niezależne i wolne.

Twoje marzenia z czasem stają się śmielsze czy bardziej urealnione?

Lubię i marzyć, i planować, czyli urealniać. Zderzenia marzeń z rzeczywistością są ciekawe. Doświadczam, że w moim życiu fiasko planów jest niemal regułą. Na szczęście dojrzałość czterdziestolatki pomaga rozumieć, że na gruzach marzeń może powstać coś wartościowego, nawet ciekawszego od tego, co było w planach. Pandemia daje duże pole do praktyki. Musiałam zweryfikować większość planów, zwłaszcza teatralnych. Nie jestem na etacie w teatrze. Spektakle produkujemy wspólnie z mężem, ale przez wiele miesięcy prawie nie graliśmy. Wania napisał dwie nowe sztuki. Jedną udało się zrealizować dla Teatru Telewizji. Jesienią zaczynamy próby do drugiej. Porusza problem kryzysu cywilizacyjnego. Tekst jest bezwzględny, ale też zabawny i oczyszczający. Mamy nadzieję, że teatry pozostaną otwarte i będziemy mogli grać. Pociesza to, że o ile do kin ludzie nie wracają tak chętnie, bo przyzwyczaili się do siedzenia na kanapie przed telewizorem, o tyle teatry są dziś pełne. Nasz rosyjski znajomy mówi, że ludzie tym się różnią od zwierząt, że mają teatr. Wszyscy jesteśmy teraz spragnieni żywego kontaktu z drugim człowiekiem, wspólnego doświadczania. A to jest istotą teatru.

A co cieszy cię prywatnie?

Wakacje! Udało nam się z mężem tak je ułożyć, żeby pobyć blisko natury, a ja potrzebuję tego, by odzyskać równowagę, uzupełnić energię. Trudno o to w mieście. Są miejsca, które sprawiają, że się odradzam. Nie muszę robić w nich nic szczególnego, bo same powodują, że się odbudowuję.

Dojrzałaś do tego, by mieć swoje miejsce na ziemi?

Długo nie było dla mnie ważne, gdzie żyję, w jakim miejscu, kraju. Podróżowałam i było mi z tym dobrze. Niedawno pierwszy raz poczułam, że stworzyliśmy z Wanią prawdziwy dom. To nowa jakość. Mamy stały adres, przestrzeń, którą wypełniamy ulubionymi przedmiotami. Hoduję nawet rośliny! A myślałam, że w odróżnieniu od kobiet w rodzinie nie mam genu ogrodniczki. Babcia miała ogród i działkę. Z rodzicami też mieszkałam w domu z ogrodem. Może dlatego wyobrażenie domu łączy mi się z kwiatami, zielenią. Teraz ustawiam u siebie niezliczone doniczki. To już prawie dżungla. Cieszy mnie odkrycie, że wyrósł kolejny listek. Mój świat się zazielenił.

Nawet sukienkę masz dzisiaj w gałązki.

I naszyjnik z liściem! Coś jest na rzeczy. Z kontaktu z naturą bierze się mój zachwyt nad światem. Chociaż towarzyszy mu lęk i wstyd z powodu tego, jak obchodzimy się z planetą. Nasz jesienny spektakl "Badania ściśle tajne" jest właśnie o kryzysie klimatycznym i nieuchronnej katastrofie. Zastanawiamy się w nim z Wanią, na ile jako ludzkość jesteśmy zdolni zjednoczyć się w walce o ratowanie Ziemi.

Pesymizm nie podcina skrzydeł?

Staram się oswajać te lęki. Inspiracją jest moja dziewięcioletnia córka. Trochę boi się wysokości. W jej szkole ustawiono ściankę wspinaczkową, próbowała wejść, dzieci kibicowały, ale się nie udało. Potem była rozmowa w klasie i córka oświadczyła, że znowu zmierzy się z tą ścianką. Koleżanka zapytała: "Jak to! Przecież się bałaś, nie doszłaś nawet do połowy!". Odpowiedziała: "To, że się bałam, nie znaczy, że nie mam ochoty spróbować jeszcze raz i sprawdzić, czy mogę się nie bać". Zachwyciła mnie jej postawa: wchodzić w to, czego się lękasz, próbować oddzielić się od strachu. A to nie jest proste, szczególnie gdy nie masz wpływu na źródło zła. Trudno pogodzić się z bezradnością wobec totalitaryzmu. Patrzę, co dzieje się w Rosji i na Białorusi. Mam tam przyjaciół. Codziennie odbieram dramatyczne wiadomości. W tym roku na ekrany wchodzi film "Śmierć Zygielbojma", w którym gram. Wstrząsająco aktualny, choć opowiada historię z czasów drugiej wojny, o człowieku, który chciał uświadomić ludziom Zachodu ogrom tragedii w obozach koncentracyjnych. Dziś my, Europejczycy, nadal nie umiemy zjednoczyć się w pomocy ofiarom reżimów, więzionym, torturowanym tuż za naszą granicą. To rozczarowujące.

Może lekarstwem na to rozczarowanie powinien być optymizm? Żebyśmy nie dali się przygnębić. Nie upadli na duchu. 

Tylko nie można go mylić z infantylizmem. Ja wolę postrzegać rzeczy takimi, jakie są. Jeśli mam na coś wpływ, staram się działać. Jeśli nie, patrzę na to jak na część większego procesu. Staram się ufać, że to wszystko jest po coś, również rzeczy trudne.

A w zwykłym życiu? Jaki masz sposób na trudne sprawy? Codzienne kłopoty? Napięcia w długoletnim związku? Wszyscy się z tym mierzymy.

Doświadczenie podpowiada, że w związku ważne jest dawanie sobie przestrzeni, wolności. Dzięki temu rozwijamy się z biegiem lat i nadal możemy być siebie ciekawi. Dla mnie ważne jest też przekonanie, że idziemy z Wanią w tym samym kierunku. Nie zawsze krok w krok, bo życie różnie się układa. Ale mamy ten sam azymut. Jako aktorka dbam też, by chronić wrażliwą energię związku. Świat show-biznesu bywa cyniczny, bezwzględny. Karmi się głównie negatywnymi emocjami. Dlatego nie wpuszczam go w swoją prywatność. Nie zamieszczam zdjęć w mediach społecznościowych. Mój kolega, krytyk filmowy, żartuje: "Skoro nie masz Instagramu, to cię nie ma!". Prawda, w pewnych kręgach mnie nie ma. Czy przyjdzie moment, że reżyserzy przestaną się z tego powodu mną interesować? Nie wiem.

 Nie masz profilu w sieci, a wciąż grasz świetne role. Agata Kulesza też nie ma, a zgarnia najważniejsze filmowy nagrody. Rzeczywistość pozytywnie weryfikuje wasze wybory.

Warto pozostać w zgodzie ze sobą. Wierzę, że można uprawiać zawód aktorski na wiele sposobów. Taki oldschoolowy też się obroni. Gdy nie musisz uganiać się za nowym zdjęciem na Instagram, zachowujesz więcej czasu na ciekawe doświadczenia, które możesz wykorzystać, budując role.

Herbert powiedział: "Wierzę, że są rzeczy piękne i brzydkie, dobre i złe, szlachetne i podłe – i biada, jeśli te granice zostaną zatarte w imię czegokolwiek". Może ma sens być nieustępliwym, bezkompromisowym, zwłaszcza w kwestii wartości. I nawet jeśli to w niezgodzie z większością?

Uważam, że przede wszystkim trzeba ufać wewnętrznemu głosowi, nie oczekiwaniom i osądom większości. Niektóre kompromisy są cenne, nie można spierać się o wszystko. Ale w kwestiach najważniejszych mam nieprzekraczalne wewnętrzne granice. I jestem ich świadoma. Uważam też, że każdy człowiek ma w życiu do spełnienia pewną funkcję. Świadomość, czym ona jest, pomaga żyć w zgodzie ze sobą.

A ty co uważasz za swoje zadanie, misję?

Wydobywanie piękna z tego, co mnie otacza. Na tym się skupiam dziś jako aktorka i jako człowiek. Kiedy to robię, czuję, że jestem na swoim miejscu. Że jestem pożyteczna. To wymaga skupienia. Dlatego kiedy się rozpraszam, staję się rozdrażniona, zmęczona, nieszczęśliwa. Ważne jest dziś dla mnie, by eliminować z życia wszelkie zbędne bodźce. Tak teraz o siebie dbam. 

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również