Magdalena Boczarska o największej życiowej lekcji: "Dla siebie jesteśmy najbardziej okrutni"
Magda Boczarska
Fot. AKPA

Magdalena Boczarska o największej życiowej lekcji: "Dla siebie jesteśmy najbardziej okrutni"

O nowej roli, macierzyństwie i gorzkiej życiowej lekcji. Magda opowiada też o relacjach z kobietami, sile przeznaczenia i synu, który jest jej największym szczęściem.

W TVN wystartował serial „Żywioły Saszy” z Tobą w roli głównej. Podobno długo czekałaś na tę rolę.

Oj tak, to bardzo zaskakująca sytuacja. W 2015 roku, a więc już sześć lat temu, kilka osób mi powiedziało, że wyszła taka książka i jeśli kiedyś będzie ekranizacja, to ja powinnam zagrać główną bohaterkę. Jakiś czas później, w dość zabawnych okolicznościach, poznałam w teatrze Kasię Bondę (autorkę powieści „Żywioły Saszy” przyp. red.) Kasia obserwowała moją dyskusję z panią szatniarką, która zgubiła moje palto. Przyglądając mi się, stwierdziła, że właśnie spotkała swoją Saszę. Śledziła mnie później krok w krok i w końcu, na bankiecie, podeszła i się przedstawiła. Była zdumiona, że jestem aktorką, tak ja, że to jest autorka książki, o której wcześniej słyszałam. Potem to się wszystko dość powoli toczyło. Ekranizacja wciąż nie dochodziła do skutku, aż wreszcie, po latach, powstał serial i oto jestem. Jak się jednak o tej całej sytuacji pomyśli, to trudno nie wierzyć w przeznaczenie. Wygląda na to, że rola Saszy była mi pisana. Choć jednocześnie muszę przyznać, że budzi to pewien stres, gdy słyszysz od autorki książki, że jesteś jej wymarzoną bohaterką. To mocno zobowiązujące. Nie chciałabym zawieść ani jej, ani licznych fanów Saszy.

To będzie kolejna twoja „rola życia”? Takie hasło pojawia się przy wielu twoich produkcjach. Pisali tak, gdy grałaś Różyczkę, Wisłocką, Piłsudską, Ryfkę. To cieszy, irytuje czy stwarza presję?  

Faktycznie tak jest. Kiedy zagrałam „Różyczkę”, usłyszałam, że to rola życia i jeszcze długo taka propozycja do mnie nie przyjdzie. Ale tak samo było po "Sztuce kochania" i „Królu”, gdy mówiono, że bardzo wysoko zawiesiłam poprzeczkę. Teraz mam nadzieję, że to samo będą mówić o roli Saszy. To tak naprawdę pokazuje, że marzenia się spełniają i życie idzie do przodu. A ja i tak wierzę, że rola życia dopiero przede mną.

Jakie miałaś wyobrażenie o aktorstwie, jak widziałaś siebie w tym zawodzie, idąc na studia?

Marzyłam o tym, o czym większość moich kolegów, żeby dotknąć absolutu, realizować się i jak najwięcej grać. No i oczywiście o Oscarze (śmiech). Kończyłam szkołę w innych czasach – do telewizji dopiero wchodziły seriale. Były dwa: "Klan” i „Złotopolscy”. My chcieliśmy tylko grać. Gdziekolwiek, nawet na peryferiach, chodziło tylko o to, żeby móc stanąć na scenie. Kończyłam szkołę krakowską, miałam szczęście trafić na cudownych profesorów. Cały mój rocznik miał poczucie, że jesteśmy w wyjątkowym miejscu. Jest jednak taki cytat z Michaliny Wisłockiej, który bardzo lubię i odnoszę go także do swojego zawodu: „Seks może być podniosły jak modlitwa i przyziemny jak zjedzenie kromki chleba z kiełbasą”. Tak właśnie myślę o aktorstwie, które może być piękne i bardzo podniosłe, ale są w nim i momenty bardzo przyziemne. Nie ma niczego złego, bo przecież nie może być zawsze w szczycie.  

Masz za sobą gorszy czas?

Tak, mam za sobą trudne doświadczenia, kiedy nie miałam co do garnka włożyć i wgryzałam zęby w ścianę. Nie zawsze było łatwo i kolorowo. Był taki okres w moim życiu, kiedy mi było bardzo ciężko. To było po roli w filmie „Różyczka”. Odbierałam  za nią nagrodę w Gdyni, przechodząc jednocześnie trudny czas. Było mi bardzo ciężko, bo nie przychodziły do mnie żadne propozycje. Ten zawód jest jak sinusoida i ważne, żeby mieć silne oparcie w życiu rodzinnym albo stworzyć sobie własną niszę bezpieczeństwa.  

Wyznałaś kiedyś, że masz w sobie surowego wewnętrznego krytyka. Zapytam więc przewrotnie – kiedy ostatnio byłaś z siebie dumna?  

Zdarza mi się łapać na takich drobnych życiowych momentach, które napawają mnie dumą. Mam duże wsparcie od bliskich. Jestem kobietą i matką całkiem nieźle ogarniającą codzienność dnia. Jak czasem wstanę rano i około godz. 11 uświadomię sobie, ile już od tego momentu zdążyłam zrobić, to zdarza mi się siebie pochwalić. Bo życie to drobne sytuacje i dostrzeżenie ich jest ważne.

Potrafisz być dla siebie dobra?

Staram się! Jest to największa lekcja, jaką mam do odrobienia. Kiedyś usłyszałam takie zdanie, że gdybyśmy innych traktowali tak jak samych siebie, to byśmy poszli do więzienia. Dużo jest w tym prawdy, że dla siebie jesteśmy najbardziej okrutni. Staram się więc być dla siebie dobra, to duża życiowa lekcja.

Jesteś pracującą mamą. Udaje ci się wygospodarować czas tylko dla siebie?  

Pracująca to jedno, ale jak się jest mamą mocno absorbującego 3-latka, to rzeczywiście z tym czasem dla siebie jest dość trudno. Staram się go jednak wykrzesać i mieć chwile przyjemności tylko dla siebie.  

Co robisz za rzadko?

Oj, tyle rzeczy! Chciałabym na przykład móc przeczytać książkę tak od A do Z, tylko dla przyjemności, a nie dlatego, że się przygotowuję do roli. Mam też deficyt tego czasu dla siebie, o którym mówiłyśmy, ale wiesz co? Jestem szczęśliwa, nie narzekam. Jak się jest mamą takiego małego szkraba, to czas pędzi i wszystko się zmienia. Wiem, że przyjdzie moment, gdy będę miała więcej czasu dla siebie. Natomiast teraz, kiedy on jest mały i tak szybko się zmienia, staram się czerpać z tych chwil pełnymi garściami...  

Na jakim jest teraz etapie? Co lubi?

„Świnkę Peppę”, „Boba Budowniczego” a najbardziej „Psi Patrol” – Ryder jest jego ukochanym bohaterem, z którym bardzo się utożsamia. Bardzo dużo czytamy, z czego się cieszę. Henio jest wielkim fanem „Kici koci”.

Czujesz presję bycia perfekcyjną mamą?  

Cały czas. Bycie mamą to jednak jedna wielka lekcja pokory i lekcja o sobie, która nie zawsze musi mi się podobać. Macierzyństwo to sporo porażek, myślę, że każda mama mnie zrozumie. Mnie spotkało późne macierzyństwo, ale bardzo intensywne. Jest to dla mnie największa życiowa lekcja pokory, ale i sprawdzian z sobie samej.

Jak wyglądała twoja, wasza rzeczywistość w czasie lockdownu?

Jak wszyscy byłam przerażona. Oprócz strachu o siebie przede wszystkim drżałam o bliskich. Jestem w grupie zawodowej, która mocno odczuła skutki pandemii. Teatry i kina wciąż są zamknięte, otwarte były tylko na chwilę. Zawsze powtarzam jednak, że inni mają gorzej – mam to szczęście, że pracuję. Nie w takim wymiarze jak przed pandemią, ale jednak. W czasie lockdownu starałam się odrobić lekcję bliskości i dobrze wykorzystać ten czas. Udało nam się wyjechać gdzieś w Polskę, potem przyszedł moment intensywnej pracy, no a potem zachorowałam na koronawirusa. Później znowu praca, a potem kolejny koronawirus, bo jestem świeżo po drugim zakażeniu.  

Jak się teraz czujesz? No i jak przeszłaś zakażenie?

Dziękuję, drugi raz był dla mnie dużo łaskawszy niż pierwszy. Ale drugie zakażenie było dla mnie naprawdę wielkim zaskoczeniem.

Miniony rok upłynął też pod znakiem siły kobiet i siostrzeństwa. To ważne dla ciebie hasła?  

Bardzo, bo dostałam w życiu ogrom wsparcia od kobiet. W dorosłym życiu nauczyłam się siłę kobiecych relacji naprawdę doceniać. Otacza mnie dużo wyjątkowych, bliskich mi kobiet i bardzo się z tego cieszę. Mam bardzo bliską relację z moją mamą i innymi superkobietami, które mnie mocno wspierają. Choć mam też fajne relacje z mężczyznami i fajnych facetów wokół.

O czym marzysz?

Moje marzenia są dość proste – chciałabym, żeby moi bliscy byli zdrowi i szczęśliwi.  Śmieję się, że w sferze marzeń jestem jak dziecko: pragnę, żeby wszyscy byli po prostu szczęśliwi, żeby nikomu się nie stała krzywda, żeby nie było gorzej, a lepiej. Pragnę, żeby moje dziecko było szczęśliwe i miało fajne życie, żeby też doświadczyło trochę takiego fajnego dzieciństwa, jak ja miałam. Rozwój świata przebiega bardzo dynamicznie i zmierza w dość niebezpiecznym kierunku. Dziś mnie ktoś zapytał, czy chciałabym dać mojemu dziecku to, czego ja nie dostałam. A ja bym chciała odwrotnie – dać mu to, co sama dostałam.  

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również