Maria Sadowska i Adrian Łabanowski mówią o swojej miłości!
Fot. Filip Zwierzchowski/Das Agency

Maria Sadowska i Adrian Łabanowski mówią o swojej miłości!

Miłość od pierwszego wejrzenia istnieje i… ma się dobrze! Tak przynajmniej wynika z historii Marii Sadowskiej i Adriana Łabanowskiego.

Maria Sadowska:

Nie wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia. Latem 2007 roku podczas festiwalu reggae w Ostródzie trafił mnie piorun z jasnego nieba. Byłam tam przypadkiem dzięki mamie. Adrian stał 50 metrów przede mną, w tłumie. Nagle odwrócił się, popatrzył na mnie i czas zwolnił. Po koncercie krążył wokół, zastanawiałam się, czy podejdzie. Do dziś żartujemy z podrywu wszech czasów, jaki mi zaserwował. Zapytał: „Chcesz piwo?”. Trudno, poszłam na to wstrętne piwo z nalewaka. Spędziliśmy razem kilka godzin; nosił mnie na rękach, abym nie pobrudziła sobie błękitnych trampek.

Powiedział, że studiuje w Krakowie. Ja miałam artystyczne życie w Warszawie, dzieliło nas 9 lat. Pomyślałam, że to tylko piękna przygoda, niespełniona miłość. 

Wydałam wcześniej płytę „Tribute to Komeda”, która okazała się sukcesem – na festiwalu podchodzili do mnie ludzie, parę osób rzuciło mi się na szyję. Adrian mnie nie rozpoznał, choć potem okazało się, że jego eksdziewczyna była moją fanką. Gdy rozjechaliśmy się do domów, napisał SMS-a. Coraz dłużej rozmawialiśmy przez telefon, nie mogliśmy skończyć. Raz zdumiony zapytał: „Widziałem cię w telewizji, o co chodzi?”. Zaczął za mną jeździć po całej Polsce, pojawiał się na koncertach: a to w Gdańsku, a to w Zakopanem. Czułam, że mu zależy. Wciąż uważałam, że to nie ma sensu, postanowiliśmy ograniczyć kontakt. Ten miesiąc bez siebie tylko nam uświadomił, że musimy być razem. (…)

 

Adrian Łabanowski:

Tym, co w Marii uwielbiam, jest… chaos. Nie tylko to, ale lubimy nasze nieregularne życie; potrafimy się w tym świetnie odnaleźć. Wiele osób, patrząc na nas z zewnątrz, mówi, że nie dałoby rady tak funkcjonować. Dużo improwizacji, spontaniczności, brak dalekosiężnych planów. Jesteśmy podobni, więc się nie sprzeczamy na tym polu. Dla innych rutyna oznacza bezpieczeństwo. Ale nie dla nas. Normą jest, że wstajemy rano i nie wiemy, co się dziś będzie działo, aż nagle pojawia się masa rzeczy: komponujemy razem utwór, dzwonią telefony z propozycjami itd. Codzienność porządkują nam dzieci – trzeba je nakarmić i zaprowadzić do szkoły. Cieszę się, że moja żona jest artystką. Inspirujemy się nawzajem: w muzyce, w ogóle w sztuce. Maria jest pierwszym odbiorcą (i krytykiem) mojej twórczości. Czasem słucham jej uwag, a czasem nie. To działa w dwie strony. Nie obrażam się, kiedy powie mi coś zbyt dosadnie, bo też taki jestem. Znamy się doskonale, między nami nie ma ściemy. 

Dla mnie ważne jest także to, że oboje uwielbiamy ludzi – przed pandemią prowadziliśmy dom otwarty, przewijała się masa gości, w tym artystów.

Mamy z Marią wspólne duże grono przyjaciół, ale każde z nas też ma swoje osobne. (…)

 

Całą historię możesz przeczytać w kwietniowym numerze magazynu  PANI.  Już w sprzedaży!

 

PANI teaser0421

 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 04/2021
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również