Mariola Bojarska-Ferenc i Ryszard Ferenc: niezwykła miłość dziennikarki i architekta
Fot. Filip Zwierzchowski/DAS Agency

Mariola Bojarska-Ferenc i Ryszard Ferenc: niezwykła miłość dziennikarki i architekta

Kochają się i kłócą tak jak pierwszego dnia. Dziennikarka, miłośniczka fitnessu Mariola Bojarska-Ferenc i jej mąż, architekt Ryszard Ferenc, nawet nie zauważyli, kiedy upłynęło im wspólne 30 lat.

Mariola Bojarska-Ferenc: 

Poznaliśmy się, kiedy byłam trzy dni po rozwodzie. Miałam 27 lat i bałam się, że pracując w telewizji od rana do nocy, aby zarobić na siebie i synka, nikogo wartościowego nie poznam. W telewizji powierzono mi przeprowadzenie wywiadu z tenisistą Wojtkiem Fibakiem, w programie „100 pytań do…”. Towarzyszył mu właśnie Ryszard, panowie przyjaźnią się od dzieciństwa. 

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, choć od razu mi się spodobał i zaintrygował mnie rozmową. Kulturalny, świetnie ubrany, elokwentny. Nikt nie miał wówczas takich jedwabnych koszul jak on. Ryszard mieszkał w Poznaniu, ja w Warszawie, ale przyjeżdżał tutaj raz w tygodniu i wtedy się spotykaliśmy. On był akurat w trakcie rozwodu. Trafiliśmy na siebie w dobrym momencie, oboje szukaliśmy ciepła i miłości. 

Poznaliśmy się w listopadzie 1988 roku, a w marcu wyleciałam do Casablanki na dwumiesięczny kontrakt artystyczny. Pomyślałam, że to może oznaczać koniec naszej znajomości; nie było internetu, z telefonami ciężko. Wysyłałam Rysiowi codziennie listy. Kiedy w końcu się do niego dodzwoniłam, okazało się, że dostał je hurtem kilka godzin wcześniej. Zamiast jechać na narty z przyjaciółmi, spontanicznie zmienił plany i przyleciał do Casablanki, niczym Humphrey Bogart. Oszalałam! Ujął mnie tym, że podczas mojego pobytu – choć przecież nie musiał – jeździł doglądać mojego synka, który został z opiekunką. Nawiasem mówiąc, po powrocie z kontraktu skradziono mi zarobione pieniądze… Rysiek bez słowa przywiózł całą sumę, abyśmy mogli godnie żyć. 

Co mnie w nim ujęło? Ciepło, spokój, opiekuńczość, maniery oraz miłość do sztuki. Mam wrażenie, że Ryszard wyprzedza moje myśli. Kiedyś niewiele jadłam, ciągle byłam na diecie, więc podsuwał mi nowe dania, uczył mnie smakowania życia. Do dzisiaj co tydzień obdarowuje mnie kwiatami w moim ulubionym białym kolorze.  Po ślubie zamieszkaliśmy w Poznaniu, a kilka lat potem osiedliliśmy się w stolicy ze względu na moją pracę w telewizji. Kochamy ten dom, to nasze miejsce na Ziemi, urządzone w stylu, jaki obowiązywał w latach 20.  

Najważniejsze było dla mnie to, aby Ryszard miał świetny kontakt z moim synem, Marcinem, który urodził się jako 1200-gramowy wcześniak, bez szans na życie. Także z tego powodu tak bardzo troszczyłam się o dziecko. Chciałam, aby miał kochającego opiekuna. To był priorytet. I tak się stało. Kiedy urodził się Aleks, oboje z mężem każdym gestem udowadnialiśmy synom, że tak samo wiele dla nas znaczą. Rysiu jest ojcem wyrozumiałym i ciepłym. To on chodził na wywiadówki, abym nie dowiedziała się o wybrykach synów. Używał dobrych argumentów: „Mariola, to są męskie sprawy”. Dopiero potem dowiedziałam się, jakie z chłopców były ananasy. 

Może wydawać się to dziwne, ale nie mamy ani obrączek, ani pierścionka zaręczynowego, co podobno zwiastuje pecha. Nam – jak widać – służy. Obrączki zniknęły, kiedy okradziono nasz dom. Nie odkupiliśmy ich, uważając, że do szczęścia potrzebna jest miłość, a nie biżuteria. Za to z pierścionkiem wiąże się wstydliwa historia. Dwa tygodnie po ślubie poszliśmy na przyjęcie, gdzie Rysio adorował koleżankę. Byłam w nim tak zakochana, że zrobiłam głupią scenę zazdrości, rzucając pierścionkiem w tłum. Nigdy się nie odnalazł. Taka jestem: emocjonalna, impulsywna, po prostu włoski temperament. 

Między nami nadal kłębią się spore emocje. Potrafimy się pokłócić o bzdury. Ja mu zarzucam, że chce mnie utuczyć, bo kupuje ciasteczka, których nie potrafię sobie odmówić. On najbardziej się wkurza, jak zapomnę okularów w restauracji. Mamy za sobą „włoskie” kłótnie z młodości: kiedyś mąż stłukł w złości mój ulubiony kieliszek, a ja chlusnęłam na oślep kawą (plamiąc obraz!). Kiedy dojrzeliśmy, staliśmy się zdecydowanie łagodniejsi. Pozostały rozmowy „z pieprzem”. Dystans do siebie jest w tym najważniejszy.  Na kolacjach, które wydajemy dla przyjaciół, rozmawiam z Rysiem w specyficznym, zaczepnym tonie, co bywa odbierane jako sprzeczka. W istocie chodzi o to, że nie jesteśmy sobie obojętni. Lubimy, jak iskrzy. 

Nasze życie było jak tęcza. Zdarzały się bardzo trudne chwile i łzy. Raz Ryszard został oszukany w biznesie, raz ja. Przeżywał ze mną utratę pracy w telewizji, kiedy z niewiadomych powodów nie pozwalano mi na realizację moich marzeń. Innym razem mąż wylądował w szpitalu: były poważne problemy, operacja jedna za drugą. Wtedy to ja musiałam wziąć wszystko na swoje barki. Harowałam, aby dzieciom niczego nie zabrakło. Zamiast obarczać się winą, woleliśmy mobilizację do działania. I to uświadomiło nam, jak silnym teamem jesteśmy. Żadna sytuacja nie była w stanie nas rozdzielić, choć niektórzy robili zakłady, czy damy radę… Podobno szczęście to chwile. Chciałabym, aby te nasze trwały wiecznie. Ostatnio usłyszałam od koleżanki jedną z najładniejszych opinii o moim związku: „Zazdroszczę ci, że mąż po latach wciąż tak pięknie na ciebie patrzy!”. 

Mariola Bojarska-Ferenc – dziennikarka, producentka, ekspertka fitness, coach. Przez 25 lat współpracowała z TVP. Autorka 9 książek (m.in. „Klub 50 plus”, „Życie ma smak”, „Moda bez metryki”), felietonów oraz filmów z ćwiczeniami w samolotach Dreamliner LOT. Członkini największych światowych organizacji fitness: IDEA Health and Fitness Association i ECA. Mama dwóch synów: Marcina oraz Aleksa.

Ryszard Ferenc:

Najpierw zwróciłem uwagę na jej piękne, wysportowane nogi. Jestem miłośnikiem detali, więc do tej pory dobrze pamiętam, że Mariola miała na sobie świetne czarne rajstopy, czółenka i przylegającą do ciała sukienkę. Skomplementowałem jej wygląd, wyraźnie się ucieszyła. 

Piorunu sycylijskiego nie było, za to była ciekawa rozmowa o sztuce. Nasza pierwsza, w towarzystwie mojego przyjaciela Wojtka Fibaka. Nie planowaliśmy miłości, ale ona się nagle pojawiła. Mariola ujęła mnie zgrabną sylwetką (była młodzieńcza, zadbana i atrakcyjna), ale wkrótce doceniłem jej przebojowość i szacunek do ludzi. Z natury jest dyktatorką, co niektórych może drażnić. Nauczyłem się z tym żyć, bo żona mnie w ten sposób też pcha do przodu. Choć przez ten jej despotyzm nieraz się kłócimy; mimo że jestem spokojniejszy, nie daję sobie wejść na głowę. 

Podoba mi się skuteczność Marioli. Co sobie zaplanuje, to zwykle osiąga, choć czasem ma pod górę. Różnią nas charaktery, ale łączą gust, styl i spędzanie wolnego czasu. Uwielbiamy podróżować; najlepsze wakacje mamy tylko we dwoje, w naszych ukochanych Włoszech albo we Francji. Ja jestem od noszenia walizek, a Mariola organizuje cały pobyt, atrakcje i zwiedzanie. Z nią nie można się nudzić. Żona ma dar przyciągania nowych interesujących ludzi. Dzięki niej poznajemy – szczególnie na wakacjach – masę osób. Raz w cichym miasteczku na południu Francji przy sąsiednim stoliku usiadł dystyngowany mężczyzna. Mariola zaczęła prowadzić z nim rozmowę, w efekcie przesiedzieliśmy razem przy winie wiele godzin. Okazało się, że to Olivier Jeanneret, wnuk legendarnego architekta, urbanisty i malarza Le Corbusiera. Taka jest Mariola. 

Między nami nie może być cichych dni, są za to emocje od rana do nocy. Może i chciałbym nawet czasem pomilczeć, obrazić się, ale przecież z moją żoną to niemożliwe. (uśmiech) Dlatego pielęgnuję swój poranny rytuał. Wstaję pierwszy, szykuję pudding chia z owocami, czyli menu opracowane dla mnie przez żonę. Siadam przy stole sam, z własnymi myślami. Gdy wstaje Mariola, od razu robi się głośno. 

Naszym pierwszym wspólnym wyjazdem była wycieczka do Dubaju, gdzie spędziliśmy sylwestra 1988/1989. Poznaliśmy tam wówczas Kubę Morgensterna i jego żonę, z którymi przyjaźniliśmy się aż do śmierci reżysera, bywając wielokrotnie na wspólnych wakacjach i przyjęciach. Potem poleciałem do Marioli, do Casablanki. Spodobało mi się, że ona kocha sztukę, wizyty w muzeach i galeriach. Zawsze narzucała to także naszym synom, a oni długo się buntowali. Teraz, jako dorośli ludzie, doceniają, że od dziecka mieli kontakt ze sztuką i ciekawymi ludźmi. 

Architektura to mój zawód i moja pasja, Mariola też ją pokochała. Lubimy styl art déco, który z kolei ja jako deweloper staram się przemycić w każdym projekcie. Na szczęście nie kłóciliśmy się, urządzając nasz dom na warszawskim Wilanowie, w którym mieszkamy od 20 lat. Uważam, że dom to ludzie, ale wnętrza powinny mieć też duszę. 

Doceniam, że żona nigdy nie zmuszała mnie do uprawiania sportu. Od kilku lat trenowanie jest modne, ale to Mariola była prekursorką aktywnego trybu życia. To ona spopularyzowała w Polsce aerobik, pilates itd. Ja nie przepadam za ćwiczeniami, choć uwielbiam długie marsze. Kiedy jeździmy do Włoch, robimy we dwoje kilkukilometrowe spacery po plaży. 

Dla mnie Mariola to najlepiej ubrana Polka. Podoba mi się, że potrafi łączyć rzeczy luksusowe z tanimi, przełamać styl lżejszym elementem. Proszę ją, by nosiła mini – nie podoba mi się w długich sukienkach. Czas płynie, ale ona ma nogi tak samo dobre jak wtedy, gdy ją poznałem! Nadal jest zgrabna. Nieustająco się uczy, rozwija, czyta. Na jej wyjazdy na specjalne kongresy (a było ich w sumie ze 40) do USA, dotyczące fitnessu i zdrowego stylu życia, wydaliśmy fortunę. Uważam, że żona jest wciąż za mało doceniana w Polsce. Przykro mi jest, gdy widzę ostatnio jej łzy niemocy w walce o programy promujące zdrowie. Zachęcam, by odpuściła, jednak telewizja to miłość jej życia. Będę ją więc nadal wspierać. 

Mariola uwielbia być w centrum zainteresowania, ja – odwrotnie. Widzę, jak rozkwita w obecności kamer. Prywatnie potrzebuje dużo ciepła, chciałaby częściej się przytulać, trzymać za ręce, a ja tej dyscypliny raczej nie uprawiam. (śmiech) Jestem racjonalistą, odebrałem tzw. zimny chów. Miłość to dla mnie szacunek i przyjaźń. Zamiast wielkiej intensywności wolę utrzymywać zadowalający poziom temperatury w związku. Bez wzlotów, ale i bez upadków. U nas się to sprawdza.  

Doceniam, że jest przy mnie na dobre i na złe. Nawet kiedy powinęła mi się noga, co przypłaciłem zdrowiem, stała za mną murem. Przywracała wiarę w to, że wszystko będzie dobrze. Walczyła o rodzinę jak lew. Staram się jej odwdzięczać tym samym. Dobrze jest żyć u boku kobiety, która z największej swojej pasji uczyniła zawód. Mariola dowodzi na każdym statku, na który wsiada. A pływa tylko na tych, gdzie może być kapitanem!

Ryszard Ferenc – architekt, współwłaściciel i prezes firmy deweloperskiej Vivartis Sp. z o.o. Pasjonat stylu art déco. Obecnie realizuje swoje inwestycje m.in. na warszawskim Powiślu. Mieszka z żoną w Warszawie. 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 01/2020
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również