Pani doktor pisze. Literacka kariera Ałbeny Grabowskiej
Fot. East News

Pani doktor pisze. Literacka kariera Ałbeny Grabowskiej

Saga Stulecie Winnych zamieniona w serial przyniosła jej sukces i popularność. A przecież Ałbena Grabowska do pisania szła okrężną drogą. Nie jest wcale oczywiste, że doktor neurolog nagle wymyśla bohaterów powieści.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Ałbena Grabowska (@albenagrabowska)

Lato 1985 roku. Ałbena Grabowska ma 14 lat, wakacje spędza u babci w Bułgarii. Lubi tam być, bo dostaje to, co dla dziecka najważniejsze – akceptację. Bułgarska babcia nie poucza, nie krytykuje. Ałbena uczy się tkać, haftować. Sąsiadki wpadają po pracy na herbatkę, ploteczki. Przychodzi też Lelea Roza, wróżka. – Takie osoby są w Bułgarii czymś zwyczajnym – wyjaśnia Ałbena. – Na każdym osiedlu znajdzie się pani, która czyta przyszłość z kart, fusów, z ręki... Miejscowy folklor. Roza zaglądała do filiżanek z fusami i mówiła, co widzi. Chciała powróżyć i mnie, babcia się nie zgadzała: „Po co mieszać dziecku w głowie?”. W końcu jednak zrobiła „kawę” z cykorii, Roza popatrzyła w filiżankę i powiedziała dwie rzeczy: „Każdy mężczyzna, który się z tobą zwiąże – jako mąż, partner, kochanek czy przyjaciel – będzie królem życia. Przy tobie wszystko będzie mu się udawało”. I jeszcze... „Przed tobą, dziecko, pisanie i wielka sława”. 

Chciał wydłubać oczy, narysował brwi

Ałbena robiła wszystko, by pisarką nie zostać. Zdała na medycynę, bo szedł tam jej chłopak. Na piątym roku wzięli ślub – czemu nie, skoro się kochają?Wyspecjalizowała się w epilepsji, bo na stażu w klinice neurologii zafascynował ją mózg. Doktorat pisała z doskoku, w jednej ciąży, w drugiej. Została nauczycielką akademicką, gwiazdą kliniki, z jej uśmiechem to nie takie trudne! Już nie pamiętała, że w liceum była laureatką olimpiady polonistycznej, a na studiach utrzymywała się z pisania zmyślonych historii miłosnych do gazet. Teraz publikowała w pismach naukowych nawet za granicą. Z mężem, też lekarzem, mieli dwoje dzieci, życie towarzyskie. Robiła karierę, wykładała w całej Polsce, wyjeżdżała na zagraniczne konferencje naukowe. A przy tym jako prawie Bułgarka chciała być partnerką idealną.  – W Bułgarii obowiązkiem kobiety jest poświęcenie. Tłumaczyłam sobie, że tak trzeba: dzieci i mąż są ważniejsi. Może sama też czułam się zmęczona tymi wyjazdami, wykładami i gotowaniem obiadów z pięciu dań? Zwolniła się z kliniki, wzięła pracę blisko domu, w pracowni EEG. – Myślałam, że dzieje mi się krzywda, ale gdybym nie odeszła z kliniki, nie zaczęłabym pisać. Na Bałkanach mamy powiedzenie: „Chciał ci wydłubać oczy, a narysował brwi”. W pracowni był czas. Ałbena trochę z nudów zaczęła notować bułgarskie wspomnienia. – To miał być prezent dla dzieci, nie mówią po bułgarsku, niechby się dowiedziały. Napisała, poprosiła kolegę, żeby zrobił okładkę. Powiedział, że dobrze się czyta i żeby wysłała to do wydawnictwa. Wybrała kilka, okazało się, że dwa chcą wydać! W ten sposób powstał debiut. Ale nawet wtedy Ałbena nie myślała, by zostać pisarką.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Ałbena Grabowska (@albenagrabowska)

Nie chcę, a oni mnie zmuszają!

Urodziła trzecie dziecko. Kiedy synek skończył trzy lata, zdiagnozowano u niego autyzm. Trzeba było rzucić wszystko i jeździć na terapię, badania. Cofał się w rozwoju, rodzice nie wiedzieli, czy będzie mówił. Na to nałożył się rozwód, trudny, bo nie przebiegał „w zgodzie”. Ratunkiem okazało się pisanie. Dzień po dniu, zdanie po zdaniu. – Anestezjolog Krystyna Zdziechowska założyła portal tacyjakja.pl. Chciała publikować bajki terapeutyczne i namówiła mnie, żebym napisała o padaczce. Powstała bajka O małpce, która spadła z drzewa. A starszy syn prosił, żebym napisała książkę o nim, chłopcu, który wszedł do komputera. Wtedy wpadł mi do głowy literacki pomysł: akcję osadziłam w ludzkim mózgu. Na tym się przynajmniej znałam. Powstała Julek i Maja w labiryncie. – Wydaje mi się, że spotykałam ludzi, których zadaniem było zmusić mnie do pisania. Jej synek Julian na targach książki powiedział pani z wydawnictwa: „Mama napisała o mnie bajkę. Może chce pani wydrukować?”. „Proszę przysłać” powiedziała i... odpisała jeszcze tego samego dnia: „Wydamy”. – Zaczęłam rozumieć, jaką drogą idę, dałam sobie pozwolenie i okazało się, że w głowie rodzą się pomysły, jak pisać i o czym. Powstało Coraz mniej olśnień, Lot nisko nad ziemią, w końcu saga Stulecie Winnych, według której zrobiono telewizyjny serial. – Stulecie... pokazało, ile mam czytelniczek, które czekają na kolejne książki. Dostałam skrzydeł – mówi Ałbena. 

Szkoda czasu na rytuały

Nie ma gabinetu, ani nawet biurka. Siada przy stole w kuchni, patrzy na ogród i tak jest dobrze. – Jako dziecko nie miałam w pokoju stołu, lekcje odrabiałam w kuchni albo na podłodze, za ścianą mama ćwiczyła na kontrabasie, a tata non stop oglądał telewizję. Dzisiaj w pracy nie przeszkodzi mi nawet stado ryczących bawołów. Piszę rano, kiedy odwiozę dzieci do szkół, ale... myślę o pisaniu ciągle. Pamiętasz scenę z Amadeusza, kiedy Mozart komponuje? Orkiestra gra w jego głowie, a on ją w myślach rozpisuje na nuty. Mam podobnie. Przepraszam za to nieskromne porównanie.  Na pisanie zawsze brak jej czasu. Wymyśla nowe wątki w biegu, zajmując się codziennymi sprawami. Potem siada do komputera, zapisuje to, co już ma w głowie. – Mężczyźni, opowiadając o pisaniu, lubią filozofować, opisują swoje gabinety, chwalą żony, które ogarniają im życie i bez nich umarliby z głodu i pragnienia, bo nie umieją przygotować sobie nawet herbaty – śmieje się Ałbena. – A kobiety? Większość, jak Alice Munro, zaczyna późno, kiedy odchowają dzieci albo rozwiodą się z mężem i wreszcie mogą powiedzieć: teraz ja.

Ja zawsze byłam dla kogoś córką, żoną, matką, asystentką profesora, lekarką pacjentów. Dzięki pisaniu stałam się sobą.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Ałbena Grabowska (@albenagrabowska)

Zmyślone wspomnienia

Ludzie pytają, na kim wzorowała bohaterki Stulecia Winnych. Jej postaci i opisy szkicowane są ze szczegółami, trudno uwierzyć, że wzięły się... z niczego, czyli z głowy. Wielu chce jej opowiadać swoje historie dla inspiracji, ale ona nie potrzebuje. Wystarczy wyobraźnia. – Złapałam się kiedyś na złudzeniu wspomnień. W Stuleciu... opisywałam swoje pierwsze wybory, te w 1989 roku. Pamiętałam lokal wyborczy, chwilę, gdy wrzucałam kartę do urny. A niedawno uzmysłowiłam sobie, że skoro one były 4 czerwca, a ja dopiero 26 skończyłam 18 lat, nie mogłam w nich uczestniczyć. Wszystko wymyśliłam! Przestraszyłam się, bo teraz nie wiem, czy to, co pamiętam, jest prawdą, czy wytworem mojej wyobraźni. Zdarzyło mi się zadzwonić do mamy i zapytać, czy na dziedzińcu mojej szkoły w stanie wojennym rzeczywiście stał czołg. Na szczęście potwierdziła: „Oczywiście! I mnóstwo zomowców! A dlaczego pytasz, córeczko?”. Odetchnęłam z ulgą.  Nie zdarzają się jej momenty, że nie może pisać dalej, bo nie ma pomysłu. Nigdy nie utknęła w połowie fabuły. Książki „wymyślają się same”. Ostatnia, Matki i córki, wepchnęła się w kolejkę. – Pisałam coś innego, kończyłam kolejną sagę, ale musiałam przerwać, żeby zająć się czterema pokoleniami kobiet, które chciały, żebym natychmiast je opisała. Byłam tym zdziwiona, bo praca naukowa nauczyła mnie dyscypliny. Jestem poukładana, grzecznie kończę to, co zaczynam. Coś ci jeszcze zdradzę. Dla mnie pisanie to misja. Cieszę się, że mogę z tego żyć, ale nie chciałabym być tą „nutką zwykłą” z piosenki Wojciecha Młynarskiego („Na pięciolinii moich dni być nutką nikłą, nutką zwykłą nie daj mi” – red.). Chcę pisać lepiej, ciekawiej, zaskakiwać. I mam nadzieję, że uda mi się przejść do historii, że moje książki nie zostaną zapomniane. Myślisz, że to pycha? 

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również