Przepowiadano im koniec. Futurolodzy przewidywali, że przestaniemy ich potrzebować. Kto pójdzie do biblioteki po książki, gdy będą dostępne w formie cyfrowej, online? Zaskoczenie! Chętnych jest wielu. To kolejny element analogowego świata, który oparł się technologicznej zmianie. A raczej się do niej dostosował. Przy okazji zapewniając nam spokojną przystań i cyfrowy odwyk.
Z lękiem szłam do osiedlowej wypożyczalni – książki przetrzymałam dwa lata! Jak do tego doszło? Nie wiem. Artykuł, do którego napisania były mi potrzebne, dawno się ukazał, równowartość honorarium powinna wystarczyć na karę za nieterminowy zwrot lektur. Będzie można za to kupić kilkanaście nowości do biblioteki, ważna sprawa, bo w 2026 Ministerstwo Kultury przeznaczyło na ten cel kwotę trzy razy mniejszą niż w poprzednich latach. Ta myśl nie zmniejszała jednak wstydu. Na miejscu okazało się, że niepotrzebnie się niepokoiłam: nikt nie miał pretensji. Usłyszałam tylko: „Dobrze, że w końcu pani przyszła”. Wdzięczność i ulga. Następnego dnia przyniosłam do wypożyczalni kilka książek, których już nie potrzebowałam lub miałam w dwóch egzemplarzach. „O! Chłopki! Przyjmiemy każdą ilość, bo po nie ustawiają się kolejki”. Przy okazji dowiedziałam się co nieco o czytelniczych trendach, wypiłam herbatę, przejrzałam najnowsze wydania tygodników. I pomyślałam: jak tu… kojąco.
Pierwsza publiczna biblioteka w Polsce powstała w połowie XVIII wieku. Założyli ją w Warszawie dwaj bracia biskupi, Józef Andrzej i Andrzej Stanisław Załuscy – postanowili stworzyć księgozbiór narodowy. Biblioteka była otwarta dwa dni w tygodniu, książki udostępniano tylko na miejscu (początkowo wypożyczano je do domu, jednak zbyt często nie wracały od czytelników). Pełniła funkcję ważnego ośrodka życia naukowego i literackiego Warszawy – taką miała misję. Działała 50 lat, aż do upadku powstania kościuszkowskiego. Tyle o historii. Ważnej, bo biblioteka Załuskich była nie tylko miejscem wyjątkowym w Polsce i Europie, ale też wówczas jednym z największych księgozbiorów na świecie. Dziś też mamy powody do dumy. W ramach sieci bibliotek publicznych (która zaczęła się rozwijać po II wojnie światowej) działa ich ponad 7,5 tysiąca. Prawie wszystkie mają katalogi online, 70 proc. umożliwia rezerwację książki przez internet, a do jednej czwartej można się zapisać bez wychodzenia z domu. Amerykański futurolog Thomas Frey uważa, że za kilka lat będziemy mogli korzystać w ten sposób ze wszystkich bibliotek! I pomyśleć, że niedawno wieszczono im koniec. Audio- i e-booki miały wyprzeć książki papierowe, algorytmy, a wyszukiwarki – zastąpić bibliotekarzy.
– Okazało się, że im więcej czasu spędzamy w cyfrowym świecie, tym bardziej potrzebujemy miejsc, które emanują „dobrą energią”, zapewniają komfort i poczucie bezpieczeństwa, a przy okazji łączą ludzi. Biblioteki są jedną z ostatnich przestrzeni publicznych, gdzie nie trzeba niczego kupować. Można po prostu przyjść i posiedzieć, dobrze spędzić czas – tłumaczy Paulina Małochleb, krytyczka literacka, iteraturoznawczyni i pisarka (m.in. autorka książki Mięśnie mam od miłości).
Biblioteki przyciągają ludzi, oferując specyficzny rodzaj „schronienia”. Amerykański socjolog Ray Oldenburg nazwał takie przestrzenie „trzecimi miejscami”. Pierwszym jest dom, drugim praca lub szkoła. Trzecie to przestrzeń pomiędzy: neutralna, dostępna, sprzyjająca spotkaniom i budowaniu wspólnoty. Przez lata tę rolę pełniły kawiarnie, stołówki, place miejskie, domy kultury. Dziś także biblioteki. Są wielofunkcyjne: aktywizują i wyciszają.
To w nich organizuje się kluby dyskusyjne, warsztaty, koncerty, spotkania autorskie, zajęcia dla dzieci i osób starszych. Tutaj nastolatki uczą się do matury, freelancerzy pracują z laptopami, a młodzi rodzice znajdują chwilę oddechu, gdy dzieci mają zajęcia edukacyjne. Cieszę się, że zaczęliśmy je doceniać – mówi Paulina Małochleb.
Biblioteki wreszcie przestają onieśmielać – zapraszają. Oferują dostęp do informacji, wiedzy, do narzędzi wspierających rozwój. Te nowo budowane są wygodne (dostosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami) i świetnie zaprojektowane. Jak biblioteka Oodi w Helsinkach. Drewniana falująca bryła mieści pracownie, studia nagrań, przestrzenie coworkingowe i tarasy widokowe. Albo zbudowany w portowym mieście Aarhus, w Danii monumentalny Dokk1 – budynek łączący bibliotekę z centrum obywatelskim i miejscem spotkań mieszkańców. Polska też dołącza do tego nurtu. U nas architekci rezygnują z monumentalności na rzecz przestrzeni, które można dostosować do różnych aktywności. Taka jest m.in. Stacja Kultura w Rumi na Pomorzu. Urządzona w budynku dworca kolejowego, w 2016 r. została uznana za najlepszą bibliotekę świata w kategorii „Single Space Design” w konkursie Library Interior Design Awards. Doceniono m.in. fakt, że z dworca, czyli miejsca, przez które się przemyka, powstała przestrzeń zachęcająca do zatrzymania. Warszawska Metroteka na stacji metra Kondratowicza też dostosowuje się do codziennego rytmu miasta – można tu wpaść na chwilę i przejrzeć nowości, ale też zostać dłużej, gdy komuś się nie spieszy. A Biblioteka Elbląska, na którą składa się sieć nowoczesnych filii: Cyberiada, Lokomotywa, Pozytywka, Bulaj, Kostka czy Słoneczna, to przykład lokalnego centrum życia społecznego. Organizuje się tu spotkania autorskie, warsztaty rękodzieła i ogrodnicze, zajęcia dla najmłodszych, są popołudnia dla seniorów czy turnieje gier. Za fenomen w skali kraju pod względem oferowanych atrakcji uchodzi łódzka Mediateka MeMo, urządzona w odrestaurowanej Willi Trianon z XIX wieku: można w niej poczytać, nagrać podcast (w darmowym studiu), wypożyczyć sprzęt filmowy, zmontować własny materiał wideo.
Coraz więcej bibliotek przeprojektowuje się zgodnie z filozofią tzw. miejskiego salonu – czyli przyjdź i się rozgość. Bo sposób organizowania przestrzeni wpływa na nasze zachowania. Jasne wnętrza, naturalne materiały, widok zieleni i możliwość swobodnego wyboru miejsca zwiększają poczucie bezpieczeństwa i zachęcają do dłuższego przebywania poza domem – pisał o tym m.in. amerykański antropolog Edward T. Hall w książce Ukryty wymiar (u nas psychologią przestrzeni i jej wykorzystaniem w praktyce zajmuje się m.in. architektka Joanna Jurga, która popularyzuje wiedzę o neuroarchitekturze w podcaście Bezpiecznik). Bibliotekarze korzystają z tej wiedzy chętnie.
Paradoksalnie instytucja, której przepowiadano zmierzch, okazała się jedną z najlepiej przygotowanych na XXI wiek. Być może dlatego, że nigdy nie chodziło tu wyłącznie o książki. Biblioteki od zawsze były przede wszystkim miejscem organizowania wspólnoty wokół wiedzy. Dziś dodajemy do tego jeszcze troskę o relacje i lokalną tożsamość – wyjaśnia Patryk Kuś, dyrektor biblioteki publicznej w warszawskiej dzielnicy Wesoła.
Jeśli wierzyć prognozom „przepowiadaczy trendów”, takich jak Thomas Frey (były inżynier IBM, założyciel DaVinci Institute w Kolorado, znany z trafnych prognoz dotyczących rozwoju technologii czy przyszłości edukacji), to początek renesansu bibliotek. Niebawem wypożyczalnie książek mogą stać się miejscami, w których będziemy korzystać z laboratoriów, archiwów dźwięków, zapachów, poznawać technologiczne nowinki. To współczesne myślenie o kulturze: nie zamykać jej w szafach, lecz zapraszać mieszkańców do współtworzenia. Nowoczesna biblioteka nie konkuruje z internetem, lecz oferuje to, czego świat cyfrowy nie może.
– Niezależnie od tego, czy przyjdziemy po kryminał, czy na warsztaty z wykorzystania sztucznej inteligencji, najcenniejszy w tym miejscu pozostanie drugi człowiek. W czasach, gdy coraz więcej relacji odbywa się za pośrednictwem ekranu, biblioteka przypomina, że wspólnotę buduje się obecnością – mówi Patryk Kuś.
Jak wynika z badań wśród osób 60 plus, prowadzonych przez dr. Bartka Lisa, socjologa z Instytutu Kultury Miejskiej w Gdańsku, Polacy do biblioteki przychodzą głównie dla towarzystwa. To dla nich rodzaj klubu, gdzie można lepiej poznać sąsiadów i kulturalnie spędzić z nimi czas. – Mamy w planach kilkanaście lokalnych inicjatyw, dzięki którym mieszkańcy będą mogli czynnie uczestniczyć w życiu dzielnicy – podkreśla Agnieszka Olfans-Stęchły, z wykształcenia prawniczka, która po przejściu wypalenia zawodowego postanowiła zmienić pracę i została ekspertką od organizowania imprez w bibliotece w Wesołej.
„Szukam książki o dziewczynie, która zakochała się w parobku. – A pamięta pani okładkę? – Chyba… żółta”. Detektywistycznych zagadek trafia się w tygodniu sporo, ale bibliotekarki radzą sobie z namierzeniem tajemniczych lektur. – Na co dzień zajmują się też „pracą emocjonalną”: słuchają i rozmawiają ze spragnionymi kontaktu, wymiany myśli i opinii. Radzą, pocieszają, proponują dopasowane do stanu ducha lektury. To nie jest łatwa praca. Gdy czasem słyszę te dialogi, to myślę sobie, że bibliotekarz musi mieć coś z psychoterapeuty. Nie każdy się w tym odnajdzie – mówi Agnieszka Olfans-Stęchły.
Pisarka Paulina Małochleb od lat spotyka się z czytelnikami w bibliotekach, to jej ulubione miejsca do rozmowy o literaturze – książka staje się pretekstem do nawiązania relacji, a nie towarem. Żartuje, że mieszka w domu, gdzie nie ma Lalki – i wyjaśnia, że powieści Prusa nie trzyma na półce, bo od lat konsekwentnie wypożycza książki, zamiast je kupować.
Powody są współczesne: ekonomiczne i ekologiczne. Po co gromadzić kolejne tomy, skoro większość z nich czyta się tylko raz? Biblioteka pozwala ograniczyć domowy księgozbiór i zaoszczędzić.
Filozofia współdzielenia dobrze wpisuje się w XXI wiek, coraz częściej rezygnujemy z posiadania na rzecz dostępu. Dzięki bibliotekom literatura pozostaje dobrem wspólnym. Ich popularności sprzyja też fakt, że czytanie stało się elementem współczesnego stylu życia. To wpływ między innymi booktokerów i bookstagramerów, czyli polecających książki użytkowników mediów społecznościowych, którzy potrafią zamienić nieznaną powieść w bestseller. Nie mniejsza w tym zasługa… świata mody. Dior od kilku lat ma w stałej sprzedaży kolekcję toreb inspirowanych klasyką literatury, wzorowanych na okładkach powieści, m.in. Draculi Brama Stokera, Ulissesa Jamesa Joyce’a czy Niebezpiecznych związków Choderlosa de Laclosa. Jedną z ambasadorek pomysłu jest Natalie Portman, aktorka, producentka i założycielka klubu książki, którą sfotografowano w czytelni francuskiej Biblioteki Narodowej w Paryżu z charakterystyczną płócienną torbą Diora.
Jeżeli osoby, które podziwiamy, czytają, książka zyskuje dodatkowy prestiż. Zjawisko to dostrzegła badaczka z Uniwersytetu Harvarda Jessica Pressman.W książce Bookishness. Loving books in a digital age opisuje zjawisko, które nazwała „książkowością” – chodzi o modę na wszystko, co związane z czytaniem. Zdaniem Pressman im więcej życia przenosi się do internetu, tym – wśród części z nas – silniejsza potrzeba otaczania się książkami. Są już nie tylko nośnikiem tekstu, ale symbolem przynależności do świata, który ceni refleksję i uważność. Epoka ekranów nie osłabiła atrakcyjności czytania, lecz nadała mu nowy status. Dziś własna biblioteczka, płócienna torba (jeśli nie Diora to chociaż z logo ulubionego wydawnictwa) czy zdjęcie z książką w kawiarni są świadectwem bibliofilskich zainteresowań i deklaracją stylu życia, w którym analogowość staje się luksusem, a czytanie jedną z najbardziej pożądanych metod na osiągnięcie zadowolenia i spokoju.