Twój Styl
Płakałam, ale mówiłam, że dam radę. Przecież kocham balet.
Fot. simpledancerslife.com

Płakałam, ale mówiłam, że dam radę. Przecież kocham balet.

Piękne i lekkie z perspektywy widowni. Za kulisami pracują jak górnik. Taniec w balecie to pot i łzy? Brak dzieciństwa, wieczne odchudzanie się, zazdrość o role? Takie krążą legendy. Ale na blogu SimpleDancersLife, który prowadzi Aneta Wira-Ostaszyk, od 12 lat baletnica Teatru Wielkiego, ten świat wygląda optymistycznie. Szczerość czy internetowa poza? Sprawdzam.

 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Aneta Wira-Ostaszyk|Balet|Moda (@simpledancerslife)

Taniec w pointach boli? 
Nie jest to najwygodniejsze obuwie, bo musi być ciasne, żeby nie spadało ze stóp, ale bez przesady! Jeśli nasze stopy wyglądałyby tak jak na zdjęciach, które można znaleźć w internecie, nie mogłybyśmy tańczyć! Mamy wkładki do point, by uniknąć odcisków i otarć, moczymy nogi w wodzie z lodem, żeby zniwelować opuchliznę, a w wyjątkowych wypadkach, jeśli ktoś ma problem ze stopami, na próbach tańczy w miękkich baletkach. Sto procent formy musimy mieć na spektaklu. 

Piszesz o tym na blogu SimpleDancersLife. Chcesz odczarować balet, bo ma czarny PR?
Na początku zamierzałam pisać recenzje spektakli tanecznych oczami „profesjonalisty”. Okazało się, że praca baletnicy od kulis jest dla czytelniczek bardziej interesująca, a ja zauważyłam, że w polskiej blogosferze nikt tego nie pokazuje. Tak się zaczęło. Dzisiaj rzeczywiście zależy mi na tym, żeby łamać krzywdzące stereotypy. 

 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Aneta Wira-Ostaszyk|Balet|Moda (@simpledancerslife)

Jakie? 
Że w świecie baletowym nie istnieje przyjaźń, tylko zawiść i konkurencja, że my, baletnice, najchętniej połamałybyśmy sobie nawzajem nogi i wyrwały włosy z głów, że nic nie jemy... 

Tych historii jest więcej. Czytałam książkę Balet, który niszczy – rozmowy z tancerkami o ich doświadczeniach ze szkół baletowych. O mobbingu, upokarzaniu, nawet o molestowaniu! Chciałam skonfrontować z tobą te opowieści, bo wydajesz się pogodną, optymistyczną osobą. Nie pasujesz do obrazka umęczonej baletnicy. 
Szkołę wspominam dobrze. Niczego nie żałuję i nie mam zamiaru przepraszać za to, że tam nie cierpiałam. A czasem, kiedy napiszę coś pozytywnego o szkole, dostaję wiadomości: „Jak możesz, przecież tam dręczą ludzi!”. 

Nikt ci nie mówił, że jesteś za gruba albo głucha, bo zatańczyłaś coś nie w rytmie? 
Za gruba – nie. Zawsze byłam naturalnie szczupła i raczej słyszałam, że muszę jeść więcej. Szczególnie kiedy w czasie ostatniego roku szkoły zmarł mój tata i chudłam ze stresu. Pamiętam, że nauczyciele chcieli kupować mi obiady, żebym jadła je przy nich – na wszelki wypadek.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Aneta Wira-Ostaszyk|Balet|Moda (@simpledancerslife)

Żadnych koleżanek z bulimią czy anoreksją?
Dwie dziewczyny podejrzewałam o zaburzenia odżywiania. Ale nie zostawiono ich samym sobie. Nikt nie mówił „o, super, schudłaś”, tylko „widzimy, że masz problem i trzeba ci pomóc”. Zaburzenia odżywiania u dzieci zdarzają się w każdej szkole, są efektem różnych problemów, nie tylko docinków „coś ci się tu wałkuje”. A szkoła baletowa się zmienia, zatrudnia dietetyka, psychologa, pedagoga – kiedyś ich nie było. Przyjaźnię się z dietetyczką i wiem, że dzieci nie chcą do niej przychodzić, chyba że zostaną wysłane przez nauczyciela albo rodzica. 

Stereotypowa nauczycielka tańca: samotna, niespełniona kobieta, której nie udało się odnieść sukcesu i wyładowuje frustracje na dzieciach. 
Znam te historie, słyszałam o takich, którzy wrzeszczą, wyzywają od grubasów czy debili. Ale to na pewno nie jest reguła. Miałam kilka nauczycielek tańca, ale pamiętam tylko dwie przykre sytuacje: raz na zajęciach nauczycielka straciła cierpliwość, uderzyła ręką w lustro i krzyknęła, bo wykonaliśmy coś „niemuzycznie”, a drugi... w szóstej klasie usłyszałam na zajęciach: „Czy ty jesteś głupia?”. Wyszłam wtedy z sali. Potem jednak wróciłam i przeprosiłam, czułam, że tak wypada, byłam uczennicą. Oczywiście młodsze dziecko może nie mieć siły na taki sprzeciw, bać się zareagować.

I jest w tym samotne, bo rodzice są daleko. Ty przecież jesteś z Wrocławia, a chodziłaś do szkoły w Warszawie. 
Ale mama przynajmniej raz w tygodniu rozmawiała z nauczycielami. A co dwa tygodnie ktoś do mnie przyjeżdżał, rodzice wynajmowali pokoik i spędzali ze mną weekend. Albo prosili ciocię i wujka mieszkających w Warszawie, żeby zabrali mnie do kina, bo tęskniłam. 

Płakałaś? 
Nie raz. Telefony komórkowe były drogie. Miałam taki starodawny, wielki, leżał pod łóżkiem. Kiedy było mi źle, wysyłałam do rodziców esemes „zadzwońcie”. W bursie telefon był na korytarzu. Odbierał ten, kto stał najbliżej, i krzyczał: „Aneta z 307, do ciebie!”. Nie było mowy o intymności. Ale i tak wylałam do słuchawki mnóstwo łez, skarżyłam się, że już nie chcę tam być. Mama nie wiedziała, co robić – córka płacze, a potem mówi, że da radę. Przecież kocha balet. 

Ile lat ma dziecko, które idzie do szkoły baletowej? 
Zazwyczaj dziesięć. Ja miałam 12 i poszłam do IV klasy. Znałam podstawy tańca klasycznego, od czwartego roku życia chodziłam na zajęcia. 

Moja córka ma 9 lat i nie wyobrażam sobie, żeby ją puścić do szkoły z internatem 300 kilometrów od domu. 
Mówi się, że balet wymaga poświęcenia, ale... to rodzice muszą się poświęcić. Moi oddali do szkoły z internatem jedyną córeczkę, żeby spełniała dziecięce marzenia. Nikt nie podejrzewał, że to będzie mój ukochany zawód. Trzeba zaryzykować, szkoła baletowa nie jest dla każdego. 

Czego wymaga od dziecka?
Żeby się dostać, trzeba mieć słuch i poczucie rytmu, ale też odpowiednią budowę. Długie nogi i ręce, łabędzią szyję, nie za dużą głowę, wyraziste oczy. Dziewczynki powinny być szczupłe i rozciągnięte. Kolana maksymalnie wyprostowane, wręcz z przeprostami. Ważne jest też „otwarcie bioder”, bo w balecie tańczy się na stopach wykręconych na zewnątrz. Tancerz nie rozwinie się, jeśli anatomicznie coś go blokuje. Niekiedy przyjmuje się dzieci, które otwarcie bioder mają mniejsze, ale są muzykalne albo mają piękne ręce i jest nadzieja, że w trakcie nauki resztę się wypracuje. Czasem się udaje, jak u mnie, ale nie zawsze. I lata nauki na marne. 

I jeszcze psychika?
Tęsknota za domem i rodzicami może przesłonić chęć do pracy. Wtedy nie będzie postępów, a one są w tańcu najważniejsze. Po to codziennie szlifujemy te same pozycje i ćwiczenia. Lepiej wtedy zabrać dziecko ze szkoły, żeby później uniknąć rozczarowań. 

Mówi się, że balet zabiera dzieciństwo. 
Nie mam takiego poczucia. Ale pracy jest dużo, szkoła trwa dziewięć lat. Ma profil ogólnokształcący, a do tego dochodzi taniec – codziennie. To wymaga pracowitości. Ja jestem zorganizowana, chciałam skończyć szkołę z najlepszą oceną z baletu klasycznego, żeby dostać się do dobrego zespołu. Udało się, pracę w balecie narodowym zaproponowano mi już w ostatniej klasie. 

Tancerki opowiadają, że szkoła dzieli dzieci na lepsze i gorsze. Wybrane ćwiczą przy środkowym drążku i dostają od nauczyciela uwagi, reszta stoi przy bocznych drążkach i czuje się zaniedbana. 
Rzeczywiście, w warszawskiej szkole nauczyciel siedzi pod lustrem, a drążki do ćwiczeń są przy ścianach, ustawione w literę U. Dzieci powinny zmieniać miejsca, by każde mogło znaleźć się na środku. Ale gdy zbliża się egzamin i nauczyciel ustawia klasę, by zaprezentowała się przed komisją, w centrum wylądują ci dobrze wyćwiczeni. To chyba normalne? Trudniej zmienić miejsce przy drążku w teatrze. 

Tam też są drążki? 
Pewnie. Tancerze baletowi wykonują wciąż te same ćwiczenia w szkole, a potem w pracy. Baletnica całe życie szlifuje pozycje i zawsze może coś poprawić. Nawet jeśli jest solistką najlepszego zespołu na świecie. Kiedy zjawiasz się na pierwszym treningu w teatrze, widzisz tłum ludzi i nikt ci nie powie: „Chodź, tutaj będziesz idealnie widoczna, należy ci się, byłaś najlepsza w szkole!”. Idziesz tam, gdzie jest wolne miejsce, i zostajesz na długie miesiące, bo ludzie się do swoich pozycji przyzwyczajają. Kiedy wróciłam do pracy po ciąży i po macierzyńskim, też stanęłam na starym miejscu. Poprosiłam tylko koleżankę, która ćwiczyła tam pod moją nieobecność, żeby się przesunęła. I tyle. 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Aneta Wira-Ostaszyk|Balet|Moda (@simpledancerslife)

Jak wygląda dzień pracy baletnicy Teatru Wielkiego?
Pracujemy od wtorku do soboty, od 10. do 18. – jeśli nie ma spektaklu. Jeżeli jest, kończymy próbę o 14. i przychodzimy do teatru godzinę przed występem. Od 10. doskonalimy technikę baletową – ćwiczenia przy drążku, skoki, piruety. O 11.15 zaczynają się próby – trwają do 14., potem godzinna przerwa, a od 15. do 18. znów jesteśmy na sali. Ja zaczynam wcześniej, o 8, bo od tego roku jestem nauczycielką stażystką w szkole baletowej. 

Jak długo trwa kariera tancerki?
Do czasu, kiedy ciało jest w stanie wykonywać zadania. Najstarsza w naszej grupie jest po czterdziestce. Najczęściej dziewczyny rezygnują w okolicy 35.–37. urodzin. Zachodzą w ciążę, pierwszą albo drugą, idą na zwolnienie, urlop, potem nie wracają. Czasem eliminuje nas kontuzja – im jesteśmy starsze, tym o nią łatwiej. Ciało się zużywa. Co potem? To drażliwy temat. Tancerzom odmówiono prawa do wcześniejszej emerytury, chociaż w pewnym wieku nie mogą już pracować. Niektórzy zostają nauczycielami tańca, choreografami, inni przechodzą do pracy biurowej w teatrze. 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Aneta Wira-Ostaszyk|Balet|Moda (@simpledancerslife)

Ty masz 31 lat i rok temu urodziłaś dziecko. Wcześnie jak na baletnicę.  
Pytają mnie, kiedy jest najlepszy moment na dziecko dla tancerki. Odpowiadam: kiedy kobieta jest gotowa. I musi wiedzieć, że nie da się połączyć ciąży z pracą, bo to ciężki wysiłek fizyczny. Mam wprawdzie koleżankę, która pracowała do szóstego miesiąca, bo nie było nic widać, ale ja przestałam tańczyć w dziesiątym tygodniu. Ćwiczyłam jednak do dziewiątego miesiąca, żeby ciało nie wyszło z formy. Po dwóch tygodniach od porodu zaczęłam się rozciągać. Po kolejnych kilku stanęłam przy drążku. Pół roku później byłam gotowa, by iść do pracy. Bolały nogi, kręgosłup, ale ciało w końcu się wzmocniło. Dzisiaj mój Włodek ma prawie rok, a ja cały czas jestem cztery kilogramy na plusie. Nie zauważyłam, żeby komuś to przeszkadzało, ale musiałam zmienić kostium Śnieżynki, którą gram w Dziadku do orzechów, na większy. 

Pamiętasz film Czarny łabędź z Natalie Portman? Jadła na śniadanie pół grejpfruta. Nie mam pojęcia, jak potem wytrzymać tyle godzin ciężkich prób. 
Jem wszystko, choć z umiarem. Rano węglowodany, czyli owsianka. Ale kiedy nie mam czasu jej przygotować, zdarza się słodka bułka. W przerwie między próbami i treningami kanapka, kawa, herbata, owoce. Duży obiad mam na kolację. Późno, ale muszę zjeść coś porządnego – wydatek energetyczny na próbach jest ogromny. Gotuję sama. Nigdy się nie uczyłam, co i jak jeść, żeby mieć figurę baletnicy, ale dzisiaj w szkole można się tego dowiedzieć. Dużo zależy od genów i predyspozycji. Mam w pracy koleżankę, która wygląda jak anorektyczka, a wiem, że je niemało! 

A jak jest z zazdrością? Każdy tancerz chce zostać solistą, a przecież nie wszystkim się udaje. 
W zespole baletowym są pierwsi soliści, soliści, koryfeje, którzy tańczą w dwójkach, trójkach czy czwórkach, i zespół, tło dla całości. Niektórzy soliści są tacy, że patrzysz i... od razu widać, że mają w sobie coś, co trudno opisać, jakiś błysk. Hierarchia jest ustalona, solistka raczej do zespołu nie przejdzie, nie będzie grała scen zbiorowych. Tancerka z zespołu może zostać solistką, ale mnie się nie udało. W szkole miałam szóstki, jeździłam na konkursy, a w teatrze się okazało, że takich jak ja jest wielu. Nie czuję się jednak sfrustrowana. Gdyby tak było, zawód przestałby sprawiać mi przyjemność. 

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 03/2020
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również