Mariusz Szczygieł: "Poszedłem na terapię, bo przyjaciel oświadczył mi, że ciągle jestem pogodny i to musi być jakaś choroba"
Fot. KFP/REPORTER

Mariusz Szczygieł: "Poszedłem na terapię, bo przyjaciel oświadczył mi, że ciągle jestem pogodny i to musi być jakaś choroba"

Widzowie programu "Na każdy temat" zapamiętali go jako empatycznego, dziennikarze z gazety lubili, bo był pogodny. Potem Mariusz Szczygieł poszedł na terapię i dowiedział się, że swoim uśmiechem… szantażował innych, chcąc kontrolować ich reakcje. Naprawdę jednak chciał mieć pod kontrolą… siebie. Dziś umie odpuścić. Zrozumiał, że potrzeba kontroli to dowód słabości, nie siły.

Miał pan sygnały od otoczenia, że trochę przesadza z tą kontrolą?

Mariusz Szczygieł: Nie, może dlatego, że nie sprawowałem kontroli nad życiem innych, tylko byłem control freakiem we własnym. Długo mi zazdrościli, że jestem taki porządnicki, ale ja nie byłem świadomy faktu, że mam obsesyjną potrzebę kontroli. Dowiedziałem się dopiero w 2004, kiedy skończyłem 38 lat.

A co się wtedy wydarzyło?

Poszedłem na terapię, bo przyjaciel Wojtek Tochman oświadczył mi, że ciągle jestem pogodny, wesoły i że to musi być jakaś choroba – tak zrozumiałem, bo nie ma ludzi, którzy nieustannie są w dobrym humorze. Więc prawdopodobnie z czymś nie chcę się skonfrontować i przykrywam to pogodnym usposobieniem. Na pierwszym spotkaniu z terapeutą opowiadałem o sobie: niedawno zostałem wiceszefem działu reportażu i wpadłem na pomysł: założyłem tajny zeszyt i już od trzech miesięcy reporterom naszego działu wpisuję plusy. „A minusy?” – spytał terapeuta. „Lubię ludzi, jestem facetem pozbawionym agresji, nie lubię konfliktów, więc co ja będę zbierał minusy?” – odpowiedziałem. Padła diagnoza: „To jest agresja! Kanalizacja pana agresji. Pan nie umie być agresywny w zwykły sposób, więc by sprawować nad wszystkimi kontrolę, wymyślił pan zeszyt plusów. A i tak strzela pan do ludzi z karabinu, tylko że z karabinu miłości”. Zawstydziło mnie to, więc porzuciłem moją praktykę. Ale wieść o zeszycie rozniosła się po redakcji i wszyscy mnie pytali: „Mam plusa?”.

Do bohaterów książek też pan strzelał z „karabinu miłości”?

Przez całą młodość robiłem wszystko, by nie autoryzować wypowiedzi bohaterów moich tekstów. Nie byłem w stanie przeżyć, gdy podczas autoryzacji zmieniali swoje słowa, a ja uważałem, że tak właśnie je usłyszałem. Nie mogłem znieść tego, że ktoś ingeruje w mój tekst i nie mogłem znieść poczucia, że to bohater czuje się autorem tych słów, a przecież autorem miałem być ja.

Czy ktoś z obsesją na punkcie kontroli może być reporterem? Ta rola nie oznacza akceptacji świata i ludzi takich, jakimi są w swoim chaosie?

Widziałem chaos. Ale czułem się magiem, który go opisze, nazwie, a tym samym uporządkuje. Przynajmniej na szpaltach gazety. Mówię oczywiście o pierwszym okresie mojej pracy. Bo już książka „Gottland", którą pisałem w trakcie terapii i krótko po niej, taka nie jest. Wspólnie z terapeutą doszliśmy do wniosku, że ta książka jest nie tylko o Czechach, ale to książka o mnie, tyle że nikt o tym nie wie. Myślę, że podświadomie wybierałem tematy, które pomogą mi coś przemyśleć. „Dlaczego pan napisał o tych Batach? (Tomáš i Jan Batowie byli właścicielami imperium obuwniczego). Co w nich było fascynującego?” – zapytał terapeuta. I zadał pytanie dodatkowe: „Czy pamięta pan, jaka była pierwsza informacja, która spowodowała, że ten temat pana zainteresował?”.

Pamiętał pan?

Tak. Usłyszałem, że jeden z Batów w biurowcu w Zlinie zaprojektował windę wielkości kawalerki, wyposażoną w biurko, umywalkę z ciepłą i zimną wodą, radio, telefon i mapę Czechosłowacji. Ta winda była jeżdżącym biurem dyrektora. Uważał, że pracownicy nie mogą tracić czasu na przychodzenie do szefa, bo muszą pracować i że to on będzie ich odwiedzał, zatrzymując się na kolejnych piętrach. Zafascynował mnie ewidentny przykład sprawowania kontroli. Okazało się, że Batowie wymyślili całe miasto, Zlin, zaprojektowali je tak, by było samokontrolującym się mechanizmem. Przykład: odległości między domami były takie, że wszyscy mogli się nawzajem obserwować i żeby było wiadomo, czy ktoś naprawdę jest na zwolnieniu lekarskim, czy symuluje. Bat’a pozwalał dobrze zarabiać, ale budował dla robotników domy na kredyt, który zaciągali w jego banku. Pracowali u Baty, żeby spłacić kredyt Bacie. Mówił: „Kredyty i dzieci to smycze, na których trzymamy naszych robotników”.

Ciąg dalszy wywiadu w majowym wydaniu "Twojego Stylu"

TS 05_2021

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 05/2021
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również