Wywiad

"Ja i życie na Instagramie? To się zupełnie nie udaje". Wywiad z Magdaleną Różczką, bohaterką marcowego wydania PANI

"Ja i życie na Instagramie? To się zupełnie nie udaje". Wywiad z Magdaleną Różczką, bohaterką marcowego wydania PANI
Fot. Adam Pluciński

Magdalena Różczka cały czas się śmieje. Trudności? Są po to, by je pokonywać. Jej optymizm i empatia zarażają. Przy niej zawsze widzi się szklankę do połowy pełną. Poznajcie ją lepiej.

MAGAZYN PANI: Niezwykle chronisz swoją prywatność. Twój Instagram to właściwie zapis projektów zawodowych, akcji charytatywnych, czasem są to zdjęcia z kampanii reklamowych. Nie robisz ze swojego życia medialnego show, nie jesteś słupem ogłoszeniowym do reklamowania produktów. Rozumiem, że to świadomy wybór.

MAGDALENA RÓŻCZKA: Zawsze kieruję się intuicją. Ja bym tego nawet nie umiała robić. Dla mnie każdy post jest wysiłkiem. Instagram nie jest moim naturalnym środowiskiem. Widzę czasem koleżanki, które tuż przed ujęciem w filmie czy serialu, przed okrzykiem "kamera akcja" wyciągają telefon, by nagrać InstaStories i w ułamku sekundy zaczynają scenę. Dla mnie praca wymaga skupienia. Bardzo szybko się rozpraszam, nie mam podzielnej odwagi. Dekoncentruje mnie nawet członek ekipy, który przechodzi z tyłu, a na próbie nie przechodził. Ja i życie na Instagramie? (śmiech) To się zupełnie nie udaje.

Dom jest twoim azylem. A gdzie jeszcze szukasz spokoju?

Bukowina Tatrzańska to świat mojego partnera, to jego dzieciństwo. Bardzo często odwiedzamy nawzajem swoje ścieżki z dzieciństwa. Jeździmy do Zosi do Bukowiny, a później do Nowej Soli, do mojej babci, moich kuzynek, z którymi się wychowałam. Jest ich siedem. Jest gwarno, radośnie, bo każda ma już rodzinę i dzieci.

A jak myślisz o sobie: "To mam po mamie, to po dziadku, to po babci", co przychodzi ci do głowy?

Nie porównuję. Zawsze czułam się niepodobna do nikogo. Chciałam osiągnąć coś, co było nie do pojęcia dla reszty rodziny. Aktorstwo? Wyjazd z Nowej Soli? To była czysta abstrakcja. Od dzieciństwa miałam w sobie nadmierną radość i nadmierny optymizm.

Dlaczego nadmierny?

Nadmierny w stosunku do ludzi, którzy go nie mają. Zawsze byłam marzycielką. Napisałam z kuzynką taką książkę dla dzieci "Gabi. A właśnie, że jest pięknie!". To jest opowieść o dziewczynce, która wychowuje się w rodzinie zastępczej i mogłaby mieć wiele powodów do smutku, a mimo wszystko jest bardzo radosna i bardzo wierzy we wszystko, co sobie wymyśli, że się spełni. Jeżeli ktoś chce mnie poznać, to zapraszam do lektury.

A kiedyś usłyszałaś w domu: "Marzenia marzeniami, a ty trochę pomyśl o swojej przyszłości bardziej realistycznie"?

Może usłyszałam to od kogoś w rodzinie, ale najbliższa mi osoba, czyli mama, zawsze mnie słuchała i wspierała. I nawet jeśli się dziwiła i mówiła: "Skąd ty mi się taka wzięłaś?", to nigdy nie podcinała mi skrzydeł. Pewnie miała wątpliwości, ale zawsze w końcu mówiła: "To może spróbuj". A innym osobom nawet wstydziłam się opowiadać o swoich marzeniach, bo patrzyły na mnie jak na kosmitkę.

Wychowywałam się jako jedynaczka, lecz nie czułam się samotna. W domu miałam mamę przyjaciółkę, zawsze mogłam pójść też do dziadków po porcję miłości i przytulasa. Miałam fajne koleżanki, cudowne kuzynki i co najważniejsze, zawsze widziałam szklankę do połowy pełną.

A ty wspierasz swoją 14-letnią córkę w jej marzeniach. Zagrała znakomicie w "Rojście ’97". Chce być aktorką?

Zawsze będę wspierać moje córki w ich wyborach i żadnego zawodu nie będę odradzać. Jeżeli jest coś, co daje im szczęście, to na pewno będę im kibicować, ale też nie będę ich do niczego pchać na siłę. O castingu do "Rojsta ’97" Wanda nie dowiedziała się ode mnie czy od Jana, ale wywnioskowała z naszej rozmowy, że taka rola jest. Po cichu nagrała self-tape’a i wysłała do castingerki, później była na próbnych zdjęciach. Doszła do finału razem z trzema dziewczynkami. Osoby decyzyjne w międzynarodowym Netflixie wskazały, że najbardziej do tej roli pasuje Wanda. Oczywiście, gdy to się już działo, prowadziłam z nią rozmowy takie, jakie toczyli z nami profesorowie w szkole aktorskiej, że casting jeszcze nic nie znaczy, że wyborze aktora decydują także różne inne względy. Chciałam jedynie przygotować ją do ewentualnej porażki. Nie przyszło mi do głowy, że wygra swój pierwszy casting w życiu.

Ty do szkoły aktorskiej w Warszawie dostałaś się za pierwszym razem?

Tak, ale wcześniej przez rok przyjeżdżałam na zajęcia do pani Ewy Różbickiej, którą polecił mi Michał Żebrowski.

Znałaś go?

Ależ skąd. Podeszłam do niego w Krośnie Odrzańskim na dworcu. Myślał, że chcę autograf, a ja zapytałam: "Przepraszam, czy możesz powiedzieć mi, bo nie znam żadnego aktora, co zrobić, by dostać się do szkoły aktorskiej?". A on spontanicznie odpowiedział, że poleca mi Ewę Różbicką, która jego przygotowywała do egzaminów. Jestem mu bardzo wdzięczna do dzisiaj, nie wiem, czy on zdaje sobie sprawę, że na tym dworcu pomógł właśnie mnie. (uśmiech)

Zanim trafiłaś do pani Ewy Różbickiej, przyjechałaś po maturze do telewizji na Woronicza i myślałaś, że z marszu dostaniesz pracę jako statystka w programach telewizyjnych. Naiwność czy determinacja?

Jedno i drugie. Czułam, że potrafię grać i to jest droga przebicia się z tej mojej Nowej Soli. Sześć lat grałam w teatrze amatorskim, czułam, że to mój żywioł. Wiedziałam, że nie chcę studiować socjologii i pracować od 8 do 15 w sądzie jako protokolantka. Że nie o to mi w życiu chodzi. Miałam ogromną nadzieję, że dostanę się do Akademii Teatralnej. Czułam podskórnie, że aktorstwo to jest świat, który mnie interesuje, i nieważne, jaką drogą tam dotrę. Statystowanie wydawało się w zasięgu ręki.

Pani Ewa Różbicka powiedziała ci, że masz szansę?

Kiedy przyjechałam do niej z pierwszym nauczonym tekstem, skwitowała tylko: "Czytałaś go wcześniej?". Odpowiedziałam: "Tak, pani Ewo, prawie na pamięć go znam", "A czytasz, jakbyś go pierwszy raz widziała", odpowiedziała niezadowolona. Więc wyszłam od niej kompletnie załamana. Ale to uczucie trwało 10 minut. Już po chwili pomyślałam sobie: "No, ja ci pokażę za trzy tygodnie, jak przyjadę". (śmiech) I po trzech tygodniach przyjechałam już z przećwiczonymi uwagami. Było lepiej. Cały czas pani Ewa zastrzegała, że nigdy nie mówi swoim studentom, czy się dostaną, czy nie, bo nie da się odgadnąć gustów komisji egzaminacyjnej i nie wiadomo, ilu będzie świetnych konkurentów i konkurentek. Ona wszystko widziała, choć była osobą niewidzącą. Z głosu wyczytywała, czy jestem wesoła, smutna, zdenerwowana czy rozproszona. Była wybitna. Tuż przed egzaminami powiedziała mi: "Nie wiem, czy się dostaniesz, ale jeżeli cię nie przyjmą, to będą głupi!". (śmiech)

Znalazłam taki cytat: "Odwaga nie zawsze krzyczy. Czasami odwaga to cichy głos, który na koniec dnia mówi: spróbuję jutro jeszcze raz".

Oj tak, to o mnie. Jeśli idziesz po swoje marzenia, to naprawdę nic nie jest za ciężkie. Pamiętam, jak jechałam do Warszawy, do pani Ewy. Po zajęciach biegłam na Chełmską do Wytwórni Filmów Dokumentalnych poznać agencje aktorskie i agencje statystów. Wracałam pociągiem do Nowej Soli, łapiąc parę godzin snu. Wysiadałam w mojej miejscowości o piątej rano, biegłam do domu się wykąpać i już o ósmej rano siedziałam w sądzie w Zielonej Górze jako protokolantka. W poniedziałki byłam tak niewyspana, że marzyłam, by strony na rozprawie dużo mówiły, bym mogła cały czas notować. Jak przestawali, głowa sama opadała mi ze zmęczenia. (uśmiech) A mimo to byłam bardzo, bardzo szczęśliwa, że daję sobie szansę. Nie myślałam o żadnych sukcesach, tylko o tym, by w tej Warszawie zostać. Miałam nawet plan B. Jakbym się nie dostała na Akademię Teatralną, chciałam zostać bileterką w teatrze, by być bliżej tego świata.

Cały wywiad przeczytasz marcowym wydaniu magazynu PANI.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również