Katarzyna Nosowska: Jestem dla siebie wyrozumiała
Kasia Nosowska
Fot. Marlena Bielińska/materiały prasowe

Katarzyna Nosowska: Jestem dla siebie wyrozumiała

Trudne dzieciństwo, przemoc psychiczna, zdrada, hejt, alkoholizm partnera. Katarzyna Nosowska do bólu szczerze opowiada o swoim życiu. Najchętniej w piosenkach. Ale to już nie jest ta depresyjna Kasia z Hey'a, którą tak dobrze znamy.

"A ja mam, k***a dosyć" - rapuje w jednej ze swoich piosenek. Na jej ostatniej płycie nie ma ozdobników ani wielopiętrowych metafor, do których nas przyzwyczaiła. Nie ma subtelnej Kasi w czarnych, powłóczystych sukienkach, tylko  jest wkurzona Kaśka w afro i dresowej bluzie, która w teledysku rozbija kijem bejsbolowym szyby w samochodzie. Ale na spotkaniu pojawia się całkiem inna Nosowska. Ubrana w kolorowe, połyskliwe spodnie i buty na koturnie, z fantazyjnymi okularami na nosie. Cały czas żartuje, żywo gestykuluje. Gdzie się podział jej znak firmowy, czyli smutek?

Ezoteryczna i dziwna

- Kaśka ma wizerunek mrocznej i zdołowanej, ale to jest kompletne nieporozumienie. Ona jest niezwykle dowcipna. Powinna robić stand-upy, taka jest zabawna! Udało jej się pokonać wrodzoną nieśmiałość i podczas koncertów robi rewelacyjną konferansjerkę, choć musiała przejść długą drogę, żeby to osiągnąć. Kiedy pierwszy raz występowała w Jarocinie, to śpiewała schowana za głośnikiem, a publiczność skandowała: "Kaśka, Kaśka wyjdź!". I kiedy już zdecydowała się wyjść, stała się legendą - mówi Agata Kulesza, przyjaciółka wokalistki. Poznały się w rodzinnym Szczecinie, kiedy miały po trzy lata. Mieszkały obok siebie, potem chodziły do jednej klasy w podstawówce. Piosenkarka żartuje, że dłużej niż Agatę zna tylko swoich rodziców. 

- Nosowska? To ta laska z depresją. Ezoteryczna i dziwna. Tak Kaśka była do niedawna postrzegana. A potem nastąpił zgrzyt, bo kiedy zaczęła wrzucać filmiki na Instagram, nagle okazało się, że jest wesołą i energiczną dziewczyną, która potrafi śmiać się z siebie. Ale ona zawsze miała w sobie ten humor i charyzmę, po prostu dopiero teraz zdecydowała się zaprezentować to publicznie - mówi Ola Gromek, inna przyjaciółka Nosowskiej. I przyznaje. - Życie obeszło się z Kaśką brutalnie i kiedy wszyscy wstrzymaliśmy oddech w obawie, że ta delikatna Kasia nie da sobie rady, to ona najpierw płakała i krzyczała, a potem wstała, otrzepała się i powiedziała: "Basta! Odcinam się od wszystkiego, co złe!".  Ujawniła się jej wewnętrzna siła, która przez cały czas w niej drzemała.

Nosowska otwarcie przyznaje, że punktem zwrotnym była choroba alkoholowa jej partnera, gitarzysty Pawła Krawczyka. Kiedy była w dołku, Agata Kulesza pokazała jej, jak działają różne filtry na Instagramie, i piosenkarka zaczęła kręcić zabawne filmiki pod hasłem "Kaśka, a ja żem jej powiedziała…". A potem pojawiła się książka pod tym samym tytułem, która z dnia na dzień stała się bestsellerem. Dzisiaj profil nosowska.official obserwuje niemal 450 tysięcy osób. 

Kolejny etap wychodzenia z dołka to nagranie albumu "Basta". - Ta płyta to klamra. Przeżyłam swoją prywatną Hiroshimę i Nagasaki, ale okazało się, że na zgliszczach wyrosło coś nowego. Teraz ruszam w życie z innym nastawieniem. 

Nie chcę być już tą, która cały czas się nad sobą użala, widzi przyszłość w czarnych barwach, nosi w sobie zadawnione, mocno już podpleśniałe zadry i z łatwością wchodzi w rolę ofiary. Nie chcę być przerażoną światem dziewczynką. Szkoda mi na to czasu.

Ostatnio Kaśka zapytała: "Słuchaj, może pięćdziesiątka to takie przekroczenie rubikonu i nareszcie zaczniemy korzystać z życia, szanować je i cieszyć się nim?". Ona wyraźnie idzie w jasną stronę. Jest mądrą kobietą, więc nie ucieka od problemów, tylko wyciąga z nich wnioski i ciężko pracuje nas sobą. Byłaby świetną psychoterapeutką. A w zasadzie już nią jest, bo wszyscy z problemami zawsze przychodzimy do niej - mówi Agata Kulesza.

Nie starasz się

Jest córką marynarza, więc jej dzieciństwo to ciągły brak taty. - Tata to chłodny typ, który chciał, żeby wszystko chodziło jak w zegarku. Nie potrafiłam doskoczyć do poprzeczki, którą zawiesił wysoko. Dzięki jego pracy miałam coca-colę w puszce, zagraniczne słodycze, napoje w kartonikach i ładne lale, wszystko, czego dusza zapragnie. Materialnie dobrobyt, a emocjonalnie bieda. - wspomina Nosowska. - Dla mnie dom to samotność. Moje miejsce było w pokoju, gdzie miałam się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. Całe dzieciństwo spędziłam przy biurku, prawie nie wychodziłam. Niestety, konikiem mojego taty była matematyka, z której byłam absolutnie tępa, więc na świadectwie z czerwonym paskiem miałam same piątki i jedną czwórkę, z matmy właśnie. Ojciec patrząc na to wrzeszczał: "Jak można prostych rzeczy nie rozumieć, nie starasz się!". Miałam poczucie, że jestem głupia i w dorosłe życie weszłam z bardzo niską samooceną. Przez całą moją karierę, przez tych 25 lat na scenie, miałam poczucie, że jestem gorsza od innych, chciałam stać się niewidzialna - mówi. 

- Dorastałam w czasach, kiedy lanie było preferowanym sposobem "komunikowania się" z dzieckiem. Ja nie byłam  bita często, na tyle rzadko, że pamiętam każdy pojedynczy raz, ale za to  karano mnie inaczej. Np. długim milczeniem, jawną dezaprobatą. W domu załatwiano mi bardziej mental niż ciało - mówi Nosowska, która nagrała o tym piosenkę "Lanie". A o tacie dodaje - Teraz mamy dobry kontakt, nie czuję żalu. Przestałam oczekiwać, że powie przepraszam czy cokolwiek mi zwróci, bo nie da się cofnąć czasu. Zrozumiałam, że on też ma swoje rany, też był kiedyś dzieckiem, które ktoś poturbował. Żyję w głębokim przeświadczeniu, że wszystko czego doświadczamy ma sens stanowi lekcję konieczną dla hartowania ducha. 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Nosowska (@nosowska.official)

Chórzystka w Jarocinie

Po raz pierwszy zrozumiała, że śpiewanie przynosi jej uznanie w dniu pierwszej komunii. Do jej mamy podeszła obca kobieta i powiedziała, że córka ma anielski głos. Rodzice ją chwalili, a ona w końcu poczuła się ważna. Dlatego kiedy kilka lat później Agata Kulesza powiedziała jej, że zaczął się nabór do chóru Politechniki Szczecińskiej, poszła na eliminacje. Dostać się było bardzo ciężko, więc kiedy Kasi się udało, rodzinę znów rozpierała duma. - Kaśka zawsze pięknie śpiewała. Jako dzieci bawiłyśmy się na klatce schodowej w Opole. Ona występowała, a ja machałam misiami, bo wtedy był taki zwyczaj, że widownia machała podczas festiwalu maskotkami - śmieje się Kulesza. 

Chciała iść do liceum razem ze swoimi koleżankami z podstawówki, ale skończyło się na technikum odzieżowym. Tak zdecydował jej tata, bo uważał, że potrzebna jest nie tylko matura, ale konkretny fach w ręku. A ona nie lubiła szyć, więc od uczestniczenia w zajęciach wolała puszczanie punkowych płyt w szkolnym radiowęźle. W Ochotniczym Hufcu Pracy poznała chłopaka, który zaprosił ją na próbę swojego zespołu i poprosił, żeby z nimi zaśpiewała. Ona oczywiście się bała, ale stwierdziła, że większym obciachem byłoby stchórzyć i odmówić. Wkrótce po mieście rozniosła się wieść o śpiewającej dziewczynie i Nosowska zaczęła chodzić na próby większości garażowych zespołów w Szczecinie, od metalowych po punkrockowe. Z jednym z nich, z grupą Kafel, pojechała nawet do Jarocina. Przegrali wtedy z Anją Orthodox, ale w w 1992 r. Kasia wróciła do Jarocina z grupą Hey.

Spacer z gwiazdą

Niewiele brakowało, żeby Nosowska nie pojechała. Po tym, jak nie dostała się na warszawską Akademię Teatralną, gdzie pojechała w ślad za Kuleszą, musiała wrócić do Szczecina i zacząć płacić rodzicom za utrzymanie. "Mama załatwiła mi pracę na poczcie. Wprowadzałam dane do komputera Odra. To było coś strasznego, ogłupiająca robota przy taśmie na akord. Codziennie płakałam, wychodząc do pracy, byłam na skraju załamania. Wiedziałam, że jeśli to potrwa dłużej, to się zabiję. Serio, brałam to pod uwagę. Byłam nieszczęśliwa" - mówiła potem w jednym z wywiadów. Nie dostała urlopu na wyjazd do Jarocina, ale wolała stracić posadę niż zrezygnować z festiwalu. Opłaciło się, bo w Jarocinie grupę Hey zauważyli przedstawiciele wytwórni Izabelin Studio i błyskawicznie podpisali z nimi kontrakt. Rok później ukazał się debiutancki album "Fire", który okazał się hitem - jedne źródła mówią, że sprzedało się 800 tys. egzemplarzy, inne że milion. Nosowska z dnia na dzień stała się gwiazdą, miała 22 lata. - Z Kaśką nie dało się wtedy nigdzie pójść i spokojnie porozmawiać. Kiedy siadałyśmy w kawiarni, po chwili ustawiała się do niej kolejka jak na targach książki. Kiedyś paparazzi zrobili nam razem zdjęcie, a potem ukazało się w gazecie z podpisem: "Agata Kulesza z gwiazdą na spacerze". Kaśka wkurzała się potem: "Cholera jasna, czy ja psem jestem, żeby mnie wyprowadzać na spacer?!" - śmieje się aktorka.

- Ta nagła popularność była dla mnie trudna. Z kompletnego braku uwagi trafiłam w samo jej epicentrum. A z moją niską samooceną i zahukaniem lepiej czułam się z książką w domu niż na scenie. Przed każdym wyjściem do publiczności przeżywałam katusze. Zresztą do tej pory tak jest. - mówi Nosowska. 

Zespół Hey zawiesiła w 2018 roku, tuż po obchodach 25-lecia. - - To była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Tym bardziej, że została wyrażona wobec bardzo ważnych dla mnie ludzi. Nie było lekko. Jeszcze kilka lat temu uległabym ich namowom, presji i oczekiwaniom, by grać dalej. Absolutnie nie żałuję tej decyzji. Po latach bycia popychaną przez okoliczności, wreszcie postawiłam na siebie.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Nosowska (@nosowska.official)

Nie byłaś nigdy młoda? 

Miała 25 lat i była u szczytu kariery, kiedy urodziła syna. - Dowiedziałam się, że jestem w ciąży w dosyć niefortunnym momencie. Oto otwierała się przed Hey'em szansa na podjęcie próby podbicia serc amerykańskiej publiczności. Bardzo wiele osób zaangażowało się w realizację tego planu. Ja natomiast byłam absolutnie pewna, że bycie mamą jest jedynym, co mnie teraz interesuje. Każdego dnia wyrażam wdzięczność za ten dar. - mówi wokalistka.  

Kiedy pytam, czy chciała wychować Mikołaja inaczej, niż sama była wychowywana, śmieje się: - No jasne, ale nie raz złapałam się na tym, że powtarzam zwroty zasłyszane od matki czy ojca. Kiedyś zastygłam nad synem z palcem uniesionym do góry i pomyślałam: "Jezu, co za wstyd, zupełnie jak tata" - przyznaje. - Mikołaj w domu dostawał mnóstwo miłości. Kiedy miał osiemnaście lat powiedział mi, że jedyną rzeczą, którą wie na pewno, jest to, że przez całe życie czuł się bardzo kochany. Popłakałam się ze wzruszenia. Ale przyznaję też, że byłam nadopiekuńczą matką. - mówi Katarzyna.

Mikołaj w jednym z nielicznych wywiadów, których udzielił, powiedział: "Możecie mnie nazwać maminsynkiem, ale jestem z tego dumny. Mam paru ziomeczków, ale żaden nie wie tak dużo o mnie, jak moja mama”.

- To ja w pewnym momencie podjęłam decyzję, że syn musi wyprowadzić się z domu, że już pora. Bo kiedy mówił mi, że wróci do domu o 22, a wybijała północ, jego ciągle nie było i miał wyłączony telefon, zaczynałam siwieć. A kiedy wracał i rozkładając ręce stwierdzał, że bateria mu padła, dostawałam szału i wrzeszczałam: "To od kolegi nie mogłeś zadzwonić?". Mój partner mówił wtedy: "Weź się opamiętaj, nie byłaś nigdy młoda?". Na co miałam tylko jedną odpowiedź: "Byłam i nigdzie nie wychodziłam z domu wieczorem, nigdy!". Odpuszczenie kontroli jest trudne, ale myślę, że gdyby syn się nie wyprowadził, nasze relacje byłyby dzisiaj gorsze. Oczywiście musiałam przeżyć coś na kształt małej żałoby, przez tydzień byłam smutna, a potem zaanektowałam jego pokój i stworzyłam sobie w nim prywatną oazę. Pierwszą w życiu! 

Wynocha, nara

Jej związek z Adamem Krajewskim, ojcem Mikołaja, rozpadł się, gdy ich syn był jeszcze mały. Potem Nosowska była zaręczona ze znanym aktorem, ale do ślubu nie doszło. "Wszyscy znają tę historię. Była okładka w kolorowym czasopiśmie. Relacja z wieczoru panieńskiego. A potem... bolesne rozstanie" – mówiła w jednym z wywiadów. Dzisiaj przyznaje, że choć wiedziała, że tkwi w toksycznym związku, ale nie umiała odejść. - Destrukcyjna jest każda relacja. w której gubimy tożsamość. Znam to. Człowiek ma poczucie, że bez partnera nie przetrwa, że istnieje tylko w odniesieniu do niego - mówi wokalistka. 

W 2001 r. poznała gitarzystę Pawła Krawczyka, z którym jest do dziś. Jednak alkohol sprawił, że niewiele brakowało, a doszłoby do rozstania. Piosenkarka postawiła wszystko na ostrzu noża: - Trudno jest patrzeć, jak upada ktoś bliski. W przypadku uzależnienia zastosowanie ma tylko i wyłącznie twarda miłość. Ja miałam to szczęście, że w najgorszym momencie dane mi było spotkać psycholog Ewę Woydyłło, która powiedziała: "Zajmij się sobą, bo alkoholik jest uzależniony od substancji, a osoba współuzależniona jest uzależniona od alkoholika". To był przełom. Zrozumiałam, że choroba partnera nie jest moją winą ani odpowiedzialnością i że tylko on sam może coś zrobić ze swoim życiem. Ja wiem tylko, że nie chcę być z kimś, kto pije. Podjęłam decyzję: jeżeli on postanowi walczyć o samego siebie, będę go wspierać, bo łączy nas wiele i kocham go, ale jeśli stwierdzi że wybiera stary schemat, to ja mówię: „Żegnam”. Ostatecznie i nieodwołalnie. Daje się jedną szansę, nie więcej. Ja miałam szczęście zobaczyć, jak mój partner wzrasta. Przyglądam się jego przemianie z podziwem, z bliska - mówi Nosowska

Teraz ja!

Kryzys w związku sprawił, że razem z Pawłem wyszli z niego silniejsi. I po 17 latach bycia razem postanowili wziąć ślub. Ale Kasia przyjrzała się też sobie, zmieniła nastawienie do miłości.  - Teraz już nie buduję swojego świata na związku. Bardzo się cieszę, że jesteśmy razem, mogę nawet powiedzieć, że jestem szczęśliwa, ale wiem, że to moje szczęście nie skończy się wraz z końcem relacji. Zyskałam pewność, że przetrwałabym rozstanie. Byłam dzieckiem, któremu nie okazywano nadmiaru miłości, więc przez całe życie miałam niezaspokojoną potrzebę bycia kochaną i wręcz żebrałam o miłość. Teraz sama ją sobie daję. Potrzebuję czułości? Ok, będę dla siebie czuła. Zaopiekowania? Dobrze, zaopiekuję się sobą. Ja! Nie są mi do tego potrzebni inni ludzie. - mówi Nosowska. I dodaje: - Nie staram się już być dla partnera lepszą, nieprawdziwą wersją samej siebie. Kiedyś siadałam na kanapie prosto, z wciągniętym brzuchem i oglądałam programy popularnonaukowe, żeby wyjść na mądrzejszą, a teraz mogę leżeć rozluźniona i po raz dziesiąty wpatrywać się w tę samą komedię romantyczną. Chodziłam na mecze Legii, bo wydawało mi się, że to takie ważne, aby robić coś wspólnie, ale już nie chodzę. W odpowiedzi na pytanie: "Popłyniesz ze mną na łódkę?" ochoczo potakiwałam, teraz mówię szczerze: "Nie, nie lubię wody, popłyń z kimś innym". To nowy, fascynujący etap w naszym związku. I ciekawy w moim życiu. Chyba po raz pierwszy mogę powiedzieć, że czuję się znakomicie. Oczywiście nie wszystko jest super, dalej mam kredyt na mieszkanie i wiele niesprzyjających okoliczności życiowych się nie zmieniło, ale za to pozmieniało się w mojej głowie. Stałam się swoją najlepszą kumpelą. I jestem dla siebie wyrozumiała. Jeśli mam ochotę, kładę się na kanapie i bez wyrzutów sumienia zamawiam schabowego, chociaż powinnam się odchudzać. A potem go zjadam i jestem szczęśliwa. Po rozmowie z Ewą Chodakowską, z którą spotkałam się w jej programie, pomyślałam, że to świetny moment, żeby zrobić coś dla swojego ciała i postanowiłam: "Dobra, od jutra ćwiczę". Ale kiedy przyszło jutro pomyślałam: "A pies to trącał, schudnę kiedy indziej". Wszystko w swoim czasie. 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 12/2018
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również