Wywiad

Krystian Ochman: O nauce polskiego, Eurowizji i wyborze Polski na studia

Krystian Ochman: O nauce polskiego, Eurowizji i wyborze Polski na studia
Krystian Ochman zdradza jakie słowa po polsku sprawiają mu największy problem.
Fot. EastNews

Krystian Ochman wygrał The Voice of Poland, narobił szumu na Eurowizji, nagrał świetnie przyjętą płytę. Ludzie go polubili, bo to skromny chłopak z wielkim talentem. Popowe piosenki śpiewa nietypowo - operowym głosem. Krystiana Ochmana pytamy o sławnego dziadka Wiesława, muzyczne początki i dlaczego wybrał Polskę, skoro mógł próbować swoich sił w Ameryce.

Krystian Ochman paszporty ma dwa – polski i amerykański. Urodził się w Stanach, choć obydwoje rodzice są Polakami (tata, Maciej Ochman, przed emigracją współtworzył popularny zespół Róże Europy). A jednak Krystian od kilku lat mieszka w Katowicach, studiuje śpiew operowy na Akademii Muzycznej. Ledwo przyjechał, od razu został zauważony w naszym muzycznym światku. To przez telewizję i... przez lockdown – z nudów zgłosił się na casting do programu The Voice of Poland. „W czasie pierwszej kwarantanny prawie pięć miesięcy spędziłem sam w katowickim mieszkaniu. Czułem, że dziczeję. Zastanawiałem się, jak wrócę do ludzi i będę rozmawiał. Wziąłem udział w przesłuchaniach, bo tak mi brakowało sceny i wszystkiego, co związane z występami, że zrobiłbym cokolwiek. Skupiłem się, dałem z siebie wszystko i udało się. A potem zaczął się intensywny czas, który wciąż trwa”. Dziennikarze natychmiast odkryli, że Krystian jest wnukiem Wiesława Ochmana, słynnego polskiego śpiewaka operowego, który w latach 70. i 80. robił karierę na świecie. Występował w Operze Paryskiej, mediolańskiej La Scali, prześpiewał kilkanaście sezonów w nowojorskiej Metropolitan Opera. Dziś śmieje się, że to wszystko na nic, bo jest tylko dziadkiem „tego Ochmana!”. Krystian dobrze mówi po polsku, choć czasem uciekają mu pojedyncze słowa. Nie zacina się wtedy, tylko natychmiast wrzuca angielski odpowiednik, po czym wraca do naszego języka. Urocze!

Twój STYL: Myślisz po angielsku czy po polsku?

Krystian Ochman: To zależy. Gdy jestem wkurzony i wejdzie mi do głowy „What the F***”, ciężko się uwolnić. Kiedy czuję się podenerwowany i chcę coś szybko wytłumaczyć, też przerzucam się na angielski, żeby mówić płynniej. Ale rzadko się denerwuję. Raczej jestem spokojny. Brakuje mi frazy? Wrzucam angielską, a potem wracam do polskiego. Jestem w Polsce, tu mówimy po polsku – i ja to szanuję.

TS: W którym języku lepiej się śpiewa?

KO: Raczej po angielsku, ale niektóre polskie utwory, np. Chryzantemy złociste, brzmią wspaniale. Lubię tę trudną wymowę. Angielskie piosenki piszę sam, a z polskimi ktoś mi pomaga, bo nie umiem ładnie ubrać w słowa emocji. Ale to ja mówię, o czym piosenka ma być. Potem śpiewam i sprawdzam, czy wszystko leży – jeśli nie, zmieniamy. Trochę dłużej to trwa, ale chcę, żeby w piosenkach były moje przemyślenia.

TS: Uczyłeś się języka, kiedy mieszkałeś w Stanach?

KO: Tak. W domu mówiliśmy po polsku. W soboty chodziłem do polskiej szkoły przez cztery czy pięć lat. Jeździłem na wakacje do dziadków tutaj, z mamą czytałem lektury, pomagała mi, kiedy czegoś nie rozumiałem. Ale postępy zacząłem robić dopiero, kiedy przeprowadziłem się na studia. Oczywiście wciąż nie jest idealnie. Największy problem? Z żartami i stand-upem, gdzie mówi się szybko, nawiązuje do popkultury, jest dużo kontekstów – na zrozumienie tego potrzeba czasu. Ale mówienie idzie mi lepiej – wcześniej popełniałem oczywiste błędy, np. „poszłem”, „przyszłem”. Trudno było się oduczyć. Ciekawe, wiele niepoprawnych form podłapałem od tych, którzy uczyli mnie w polskiej szkole w Stanach. To przecież nie byli nauczyciele, tylko zależy od dnia, od zmęczenia – czasem jest mocniejszy, czasem słabszy.

TS: Często przyjeżdżałeś do Polski, zanim przeprowadziłeś się tu na studia?

KO: Co kilka lat. W czasie wakacji na miesiąc, półtora. Kiedy miałem 14 lat, przez dwa tygodnie byłem na obozie żeglarskim, świetnie się bawiłem. Kiedyś przez półtora miesiąca objeżdżaliśmy z rodzicami Polskę. Mama i tata chcieli, żebyśmy na takich wyprawach – nie tylko tutaj, w Stanach też – pisali dzienniki o tym, co widzieliśmy, czego się dowiedzieliśmy. O historii, zabytkach, pomnikach przyrody, parkach narodowych. I nie mogło być tak, że „wstaliśmy, wsiedliśmy do auta, pojechaliśmy tu i tu, było fajnie”. To musiały być porządne historie z detalami. Potem często czytaliśmy je z bratem i siostrą na głos. Wtedy strasznie mnie to wkurzało, dzisiaj doceniam. Pewnie dzięki temu pamiętam z tych podróży więcej. 

Cały wywiad przeczytanie w najnowszym, wrześniowym wydaniu Twojego STYLu.

TS 09/2022

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również