Jak to możliwe, że mamy setki kontaktów w telefonie, ale ani jednej osoby, której pod koniec dnia mamy ochotę się zwierzyć? Z jednej strony tęsknimy za bliskimi relacjami, a z drugiej nie mamy siły, by się w nie angażować - mówi psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz.
PANI: Badania pokazują, że mamy dziś mnóstwo znajomych, a niewielu przyjaciół. Dlaczego? Czy zmienił się świat, a wraz z nim nasze relacje?
KATARZYNA KUCEWICZ: Z całą pewnością świat nie sprzyja przyjaźniom ani budowaniu trwałych relacji. Ogromną część naszej codzienności zajmuje praca, jesteśmy zanurzeni w technologiach, które zubożają i spłycają naszą komunikację. Niektórzy badacze zauważają, że zatracamy umiejętność tworzenia związków, bo jesteśmy nastawieni na siebie. A przyjaźń jest relacją wymagającą, którą trzeba podtrzymywać, nie wystarczy wymiana postów czy kartka na urodziny. Słyszę od wielu pacjentek, że mają problemy w przyjaźniach i nie wiedzą, jak je rozwiązywać, że pod koniec dnia nie mają do kogo zadzwonić, komu się zwierzyć.
W USA mówi się nawet o recesji przyjaźni, szczególnie wśród mężczyzn. Jeden na pięciu twierdzi, że nie ma żadnego przyjaciela. Spotkała pani kiedyś osobę, która by tak mówiła?
Tak, czasem te słowa wypowiadane są z wielkim rozgoryczeniem i wtedy jest to dla mnie sygnał ETAPU osamotnienia w życiu pacjenta. „Nie mam nikogo, rozstałam się z mężem i wszyscy przyjaciele przeszli na jego stronę, nawet nie mam do kogo zadzwonić”, mówi pacjentka, która zdradzała swojego męża i przyszła do mnie w trakcie rozwodu. „Tyle z siebie dałam, pomagałam, wspierałam i wylądowałam z ręką w nocniku” – to jest opowieść, którą często słyszę od rozczarowanych pacjentów. Spotykam też osoby, które nie mają przyjaciół, ponieważ ich nie potrzebują. Tak bywa w przypadku niektórych osób neuroatypowych. Są też osoby z aleksytymią, które nie rozpoznają własnych emocji, nie empatyzują z innymi i traktują ich użytkowo. Doceniają, że ktoś im odbiera awizo i podlewa kwiaty podczas urlopu, nie chcą więcej. Ale to jest promil, bardzo rzadkie przypadki. Najczęściej moje pacjentki doświadczają po prostu trudności w swoich przyjaźniach i nie wiedząc, jak je rozwiązać, wycofują się z kontaktu. Jest tu paradoks – z jednej strony mamy epidemię samotności i tęsknimy za relacjami, a z drugiej strony nie angażujemy się. Odnoszę wrażenie, że wielu z nas chciałoby mieć przyjaciół przy minimalnym wysiłku ze swojej strony. Może stąd ta popularność rozmów psychologiczno-wsparciowych z chatem GPT? On jest cały dla nas. Ludzie dziś oczekują, że ktoś ich będzie słuchał, wspierał, doradzał i tulił emocjonalnie, a są zbyt zmęczeni i pochłonięci swoimi sprawami, żeby się odwzajemniać.
Jeden z psychologów powiedział mi, że prowizoryczny kontakt w mediach społecznościowych doprowadził do rozluźnienia kontaktów w jego życiu. Miał poczucie, że wie, co słychać u przyjaciół, i nie dzwonił.
Tak, portale dają iluzję podtrzymywania kontaktu. Zalajkowaliśmy, napisaliśmy parę słów i już. Zauważyłam też taką prawidłowość, że nie dzwonimy do przyjaciół, bo po wejściu na ich profil myślimy: „On(a) ma takie ciekawe życie, nie będę mu (jej) zawracać głowy, na pewno jest zajęta”. Czasem oceniamy negatywnie siebie: „U niej tyle się dzieje, a ja nawet na wakacjach nie byłam, o czym będziemy gadać?”. Internet zniekształca postrzeganie naszych przyjaciół i komunikację z nimi. Czasem też słyszę od bliskich mi osób: „Kaśka, nie dzwoniłam, bo widzę na Facebooku, jaka jesteś aktywna, pewnie nie masz czasu”. „Ależ skąd! Chętnie bym się spotkała, wyszła na kawę, stęskniłam się za tobą”. Przyjaźnie nie służą do tego, by zaspokajać ciekawość „co tam u ciebie słychać”. Można powiedzieć, że to jest raczej domena znajomości. W przyjaźni ważne jest towarzyszenie komuś w jego przeżyciach, doświadczeniach.
No właśnie, czym jeszcze różni się znajomość od przyjaźni?
Przyjaciel to osoba, przy której czujemy się komfortowo, swobodnie, przy której możemy być sobą. Znajomi to ludzie, którzy są fajni, lubimy ich, ale nie otwieramy się przed nimi, raczej staramy się przed nimi dobrze wypaść. Zastanawiamy się: co o mnie pomyśli, co i komu powtórzy? Przyjaźń jest jak wygodna sofa, miejsce, gdzie nie muszę wciągać brzucha, mogę pokazać siebie bez obawy przed oceną, nieżyczliwym komentarzem, złośliwą krytyką. Znamy się nie od dziś, przeżyliśmy razem szmat czasu. Budulcem przyjaźni jest wspólnota doświadczeń i wspomnień.
Widziałam ciekawe badania psychologa Jeffreya A. Halla, z których wynika, że potrzeba 30 spędzonych razem godzin, by ludzie ze znajomych zaczęli się stawać przyjaciółmi, i 140, by stać się przyjaciółmi bliskimi.
Czas jest ważny, choć jeszcze ważniejsze, co robimy w ciągu tych wspólnie spędzonych godzin. Znajomość jest często relacją sytuacyjną, razem pracujemy, mamy dzieci w tej samej szkole, należymy do tej samej grupy na Facebooku. Mamy kontakt co pewien czas, ale on nie wymaga ani zaangażowania, ani uważności. Natomiast przyjaźń – tak. Nawiązuje się szybciej, kiedy dwie osoby są mocno zaangażowane w słuchanie się nawzajem i otwieranie się, pokazywanie prawdziwego siebie. Dlatego budowaniu więzi sprzyjają długie rozmowy, bo jeśli rozmowa trwa długo, zaczynamy poruszać coraz bardziej osobiste tematy.
Rozmowy z przyjaciółmi są bardziej znaczące?
Nie, tego bym nie powiedziała. Są komfortowe, bezpieczne. Przed przyjaciółmi otwieramy się, ponieważ czujemy, że nas nie skrzywdzą. Nie oberwiemy, nie będzie się nam chciało płakać. Zrozumieją nas.
Czasem nie mamy takich bezpiecznych osób w otoczeniu. Przyjaźnimy się z kimś, kto od czasu do czasu daje nam bolesnego przytyczka w nos.
Pytanie, czy czujemy, że stoi po naszej stronie, nawet jeśli się z nami nie zgadza. Mówi: „Fatalnie się zachowałaś”, ale też: „Jestem z tobą, chociaż nie popieram tego, co robisz”. To przecież jest żywa relacja, nie polega na tym, że pijemy sobie z dzióbków albo spotykamy się i rozmawiamy na arcypoważne tematy. Czasem się wygłupiamy i śmiejemy, a czasem płaczemy. Istotniejsze od tematu rozmowy jest to, że się nie autoprezentujemy, nie popisujemy. Przyjacielska rozmowa jest wtedy, kiedy nie musimy tego robić.
Jak zmienić znajomość w przyjaźń?
Zacząć być sobą w relacji ze znajomą i patrzeć, jak na to reaguje. Nie pokazywać się od najlepszej strony, tylko od szczerej, bez maski. I zobaczyć, czy ktoś przy nas zostaje, czy się odsuwa, bo nie akceptuje tego, jakie jesteśmy w wersji sauté. Ludzie dzisiaj noszą maski, bo się boją krytyki, pozują, bo nie chcą wypaść z kręgu ludzi, którzy im imponują. To bardzo utrudnia przyjaźnie. Ale jeśli mamy przejść od znajomości w bliższą relację, trzeba postawić na tę autentyczność. Jestem taka, mówię, jak czuję, i sprawdzam, czy druga strona z tym rezonuje. Jeśli nie – to nie jest dla mnie materiał na przyjaciela. Wtedy trzeba będzie spróbować z kimś innym.
To prawda, że gdy ludzie nie znają się dobrze, mają tendencję dopasowywać się do poziomu samoujawniania drugiej osoby?
Tak, dążymy do kompatybilności, do równowagi. Dopiero jeśli obie strony zaczynają się ujawniać, buduje się bliskość. Pierwszy krok w stronę przyjaźni. W psychologii znana też jest prawidłowość: jeśli chcesz, by ktoś cię polubił, poproś go o przysługę. Ci, którzy nam pomagają, zaczynają czuć do nas życzliwość. Ona zawsze zbliża, tylko żeby nie była toksyczna, trzeba się odwzajemniać. Już wspominałam, że często słyszę od pacjentów skargi, że ich przyjaźnie są jednostronne, że dużo od siebie dali, a nie otrzymali nic w zamian. My w ogóle często mamy w relacjach poczucie zawodu, krzywdy. Ale patrząc z psychologicznej perspektywy, w tej krzywdzie ukryte są również nasze nieumiejętności i błędy. Nie umiemy stawiać granic, komunikować swoich potrzeb. Potrafimy bardzo długo znosić zachowania nie fair, nim powiemy, że to nam nie pasuje. Trzeba więc zacząć od rewizji i refleksji – co się dzieje, że mam tylu znajomych, a nikt z nich nie jest mi szczególnie bliski? Czy nie pokazuje do końca siebie? A może moje relacje są właśnie jednostronne, wciąż tylko daję i nie proszę o wzajemność? I wreszcie, czy w moim życiu jest przestrzeń na relacje? Czy poświęcam innym moją uwagę i czas? Bo często myślimy jak dzieci: chcę mieć przyjaciół, niech się pojawią, niech się ze mną zaprzyjaźnią.
Jakie jeszcze błędy popełniamy?
W naszych znajomościach często jest tak, że wymieniamy się poradami. I w przyjaźniach też tak próbujemy: powiem ci, jak żyć, dobrze ci radzę, bo chcę dla ciebie dobrze. A trzeba bardziej słuchać, niż pouczać. Kluczowa jest akceptacja, czyli umiejętność przyjęcia przyjaciela jako człowieka, jakim jest, zamiast fantazjowania: jak to by było fajnie, gdyby zmienił swoje poglądy, słuchał innej muzyki, oglądał inne filmy. Jeśli ulegamy tej pokusie, bliska relacja wchodzi w kryzys, bo druga strona czuje się nieakceptowana. Znika z niej równość, bo ustawiamy się wyżej, w roli kierownika.
Mimo że mamy dobre chęci?
Tak, bo one są podszyte nierealnymi oczekiwaniami. Nie tylko tym, że wiemy lepiej, co dla kogo dobre, ale także wyobrażeniem, że inna osoba może się do nas idealnie dopasować. Znana amerykańska psychoterapeutka, Esther Perel, mówi, że nie możemy oczekiwać od jednego człowieka, że będzie pełnił w naszym życiu wszystkie funkcje i zaspokajał wszystkie nasze potrzeby. A taki błąd robimy często w naszych związkach, przyjaźniach również. Żyjemy w społeczności i mamy wokół siebie osoby, z którymi się świetnie tańczy, i takie, z którymi się dobrze dyskutuje o polityce. Z jednymi lubimy jeździć na nartach, a innym się zwierzamy. Różni ludzie zaspokajają różne nasze potrzeby i to jest normalne. Przyjaźń to nie jest jakaś multizadaniowość, ideał, który odpowie na wszystkie wymagania. Jedna z moich pacjentek opowiada, jak ostatnio pokłóciły się z przyjaciółką, bo tamta robiła jej wymówki: „Ze mną nigdy nie chodzisz na zakupy”. A ona mówi: „Bo mamy zupełnie inny gust. Wolę robić zakupy z kimś, kto ma podobny”. Nie dogadamy się w kwestii, w jakich sklepach się ubierać. To, że ktoś jest naszym powiernikiem i bratnią duszą, nie oznacza, że w każdym obszarze życia musi sprawdzić się na piątkę.
Niektórzy mówią, że w biznesie nie ma przyjaźni.
Nie wiem, czy tak jest, nie sądzę. Chodzi raczej o to, czy jesteśmy lojalni i jasno się komunikujemy. Dostaję kontrakt, o którym marzyła moja koleżanka, i nie przestaję z tego powodu do niej dzwonić, bo nie wiem, jak to jej powiedzieć. Dzwonię od razu. Mówię jej o tym, co czuję, że się martwię, czy to nie uderzy w naszą przyjaźń. Szczerze rozmawiam, a nie chowam głowę w piasek. Bo tak często robimy – nie wyjaśniamy konfliktów, nie mówimy, jak jest, tylko przyjmujemy postawę obronną. W przyjaźniach mamy często takie same problemy jak w związkach: trudno nam rozwiązywać konflikty, odbudowywać nadszarpnięte zaufanie. W małżeństwie bywa łatwiej, bo mamy dzieci, zobowiązania, kredyt, trzeba usiąść i porozmawiać. Dajemy partnerom szansę, a przyjaciołom? Wóz albo przewóz? Sądzę, że przyjaźnie są jednymi z najważniejszych relacji w naszym życiu, u wielu osób dominują nad miłosnymi, a nawet rodzinnymi. Zasługują na drugą szansę, na lojalność mimo kryzysów. W niedzielę jadę do Katowic, do mojej przyjaciółki. Czy mi się chce? Może zamiast siedzieć wiele godzin w pociągu wolałabym opalać się na balkonie. Ale nie mam w sobie cienia wahania, czy pojechać. Ona mnie potrzebuje, wiec jestem. Na tym polega przyjaźń, że się wspieramy, że wyciągamy rękę, choć się posprzeczałyśmy w ostatniej rozmowie. Jedziemy, gdy przyjaciel czeka, i stajemy po jego stronie.
Katarzyna Kucewicz - psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka, prowadzi psychoterapię osób dorosłych i par, podcasterka, autorka tekstów psychologicznych i książek, m.in. „Waga z głowy”, „Kobiety, które czują za bardzo”.