Wywiad

"Jest o co walczyć". Karolina Gruszka o stwardnieniu rozsianym, wojnie, Rosji i swoich dwóch nowych rolach

"Jest o co walczyć". Karolina Gruszka o stwardnieniu rozsianym, wojnie, Rosji i swoich dwóch nowych rolach
Karolina Gruszka w filmie 'Detektyw Bruno'.
Fot. mat. prasowe/Monolith

To właśnie do Karoliny Gruszki należeć będą najbliższe miesiące. Zobaczymy w filmie dla młodzieży "Detektyw Bruno" oraz w serialu "Nieobecni". Z aktorką rozmawiamy o jej nowych rolach, o wojnie widzianej z perspektywy polsko-rosyjskiego małżeństwa i o tym, czy powinniśmy bojkotować rosyjską kulturę.

PANI: Twój mąż Iwan Wyrypajew jest persona non grata w Rosji, bo od dawna sprzeciwiał się polityce Putina. Ale rówieśnicy twojej córki Mai niekoniecznie wiedzą, że nie godzi się na wojnę. Czy dziś, gdy Rosjanie są bodaj najbardziej znienawidzonym narodem na świecie, Maja nie spotyka się z niechęcią kolegów?

KAROLINA GRUSZKA: Maja chodzi do szkoły międzynarodowej kładącej duży nacisk na komunikację i wzajemny szacunek, więc nie odczuwa tego. Nauczyciele bardzo mądrze podchodzą do tematu wojny. W domu oczywiście też o niej rozmawiamy. Najgorzej byłoby pozwolić Mai czerpać wiedzę od kolegów i koleżanek. Dziecko musi dowiadywać się prawdy od ludzi umiejących przemówić językiem, który nie będzie dla niego traumatyzujący. Ale to właśnie w dzieciach jest nadzieja na lepszą przyszłość. One wydają się mieć większą tolerancję i empatię, a także poczucie, że są obywatelami nawet nie świata, ale planety. Już w tak młodym wieku czują odpowiedzialność za jej losy. Warto to wspierać.

 

Niektórzy są zdania, że dziś powinno się całkowicie bojkotować kulturę rosyjską. Co o tym myślisz?

Jestem absolutnie za bojkotem kultury realizowanej za państwowe rosyjskie pieniądze, będącej wizytówką reżimu Putina. Powinniśmy też bojkotować kulturę tworzoną przez ludzi, którzy popierają tę straszną wojnę lub nie odważyli się publicznie jej sprzeciwić, bo to również jest głos – dzisiaj nie da się już zachować neutralności. Jednak w bojkocie klasyków nie widzę sensu. W kogo byłoby to wymierzone? Na pewno nie w Putina i w jego żołnierzy, którzy w ogóle tej klasyki nie znają i się z nią nie utożsamiają.

Twórczość chociażby Czechowa czy Tołstoja niesie ze sobą wartości pomagające nam rozwijać nasze człowieczeństwo. Piętnując wszystko, co rosyjskie, tylko za to, że jest rosyjskie, wpisujemy się w tę samą archaiczną retorykę etnocentrycznych konfliktów, którymi karmi się ta wojna. Namawiałabym do patrzenia na każdego człowieka przez pryzmat jego czynów i wartości, którym hołduje, a nie przez pryzmat narodowości.

Nie powinno się ignorować artystów, którzy od zawsze byli w opozycji do Putina. Wielu spośród tych ludzi, którzy w większości wyjechali teraz z Rosji i mieszkają tymczasowo w Turcji, Gruzji, Armenii, Polsce czy na Litwie, od lat próbuje budować świadomość w narodzie rosyjskim. Widzimy i oni też widzą, że ich wysiłki były niewystarczające, ale to oni w przyszłości będą budować porozumienie nowej Rosji ze światem. Taką mam przynajmniej nadzieję. Bo ten kraj przecież nie zniknie z mapy i dobrze byłoby, żeby odbudowali go ludzie myślący demokratycznie. Nie jest ich mało, mogą mieć wpływ na rzeczywistość, do czego potrzebują jednak naszego wsparcia. Problemem w Rosji jest brak elementarnego wykształcenia humanistycznego. To są dziesiątki lat zaniedbania wymagające ogromnej pracy, którą mogą wykonać właśnie ci opozycjoniści.

Kilka miesięcy temu opowiedziałaś o swojej chorobie – stwardnieniu rozsianym. Czy ta wypowiedź miała dla ciebie jakieś konsekwencje?

Szybko dostałam potwierdzenie, że mówiąc o swojej chorobie, podjęłam dobrą decyzję. Nie ma tygodnia bez wiadomości – głównie od osób chorych, które dopiero usłyszały diagnozę, a także od ich bliskich. Mam wrażenie, że trochę zwiększyła się wiedza na temat stwardnienia rozsianego, co mnie cieszy, bo chciałam pokazać, że przy dzisiejszych metodach leczenia można z nim normalnie funkcjonować.

Ja na co dzień nawet nie myślę o chorobie, nie mam żadnych objawów. Muszę tylko regularnie się badać i raz na pół roku przyjmować leki. Trzeba przypominać, jak ważne jest, by szybko wdrożyć leczenie, nie czekać z nim, aż w naszym ciele zajdą nieodwracalne zmiany, co część osób robi, myśląc, że skoro rzut minął i czują się lepiej, mogą jeszcze nie brać leków. A to jest ogromny błąd. Leczenie warto zaczynać wtedy, gdy jesteśmy w dobrej formie, po to, by móc ją w pełni utrzymać. Ważne, żeby zwiększać tę świadomość, dopominać się też, by leki na stwardnienie rozsiane były refundowane w większym stopniu niż teraz. Jest o co walczyć.

Cały wywiad przeczytasz w najnowszym wydaniu magazynu PANI.

OKLADKA

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również