Wysokie szpilki coraz częściej zostają w szafie. Ich miejsce zajmują kaczuszki, miękkie baleriny, glove shoes, derby i loafersy. Wyglądają elegancko, ale nie wymagają tylu poświęceń.
Do sukienki, garnituru czy na kolację szpilki przez lata wydawały się najprostszym wyborem. Problem zaczynał się po godzinie albo dwóch: piekące podbicie, obolałe palce, ostrożne schodzenie po schodach i ulga, kiedy po powrocie do domu można było je wreszcie zdjąć. Dlatego coraz częściej mówi się dziś o wyjściu ze „szpilkowego więzienia”. Wiele kobiet ma już dość mody wymagającej poświęceń. Nie chodzi jednak o to, by całkowicie rezygnować z obcasów. Raczej o to, by nie traktować ich jako jedynej właściwej opcji.
Doskonałą alternatywą są kitten heels, czyli kaczuszki. Mają zwykle 2-3 cm, czasem cienki, czasem trochę szerszy obcas, ale są dużo łagodniejsze dla stóp. Nie zmieniają chodzenia w ćwiczenie z równowagi. Szczególnie dobrze wyglądają mule z noskiem w szpic, satynowe japonki na niskim obcasie i czółenka z odkrytą piętą.
W tym sezonie dużo uwagi przyciągają też płaskie buty. Nie sztywne i ciężkie, ale lekkie, bliskie stopie, niemal niewyczuwalne podczas chodzenia. Stąd popularność glove shoes, czyli butów „jak rękawiczka” - z bardzo miękkiej skóry albo elastycznych materiałów. Pojawiły się m.in. w kolekcjach Chanel, Sportmax i MM6 Maison Margiela. Obok nich są baleriny ze skóry nappa, siateczki albo satyny: lekkie, często lekko marszczone przy palcach, na cienkiej podeszwie.
W podobnym duchu wracają loafersy, mokasyny i derby. Nowe modele nie kojarzą się już wyłącznie z ciężkim, formalnym półbutem - mają cieńszą podeszwę i łagodniejszy kształt. Są bardzo komfortowe i równie stylowe. Dobrze wypadają nie tylko ze spodniami, ale też ze spódnicą lub sukienką.