Muniek Staszczyk: Zaczynam drugie życie
Fot. JAKUB WYSOCKI/REPORTER

Muniek Staszczyk: Zaczynam drugie życie

Lata życia w rozdwojeniu. Z jednej strony zbuntowany artysta: Muniek – z nastroszonymi włosami, w ciemnych okularach, ciężkich butach, z drugiej Zygmunt – mąż, ojciec, syn, kumpel. W końcu Muniek zaczął Zygmuntowi ciążyć i... zaczęła się zmiana. Bolesna, bo związana z depresją, abstynencją, zawieszeniem zespołu T.Love po 35 latach. Niedawna choroba tylko utwierdziła go w przekonaniu, że kierunek jest słuszny. „Zaczynam drugie życie” - mówi Staszczyk. Jakie będzie?

Zaprasza do domu we Włochach. Piękny, jesienny ogród, cisza. Na powitanie wybiegają psy: mops Gluś – to on wystawia język na okładce płyty Syn miasta, i suka Misia, owczarek kielecki. Muniek prowadzi do pokoju na parterze – książki, sprzęt do słuchania, na ścianach złote płyty T.Love, obrazki, zdjęcia z Zanussim, Wałęsą, Rolling Stonesami... Mapa bluesowej podróży po Stanach, biografie artystów. Swojsko, przytulnie, kolorowo. Jeszcze łyk herbaty... 

Jak się czujesz? 

Lepiej. Jestem trochę spowolniony, lekko otępiały, ale szczęśliwy. I spokojny. Dostałem drugie życie, mam za co być wdzięczny. Rodzina jest, psy są, dom stoi. Szkoda, że muzyka nie jest w tej chwili ważna... Kupiłem w Londynie płyty, których nawet nie przesłuchałem. Nie chce mi się. Czekają.

Co się właściwie stało? 

W lipcu poleciałem do Londynu na koncert Dylana. Wróciłem do hotelu spać i... resztę historii znam z opowieści. Znaleziono mnie po 14 godzinach bez świadomości, lekarze byli zdziwieni, że żyję. Wylew. Trafiłem do szpitala w Londynie. Szanse? 50 na 50, wóz albo przewóz. Leżałem tam dwa tygodnie, a kiedy minęło zagrożenie życia, przewieziono mnie do Warszawy. Szczęście albo cud, nie wiem, jak to nazwać. 

Byłeś sparaliżowany?

Nie pamiętam. Ale szybko dochodziłem do siebie. Kłopot miałem z pamięcią krótkotrwałą. Dzisiaj myliłem z wczoraj i na odwrót. Bredziłem. Bywałem agresywny, choć normalnie mi się nie zdarza. Narzekałem. Lekarze śmiali się: „He is a real star, still complaining” (Prawdziwa gwiazda, ciągle narzeka – red.). Żądałem „English breakfast” (kiełbaski, jajka smażone, fasolka, pieczarki, pomidory – red.), choć po wylewie obowiązywała mnie dieta „soft” (delikatna – red.). Głowa mnie bolała, domagałem się chińskiego „head massage” (masaż głowy – red.). Wszystko mi się mieszało. Udało mi się wyrwać telefon synowi – od razu chciałem się ze wszystkimi umawiać, jakby nic się nie stało.

W końcu dotarło do mnie, że przed wylewem nagrałem płytę. Dzieci mi powiedziały, że singiel Pola jest na pierwszym miejscu Listy Przebojów Trójki. Podobno menedżera powitałem słowami: „Wszystko w porządku? Pola OK?”. Śmiał się. 

A potem przywieziono cię do Warszawy...

W szpitalu na Sobieskiego spędziłem dwa miesiące. Dopiero tam zobaczyłem, czym może grozić wylew. Niektórzy nie mówią, nie chodzą, nie widzą, nie czują. Mogę tylko dziękować, że wyszedłem z tego bez szwanku.

Skarżyłem się pielęgniarce, bo w badaniach wyszło, że mam słabe pole widzenia i przez jakiś czas nie będę mógł jeździć samochodem. A ja tak lubię samochód! Spojrzała na mnie i mówi: „Panie Muńku, naprawdę?”.

Zreflektowałem się: „Przepraszam, chyba jedną nogą jestem jeszcze w dawnej głupocie”. Zabawkę mi zabrali, samochodzik!

Dostawałeś wcześniej sygnały od organizmu, że coś jest nie tak?

Kilka lat temu zdiagnozowano mi nadciśnienie, które zbagatelizowałem. Leczyłem się, ale kiedy uznałem, że jest lepiej, zarzuciłem leki. Dzisiaj wszystko jest nowe, cieszę się z każdej minuty. Traumatyczny wylew doprowadził do pięknych historii. Przyjaciele przysyłali pozdrowienia, odwiedzali w szpitalu. Wcześniejsze zespołowe złości i nieporozumienia przestały być ważne. Wszystko się wyczyściło, a rany zabliźniły. Chłopaki mnie wspierają, martwili się o mnie, są ciekawi solowej płyty. 

W nowej autobiografii King przeczytałam, że w 2010 roku dotknęła cię depresja. To też mogło być ostrzeżenie. Janek Pęczak, gitarzysta, który grał w T.Love 10 lat, powiedział mi niedawno: „Żyłeś w amoku. Dziwię się, że to nie zdarzyło się wcześniej”.

Wszystkiego było za dużo – pracy, koncertów, imprez, alkoholu, fuch, ludzi. Jestem pracoholikiem, nie umiem odpoczywać. Robota musi być wykonana, czy mam kaca, czy nie.

Media mnie lubiły, ciągle byłem gdzieś zapraszany. Jestem liderem T.Love, wszystko musiałem kontrolować, chociaż nie brakowało ludzi do pomocy. Miksy piosenek, autoryzacja wywiadu, okładka, grafika, prawnicy, czytanie umów – wszystko ja. Nie chciałem być idiotą rockowym, który podpisuje papiery bez czytania. Poznałem dużo biografii muzyków i wiem, że większość z nich została oszukana przez menedżerów. Ja się nie dałem, byłem przygotowany, świadomy. Ale to wszystko zajmowało uwagę i czas. 

Uciekłeś od pytania. Nie opowiadasz o depresji?

Dzięki niej powstały dobre piosenki na płytę Old Is Gold T.Love, ale nie chcę być jednym z tych, którzy zwierzają się z tego w gazetach. Chodziłem na terapię, zapisałem 30 zeszytów. Ale należą do mnie. Media zmuszają ludzi do emocjonalnej pornografii. Wszystko musi być na wierzchu. A potem to banalizują. Ile razy czytałem historie w stylu „Miałam depresję, ale wyjechałam na Goa i odnalazłam siebie”. Brrr! 

Ale na nowej płycie śpiewasz, że terapia to kłamstwo.

Bo jestem przekorny. I wkurza mnie, że terapia stała się „modna”. W dobrym tonie jest leżeć na kozetce u psychologa, dzisiaj to symbol statusu. 

Po co ci druga autobiografia? Osiem lat temu wyszedł Muniek, dwa lata temu powstała biografia T.Love Potrzebuję wczoraj. 

Podobały mi się książki Rafała Księżyka. Rozmawiał wcześniej z Robertem Brylewskim, Tomaszem Stańką, Tymonem Tymańskim. Spotkaliśmy się na wieczorze autorskim książki o Marcinie Świetlickim i po wypiciu kilku drinków rzuciłem: „O wszystkich już napisałeś, a o mnie nie”. On zdziwiony zapytał: „A chcesz?”. „Czemu nie?”. Sam to nakręciłem. Pracowałem jednocześnie nad książką i płytą, choć miałem odpoczywać. Żona nie mogła zrozumieć. Moim zdaniem to dowód na rozbuchane ego.

Rock and roll jest próżny i ja też taki byłem.

Chciałem nagrać płytę z nowymi, młodszymi ludźmi, inaczej, odciąć pępowinę słodkiego uzależnienia od T.Love... 

Dwa lata temu zawiesiłeś zespół. Dlaczego? 

Bo doszedłem do ściany. To nie była pochopna decyzja, dojrzewałem do niej latami. Chłopakom powiedziałem wiele miesięcy wcześniej, żeby mogli poszukać nowych fuch. T.Love zamienił się w przedsiębiorstwo, grał dużo eventów. Każdy chciał zarobić. A ja wywodzę się z punka – ważne było, co mamy do powiedzenia, muzyka. Pieniądze – fajnie, że są i że z grania można dobrze żyć, ale nie były najważniejsze. Nie chciałem brać udziału w reklamach, sprzedawać piosenek.  

Dostawałeś takie propozycje? 

Kilka dni temu napisał do mnie pan z banku, że chcieliby wykorzystać piosenkę Bóg. Już widzę, jak kredytówka śpiewa: „Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym”. 

Pewnie sporo byś zarobił.

Nie interesuje mnie to. Nawet teraz, kiedy nie będę grał koncertów przynajmniej przez rok. To ważna piosenka, intymna rozmowa z Bogiem i ma iść do reklamy? Nigdy nie chorowałem na „więcej”. W latach 90. dostałem propozycję od Pepsi – miałem wystąpić w reklamie z Janet Jackson. Spotkała się ze mną pani z korporacji, której w badaniach wyszło, że jestem idolem młodzieży. Oferta? 25 tysięcy dolarów. Dzisiaj żadne kokosy, ale kiedyś? Pół nocy rozmawiałem z żoną w naszym dwupokojowym mieszkaniu na Żoliborzu. „Marta, jaka Janet Jackson?” Moja mądra żona odpowiedziała: „Jak tego nie czujesz, to nie rób. Nic na siłę”. Czułem, że będzie mi wstyd. Dzisiaj chyba już nikt się nie wstydzi występować w reklamach? 

Chyba nie. Czego jeszcze byś się wstydził?

Brać pieniądze od polityków. Oczywiście do jednych mi bliżej, a do innych dalej, ale z nikim nie zgadzam się w stu procentach. Partie mają proste, czarno-białe recepty na życie, a człowiek jest bardziej skomplikowany. Ludzie tak łatwo dają się nabierać na kłamstwa. I w polityce, i w życiu. 

Choroba wymusza w człowieku zmiany, ale ty zacząłeś zmieniać się już wcześniej. Na płycie śpiewasz „Jestem trzeźwy od dwóch miesięcy / Tęsknota za (...)  destrukcją, depresją, błazeństwem, ekshibicjonizmem, za golemem rock and rolla”... 

Chciałem opisać swój stan po zakończeniu związku z T.Love – jakbym się rozstał z kobietą po 35 latach. Była ponura zima, znajomi wyjeżdżali do ciepłych krajów, pytali: „Po co siedzisz w tej krainie zimna, błota i smogu, skoro nie grasz koncertów?”. A ja rzuciłem wtedy na rok alkohol i inne używki, czułem, że kończy się jakiś etap.

Przez lata budowałem w sobie tego Muńka, zakładałem czarne okulary, robiłem ponurą minę, stawiałem włosy, krzyczałem „Czadu!” ze sceny. Aż zaczęło mnie to śmieszyć.

Chciałem pogodzić Muńka z Zygmuntem, nie żyć w schizofrenii. I kiedy jechałem samochodem, końcówka lutego, usłyszałem w radiu stary kawałek. Pomyślałem: „To moja piosenka?”. Niby ja, a już nie ja. Bo nie ma chłopaków, menedżera Bodzia, wyjazdów busem, melanży, spotkań na placu Bankowym, gdzie mieliśmy zbiórki. Nie ma tych Krakowów, Poznaniów, Wrocławiów, Toruniów, zatęchłych klubów. Niby tęsknię, ale bez przesady. Jechałem przez miasto, patrzyłem na plakaty. „O Kult gra, Maleńczuk gra” – myślałem: „Jak dobrze, że ja nie gram. Nie chciałoby mi się”.  

Po co ci była ta abstynencja?

Chciałem zobaczyć, jak się żyje bez alkoholu. Zaczął odgrywać zbyt ważną rolę. Był niezbędnym dodatkiem towarzyskim. 

Chciałeś sprawdzić, czy jesteś alkoholikiem?

Pewnie jestem. Ludzie pytali: „Jesteś chory? Coś się stało?”. Jako abstynent pojechałem z dwoma kumplami do Rosji na mundial. Oni się bawili, a ja byłem ich kamerdynerem – polewałem. Okazałem się zabawniejszy bez wódki niż po niej, choć wydawało mi się, że po alkoholu jestem królem towarzystwa. 

W książce szczerze opowiadasz o tej „imprezowej” części życia. Alkohol, dziewczyny, dragi... Aż mnie ciarki przechodziły, kiedy czytałam. 

Mnie też. Już bym nie chciał tak żyć. Co miałem w głowie?

Teraz, po chorobie, boję się tego rock and rolla. Ale wtedy mnie pochłaniał.

Niedawno żona mnie wysłała do sklepu po spirytus na nalewkę, a ja przy stoisku z alkoholem byłem przerażony. Chciałem uciekać, a przecież wóda sama mi się do gardła nie wleje. Podchodzi do mnie jakiś facet i mówi: „Widzę, że już z panem dobrze, skoro się spirytusik kupuje”. A dla mnie ten temat nie istnieje. Ktoś powie – strach. I co z tego? Było i nie ma.

Rock and roll jest niebezpieczny?  

Show-biznes jest niebezpieczny. I nikt o tym nie mówi. A wszyscy do niego lecą jak ćmy do światła. I się palą.

Show-biznes jest kłamstwem, iluzją. Ludziom zaczyna się wydawać, że są kimś innym – lepszym, może nieśmiertelnym?

Wszyscy klepią cię z uznaniem po plecach, podobasz się kobietom. Nawiązanie romansu nie jest problemem. Wokół artystów kręci się dużo dziewczyn. „Money for nothing, chicks for free” („Pieniądze za nic, dziewczyny za darmo” – red.), śpiewali Dire Straits – dużo w tym racji. Jako dziennikarka musisz przyjść do mnie trzeźwa, żeby zrobić wywiad, a ja 24 godziny na dobę mogłem być pijany. Przyjeżdżam do hotelu, wita mnie dyrektor, prowadzi do apartamentu, na stole stoi wino na powitanie. Gul, gul, gul i po winie, dobrze się zaczął wieczór! Groźna jest iluzja sławy, kiedy ci się wydaje, że możesz więcej, bo i tak ci wybaczą, jak niesfornemu dziecku. I zdrady, i pijaństwo, i że się spóźniłeś na koncert czy zagrałeś kiepsko „pod wpływem”. „No wiecie, Muniek, rock and roll”. Nie mam zamiaru się usprawiedliwiać.

Ale? 

Wszyscy stają do wyścigu o sławę, a nikt nie zadaje pytania: co będzie, jak spadniesz? Jak się nie uda? Jak się zestarzejesz? I zniknie garderoba z darmowymi flaszkami, menedżerka, która zawsze powie: „Jesteś super”. W show-biznesie jest mnóstwo łatwo dostępnych uśmierzaczo-zapominaczy: seks, wóda, narkotyki, hazard. Może taki sens ma ta książka? Może ktoś przeczyta i wyciągnie wnioski? 

Twoja żona ją czytała? 

Przed drukiem nie. Ale teraz już jej nie cofnę, nie poprawię. Kocham Martę, ale jest, jak jest. Kiedy mówiłem, że jestem łotrem, ona odpowiadała, że dobry ze mnie chłopak. Zawsze byłem szczery, w piosenkach też. Nie po to komuś opowiadałem swoje życie, żeby to potem cenzurować. Wyszła trochę spowiedź. Pewnie gdybym zabrał się do niej dzisiaj, wyglądałaby inaczej. Ale to nie jest książka o Muńku po wylewie – opowiada 40 lat mojej historii! Bez ściemy. 

Jest coś, czego się teraz boisz? 

W szpitalu mnie pytali. Gdyby teraz ktoś przyszedł i powiedział: „Tu jest garderoba, a tam wyjście na scenę. Ma pan pięć minut i zapraszamy” – schowałbym się w kołdrze. A robiłem to tysiące razy. Byłem mistrzem planowania, moje kalendarze były skrupulatnie zapełniane wiele miesięcy do przodu. W tej chwili nie mam planów. Nie mam napinki, że płyta Syn miasta musi być złota, a książka zostać bestsellerem. Nie muszę nigdzie być, nie muszę się spotykać. Fajnie tak nic nie musieć. A co będzie potem, to się okaże. 

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również