Same zmyślają się historie
Fot. AKPA

Same zmyślają się historie

„Wsiąść do pociągu byle jakiego…”, śpiewała Maryla, wiadomo. Ale kto to napisał? Osiecka? Nie, Magda Czapińska. Jest autorką wielu hitów, tylko nie lubi się chwalić. Kiedy zaczyna mówić, rozumiemy, jak pani psycholog, zaglądając ludziom w okna, odkryła sekrety ich dusz. Nam opowiada o grzesznej Kalinie, zmysłowym Mickiewiczu i pięknej przyjaźni z Magdą Umer. 

Kamyk zielony z piosenki istnieje naprawdę. Znalazłam go prawie 60 lat temu na łące w Tomaszowie Mazowieckim. Było tam dużo innych kamyków, ale tylko ten przemówił do mnie: „Weź mnie, przyniosę ci szczęście”. Smutne dziewczynki lubią takie historie. Wyobrażałam sobie, że jest odpryskiem meteorytu, który spadł na Ziemię miliardy lat temu i czekał, aż go znajdę. Ale minęło kilkanaście lat, zanim objawił moc. „Ściskając w ręku kamyk zielony, patrzeć, jak wszystko zostaje w tyle” – te słowa ułożyły mi się w głowie, kiedy jechałam w ścisku tramwajem na uczelnię. Nie byłam świadoma, że to refren piosenki... Dzisiaj kamyk ma swoje miejsce w starym ściennym zegarze. Tam jest bezpieczny. Kiedyś się zapodział, wpadłam w panikę i od tego czasu go strzegę. 

Na początku słowa, szlagworty spadały na mnie „z nieba”. Dręczyły, nie dawały zapomnieć. Jako młoda dziewczyna spacerowałam z psem po warszawskich Starych Bielanach i codziennie przechodziłam koło dzikiej gruszy. Za którymś razem usłyszałam w głowie „a tymczasem leżę pod gruszą, na dowolnie wybranym boku i mam to, co na świecie najświętsze – święty spokój”. To znalazło się w piosence i do dziś jest moim życiowym mottem. Piosenka W moim magicznym domu też wiąże się z Bielanami i spacerami. Powstała z zaglądania ludziom do okien i wyobrażania sobie, co się dzieje w tych domach wśród gazowych latarni, porośniętych dzikim winem. Po jakimś czasie dotarło do mnie, że może to refreny piosenek.  A jeśli tak, to trzeba dopisać zwrotki. 

Wszystko się zdarzyć może

Czytać nauczyłam się jako 6-latka na Balladach i romansach Mickiewicza. Tacie (był urzędnikiem, red.) wydawało się, że one będą nas wieczorem usypiać. I rzeczywiście, z bratem się udawało, ale ja dostawałam wypieków i błagałam o więcej. Kiedy znałam już teksty na pamięć, a tata nie chciał czytać po raz nie wiadomo który, wzięłam tomik i uczyłam się rozpoznawać litery i słowa. Większość pamiętam do dzisiaj. To był mój azyl. W tamtym czasie, żeby dostać ciekawą gazetę, np. „Przekrój”, trzeba było objechać w sobotę na rowerze całe Bielany. Rodzice nie byli specjalnie przejęci moim „rozwojem intelektualnym”. W domu na półce stał „zestaw podstawowy”: Słowacki, Mickiewicz i Sienkiewicz, którym też byłam raczona na dobranoc, ale nie lubię go do dzisiaj. 

Jako 9-latka słuchałam głównie piosenek z Kabaretu Starszych Panów. Zachwycały mnie! Rówieśnicy oglądali Klub Myszki Miki, a ja szalałam na punkcie Kaliny Jędrusik. Ojciec nie pozwalał na nią patrzeć, bo uważał, że sieje zgorszenie. A ja wdrapywałam się na kredens w kuchni i stamtąd przez szparę we framudze oglądałam tę „niemoralną” osobę. Kiedy usłyszałam piosenkę Do ciebie szłam, nie mogłam zasnąć z wrażenia. Powtarzałam: „Do ciebie szłam, przez łzy nic nie widząc, dla ciebie to był tylko epizod”. Nie wiedziałam, co znaczy „epizod”, a nie mogłam zapytać rodziców, bo domyśliliby się, że oglądałam zakazaną Kalinę! Jako nastolatka czytałam też pismo „Radar”, gdzie drukowano przekłady piosenek Cohena, Okudżawy, teksty Młynarskiego, Osieckiej, Kofty i innych poetów. Wycinałam je, podświadomie chłonęłam warsztat tekściarza.

Żeby coś napisać, trzeba najpierw sporo przeczytać. Dużo ludzi o tym mówi, ale mało kto się stosuje. Im więcej wchłoniemy treści pięknych i ważnych, tym większa szansa, że sami stworzymy coś wartościowego.

Do każdego jest inny klucz. Do mnie były to piękne słowa połączone z muzyką. Dorastałam w czasach, kiedy i jedno, i drugie było łatwo dostępne – również dzięki telewizji publicznej. Dlatego PRL wspominam z sentymentem – kultura była wtedy ważna. Jako dziecko lubiłam rymować. A ponieważ nudziłam się na lekcjach, pisałam wierszyki – liściki do kolegów. Mama pokazała je bez mojej wiedzy sąsiadowi – pisarzowi Andrzejowi Przypkowskiemu, żeby stwierdził, czy mam talent. Nie wiem, co powiedział – tak się wstydziłam, że nie chciałam wychodzić z domu, żeby go nie spotkać. Nie miałam pomysłu, żeby zostać poetką czy tekściarką. Ze zdolności rymowania nie wynikają zdolności poetyckie. To pewna właściwość mózgu, do pisania piosenek się przydaje, ale trzeba mieć jeszcze jakieś myśli do zrymowania. 

W taką podróż chcę wyruszyć

1 czerwca, 1976 rok. Siedziałam przy maszynie do pisania i wystukiwałam pracę magisterską na psychologii. Miałam ochotę robić wszystko, tylko nie to, sięgnęłam więc do „Expressu Wieczornego”. A tam: „Program III Polskiego Radia poszukuje młodych autorów”. Postanowiłam wysłać kilka tekstów. Przez pierwsze tygodnie czekałam – a nuż ktoś pozna się na moim talencie? Potem zapomniałam. A tu na początku jesieni dostałam zaproszenie do programu – zakwalifikowały się aż trzy moje wiersze! Do jednego, Remedium, czyli Wsiąść do pociągu, napisano muzykę i piosenka została nagrana. Czekałam z biciem serca na premierę, ale ani muzyka, ani wykonanie nie okazało się interesujące. Słuchałam i myślałam: „Matko, jaka zmarnowana szansa!”. Stwierdziłam, że dam sobie z tym spokój. Zaczęłam właśnie pracować jako psycholog kliniczny i psychoterapeutka. I to mnie całkowicie pochłonęło. A jednak znów zadzwoniono z Trójki: tekstem Remedium interesuje się Maryla Rodowicz! Muzykę miał napisać Seweryn Krajewski. Ostateczną wersję usłyszałam dopiero w 1978 roku na jesieni. Po wielu latach Agnieszka Osiecka zapytała, czy wiem, w jaki sposób tekst trafił do piosenkarki. To Agnieszka wygrzebała go z szuflady szefa Trójki. „Spodobał mi się ten kamyk zielony i namówiłam Marylę, żeby zaśpiewała”. Ale mój mąż, kiedy pierwszy raz usłyszał Remedium, powiedział: „Smętna melorecytacja z tego wyszła. Przebojem to na pewno nie będzie”. Stwierdził to facet, który wsławił się potem napisaniem Diagnozy społecznej (prof. Janusz Czapiński, red.). Gdyby Osiecka, Przybora i Młynarski nie zachęcali mnie do pisania, to po pierwszej reakcji męża pewnie dałabym spokój. Zafundował mi „trening zniechęcający”. A przecież Remedium stało się hitem! 

Osiecka powiedziała kiedyś Magdzie Umer, że po jej śmierci i tak wszyscy będą myśleli, że Wsiąść do pociągu to jej słowa. I tak się stało. Co druga zapowiedź w radiu mówiła, że to jej piosenka.

Mąż krzyczał, żebym robiła awantury, bo nigdy się nie nauczą. A ja? Z jednej strony było mi przykro, z drugiej –  przypisywanie autorstwa Osieckiej łechtało moją próżność. Tego dnia kiedy zmarła Agnieszka, spikerka w telewizji powiedziała: „Pożegnajmy ją jednym z jej największych przebojów”. Czekałam, czy to będzie Małgośka, czy Niech żyje bal, ale puszczają... Wsiąść do pociągu.

Odebrałam to jak wiadomość od Agnieszki, żebym pamiętała, że to ona jest współautorką sukcesu. Gdyby nie jej ciekawość i dobra wola, tekst być może dalej leżałby w szufladzie. Następnego dnia w „Wyborczej” wydrukowano obok pożegnania Agnieszki tekst mojego Świętego spokoju. Na płycie składance Ali Majewskiej piosenkę Być kobietą podpisano nazwiskiem Młynarskiego, a Lubię ten smutek przypisano Kofcie. I tak to się za mną ciągnie. 

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat

Po Remedium stałam się „znaną” autorką. Telefon dzwonił, wokalistki i kompozytorzy składali zamówienia. A ja nie miałam szuflady pełnej tekstów, więc zaczęłam pisać, żeby się nie wydało... Osiecka pomagała mi niczym niewidzialna ręka. Uznała mnie za osobę utalentowaną i przekazywała kontakt, kiedy nie mogła się czegoś podjąć. Np. dzwoniła pani z Pepsi, żebym napisała piosenkę reklamową. Bo Agnieszka była już autorką Coca-Cola to jest to! i nie mogła pracować dla konkurencji. Nic z tego nie wyszło, ale szansę dostałam. Odkryłam, że pisanie do gotowej muzyki jest czymś innym niż pisanie tekstów z głowy i dla przyjemności.

Praca z nutkami przypominała szaradę – trzeba wstawiać w odpowiednie miejsca wyrazy o określonej liczbie sylab. I to tak, żeby piosenka miała sens! Rzadko muzyka jest napisana tak, że polska fraza dobrze się na nią nakłada.

Kiedyś powiedziałam kompozytorowi, że nie jestem w stanie nic wymyślić do jego muzyki. Zdziwił się. A ja mu na to: „Jeśli możesz ułożyć zdanie, które składa się z 18 jednosylabowych słów stojących obok siebie, bo tak wynika z muzyki, które ma sens i coś znaczy, proszę. I żeby nie było „raz dwa trzy, raz dwa trzy, ja to ja, a ty to ty”. Nie był w stanie. 

Na początku pisałam na marginesie życia zawodowego. Pół dnia spędzałam w poradni zdrowia psychicznego, wracałam zmęczona do domu, gdzie mąż bez przerwy stukał na maszynie. Potem pojawiło się dziecko (córka Marta, dziś też jest psychologiem, red.). Ewentualna płyta z moimi piosenkami powinna się nazywać „Piosenki z łazienki”, bo kiedy potrzebowałam spokoju do pracy, siadałam na brzegu wanny i puszczałam wodę, żeby nie słyszeć tej cholernej maszyny do pisania. „Przelało się”, gdy dostałam zamówienie na kilka tekstów na płytę Hanny Banaszak. Melodie zapętlały mi się w głowie, mózg pracował nad nimi podświadomie, nawet w czasie snu. I zdarzyła się taka sytuacja: śpię albo wydaje mi się, że śpię, i... mam! Słyszę tę piosenkę, co mi się w myśli ułożyła. Siadam na łóżku, ale boję się zapalić światło i ją zapisać, żeby mąż się nie obudził. Więc powtarzam, żeby zapamiętać: „Tyle słońca w całym mieście, nie widziałeś tego jeszcze, popatrz”. Wszystko pasuje, słowa i melodia, aż nagle sobie uświadamiam, że to przecież przebój Anny Jantar! (słowa – Janusz Kondratowicz, red.) Poczułam wtedy, że to jakieś szaleństwo – tu dziecko i mąż, tam pacjenci. A piosenka to zadanie, które prześladuje człowieka, dopóki go nie zakończy. Zaczęłam myśleć o tym, żeby z czegoś zrezygnować. 

Kiedy Remedium stało się przebojem, znajomi myśleli, że zarabiam straszne pieniądze. O sumach płynących z ZAIKS-u dla autorów krążą legendy. Żeby było jasne – nie narzekam, od ponad 20 lat żyję z tantiem i nie muszę pracować w innych miejscach. Ale mogłabym opowiedzieć mnóstwo historii o tym, jak zostałam oszukana. Ciekawostka: jako autorka dostawałam różne propozycje, również z nurtu disco polo. Kiedyś menedżer Dody zwrócił się do mnie w tej sprawie. Niestety, choć Doda nieźle śpiewa, jej arogancki sposób bycia nie skłaniał mnie do współpracy. A później zrobiło mi się wstyd, bo powiedziałam, że nawet gdybym głodem przymierała, nie dam się namówić. A jeśli ona stała obok i słuchała? 

Przyjaciółki niech nie milkną

Najwspanialszą nagrodą za piosenki są ci wspaniali ludzie, których poznałam: Przybora, Młynarski, Osiecka. Ale największym skarbem jest przyjaźń z Magdą Umer. Kilkanaście lat podziwiałam ją jako artystkę. Śpiewała to, czego chciałam słuchać. Zakochałam się po piosence Już szumią kasztany. Mówili: „Daj spokój, przecież ona nie ma głosu!”. A do mnie jej szepty trafiały, bo Magda „niewielkim” głosem śpiewa rzeczy najważniejsze na świecie. Poznałyśmy się dopiero w ’84 roku, kiedy po raz pierwszy pojechałam na festiwal do Opola. To ona mnie zaprosiła do przyjaźni – do siebie do domu, na koncerty i tak to trwa już ponad 35 lat. Napisałam dla niej kilka piosenek: Senne zioła, 168 godzin, Tylko miłość... Przez tyle lat ani razu się nie pokłóciłyśmy! Nigdy się na niej nie zawiodłam. Magda jest moją nauczycielką życia, ja jej psychoterapeutką. Biorę na siebie jej depresje i załamania, staram się jej w nich towarzyszyć. Powtarzam, że chciałabym umrzeć przed nią, bo nie zniosę, jeśli ona będzie pierwsza. 

Krysię Jandę podziwiam za wszystko, co robi. Zakochałam się w niej po Człowieku z marmuru. Rozłożyła mnie tą rolą na łopatki. Pomyślałam: „Boże, co za aktorka!”. A po latach okazuje się, że ona też nazywa mnie swoją przyjaciółką! Poznałyśmy się chyba na „Lamentach” – tak się nazywały kobiece spotkania. Pierwsze odbyły się u Zuzi Łapickiej. Pojawiło się wiele znanych pań „ze środowiska”. Potem się wykruszały, aż zostałyśmy w piątkę – Janda, Umer, Łapicka, Osiecka i ja. Było nam ze sobą po drodze, ale znałam swoje miejsce w tym szeregu. Uważam, że daleko mi do każdej z nich. Pewnie gdybym nie napisała tych piosenek, byłabym taką magister Czapińską z poradni zdrowia psychicznego i nie miałabym dostępu do artystycznego świata. Nigdy bym się tam nie pchała, taka jestem. Jaki morał z tej opowieści? Może taki, że warto sobie coś wmówić na początku. Choćby to, że kamyk może przynieść szczęście. 

 

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również