Magdalena Koleśnik: "Na castingu reżyser uznał mnie za jakąś wpływową instagramerkę"
Film "Sweat" z Magdaleną Koleśnik dostał się do selekcji festiwalu w Cannes.
Fot. Filip Zwierzchowski/DAS Agency

Magdalena Koleśnik: "Na castingu reżyser uznał mnie za jakąś wpływową instagramerkę"

Nagroda za pierwszoplanową rolę kobiecą w filmie "Sweat" Magnusa von Horna na festiwalu w Gdyni jest przepustką do wielkiej kariery. Piekielnie zdolna. A przy tym magnetyczna, skromna i nadwrażliwa. Taka jest Magdalena Koleśnik. Już jest o niej głośno!

Do roli motywatorki fitness Sylwii Zając w filmie „Sweat” Magnusa von Horna przygotowywałaś się ponad rok. Dlaczego tyle to trwało?

MAGDALENA KOLEŚNIK: Bo to był długi proces. Kiedy zostałam zaproszona na casting do filmu Magnusa, byłam już po roli trenerki fitness w spektaklu „Wściekłość” Majki Kleczewskiej. Wiem, że Magnus usłyszał o mnie od naszego wspólnego kolegi, aktora Sebka Pawlaka z TR Warszawa. Przyjście na casting nie zestresowało mnie, bo nie miałam wrażenia, że przychodzę do miejsca, gdzie ktoś mnie sprawdza, że muszę coś udowodnić. Magnus był wtedy na etapie tworzenia scenariusza. Miałam wrażenie, że przyszłam do jakiegoś laboratorium, w którym testujemy, czy napisane teksty sprawdzą się w kontakcie z żywą materią, czyli ze mną. (uśmiech) I ta rola „testera” dała mi dużo wolności i lekkości w tym, co miałam zaproponować. Pamiętam, że dostałam zadanie, że mam prowadzić live’a i na żywo rozmawiać z moimi followersami. Szybko i intuicyjnie się w tym odnalazłam. Byłam tak przekonująca, że Magnus zaczął mnie googlować, bo myślał, że jestem jakąś wpływową instagramerką. (śmiech) A ja nawet na tamtym etapie nie miałam założonego prywatnego konta. Przeskoczyłam w ten świat instynktownie. Może dlatego, że nie czułam żadnej presji, żadnego wyścigu.

Na konferencji prasowej podczas festiwalu w Gdyni reżyser i producent zdradzili, że widzieli cię w tej roli od razu, ale chcieli jeszcze zaprosić na zdjęcia próbne inne aktorki. Był moment, że wyszłaś z laboratorium i chciałaś jednak w tych zawodach wygrać?

Zdjęcia próbne trwały kilka miesięcy. Zaczęłam żyć tą historią, coraz bardziej się do niej przywiązywać, do ekipy również. Kiedy zorientowałam się, że do roli Sylwii zostały już tylko dwie aktorki, postanowiłam się zdystansować, żeby zaoszczędzić sobie ewentualnego rozczarowania. Poczułam ogromną wdzięczność za to wszystko, co do tej pory razem z ekipą przeszliśmy i odkryliśmy. Za podróż, jakkolwiek ona miałaby się skończyć. Postanowiłam nagrać krótki film, by im podziękować i dać absolutnie zielone światło, co do wyboru aktorki. Chciałam, by wiedzieli, że wierzę w ich projekt i w to, że podejmą najlepszą decyzję. Film chciałam nagrać nad Wisłą, spacerując z moim psem. Chodziłam, przysiadałam gdzieś, wyciągałam telefon, czasem nawet włączałam kamerkę, ale prędko przerywałam, bo czułam, że nie jestem w idealnym stanie wewnętrznego luzu i radości, w jakim chciałam być na tym nagraniu. Te pielgrzymki, jak je nazwałam, trwały jakieś dwa tygodnie i wymęczyłam samą siebie tak strasznie tym poszukiwaniem wyimaginowanego „stanu flow”, że w końcu szczęśliwie zrozumiałam, że on nigdy nie nastąpi. Że mogę nagrać ten film w tym momencie albo pielgrzymować tak bez końca. I po prostu to zrobiłam i wysłałam go do ekipy. Wiem, że ten film ich poruszył i przyspieszył decyzję, choć mieli już ją podjętą kilka dni wcześniej. Rolę dostałam, ale przede mną był rok, by zanurzyć się w świecie fitnessu i Instagrama, nie przejmując się już niczym.

Jak wyglądały przygotowania? Wyrzeźbiłaś ciało do tego stopnia, że w czasie oglądania filmu zastanawiałam się, czy nie zamieszkałaś w siłowni.

Otrzymałam od razu konkretny plan, co jest do zrobienia. Musiałam wykonać wszystkie badania, rozpisać treningi, założyć fake konto na Instagramie, widoczne tylko dla Magnusa i kilku osób z ekipy, gdzie miałam na bieżąco relacjonować swoje nowe fit życie, dostałam dietę, rozpisane treningi. Szczerze mówiąc, nie miałam nawet czasu ucieszyć się, że otrzymałam tę rolę, bo od razu zaczęłam ostro trenować, pilnować tego, co jem, i podglądać motywatorki fitness i wpływowe influencerki na ich kontach. Dużo nauczyłam się od aktorki Oli Domańskiej. Żyjąc tak intensywnie, miałam też obowiązki w teatrze. No i prywatne życie – byłam w związku, miałam zwierzęta do ogarnięcia.

Kiedy już zagłębiłaś się w świat influencerek i trenerek fitness, ten świat cię zachwycił czy przeraził?

Na pewno nie przeraził, bo ja jestem daleka od radykalnych ocen. Na początku miałam wrażenie, że to są jacyś kosmici. Nie mówią o niczym innym, tylko o zdrowym jedzeniu, bezustannie ćwiczą, monitorują każdy swój mięsień. Wykonują setki pozornie prostych podnoszeń, wymachów i wykroków. Od rana do nocy z oczami wpatrzonymi w ekran telefonu. Zaczęłam żyć tak jak oni. Na początku nawet zrezygnowałam z diety pudełkowej, żebym nauczyła się sama przygotowywać te ultrazdrowe posiłki. Kiedy zaczęłam robić to, co oni, przestali być dla mnie kosmitami. Ale najzabawniej było z instastories. Miałam wrzucać osiem relacji dziennie, z czasem już na moim prywatnym, ogólnodostępnym koncie. Początkowo chciałam robić wszystko tak perfekcyjnie, że przygotowanie jednego story zajmowało mi dwie godziny. Nie, to było ponad moje siły i czas. Więc przełamałam się i przestawiłam na tryb „nagrywam, jak leci, na spontanie”. Z czasem stało się to łatwe i organiczne. Cały ten świat funkcjonuje na klik.

Polubiłaś Sylwię Zając?

Ja ją pokochałam! Magnus zresztą też. Pamiętam, jak nagrywaliśmy scenę, w której Sylwia spotyka się z mężczyzną. Byliśmy tym wzruszeni i podnieceni, że zaraz się w jej życiu wydarzy coś miłego. Stroiliśmy ją jak na bal. Jakbyśmy sami się tam wybierali. Stała się nam bliska jak przyjaciółka, najdroższa osoba. A sam scenariusz lekko ewoluował – jak to w laboratorium. Dużo rozmawialiśmy, niektóre dialogi zmienialiśmy w czasie kręcenia zdjęć, zakończenie filmu uległo zmianie. Dużo było otwartych drzwi i to było fantastyczne. Praca z Magnusem to jest wielka przygoda.

W filmie znalazła się też scena, która tobie przytrafiła się osobiście.

Można tak powiedzieć, chociaż była raczej inspiracją i dopełnieniem tego, co już wcześniej stworzył Magnus. Będąc w zimie na spacerze z psem w Porcie Praskim, nad Wisłą zobaczyłam, że ktoś wychodzi przemarznięty i skuty lodem z Wisły. Ma w ręku walizkę. Początkowo myślałam, że jest pijany, ale chciałam bardzo pomóc. Wystraszona podeszłam. Mężczyzna trząsł się z zimna. Nie było z nim kontaktu, powtarzał tylko „że on nie da już rady”. Mój wzrok padł na walizkę, pomyślałam że to jakaś kryminalna sprawa. Zaczęłam działać instynktownie. Podniosłam go z ziemi, spokojnym tonem powiedziałam, że musimy iść na SOR. On zaczął mówić, że wrzucono go do Wisły. W ręku miałam smycz z szarpiącym się psem, drugą podtrzymywałam człowieka, który nie miał siły iść. Powtarzałam monotonie „Musisz iść, musisz iść”. I pokonywaliśmy mozolnie krok za krokiem mały odcinek do szpitala. Nagle dostał ataku agresji, krzyczał na mnie. W końcu doszliśmy na SOR. Chwilę trwało zarejestrowanie go w okienku. Emocje, które zagrały w „Sweat” były po części zapisem tamtej nocy. Ale oczywiście film jest absolutnie pomysłem Magnusa, ja może czasem inspirowałam go do jakichś zmian. (uśmiech)

Twoje pokolenie 30-latków żyje na Instagramie i FB. Czy zostaje jeszcze czas na bycie offline?

Mam wrażenie, że moje pokolenie jest totalnie przebodźcowane. Że umiejętność skupienia jest dziś najbardziej deficytowym towarem. Nam się wydaje, że wszystko można kupić, zamienić. To wszystko przekłada się na relacje. Mało osób docenia i inwestuje w długotrwałe związki, które wymagają codziennej, żmudnej, czasem nudnej pracy. Dla wielu wystarczy wejść na Tindera, dokonać „wyboru świadomego konsumenta”, znów poczuć ten „drive”. Normalność jest trudna.

Szukasz tej normalności w życiu? Umiesz być offline tu i teraz?

Mam w sobie tęsknotę do życia prostego i normalnego. Dla mnie najwyższe wibracje w życiu są wtedy, gdy łapiemy kontakt sami ze sobą, innymi ludźmi, jesteśmy w kontakcie z naturą. Kiedyś byłam zafascynowana szybkim życiem: roziskrzonymi, intensywnymi przeżyciami, relacjami i imprezami. Dziś otaczam się ludźmi, z którymi szukam życiowego kolektywu. Chcemy wspólnie kupić kawałek ziemi, razem mieszkać, wymieniać się usługami, pomagać sobie w opiece nad dziećmi, psami. Żeby być razem.

Pandemia coś zweryfikowała w twoim życiu?

Pandemia stała się dla mnie okazją spotkania z samą sobą. Wcześniej zapalałam w swojej głowie te liczne fajerwerki, żeby zagłuszyć momenty, w których wracały do mnie różne lęki. A pandemia sprawiła, że wszystkie zagłuszacze ucichły, zatrzymały się. Zostałam sama ze sobą i miałam okazję zapytać siebie, kim jestem, jakie decyzje podjęłam, jakie są ich konsekwencje i gdzie ja w ogóle jestem. Usiadłam po raz pierwszy od dłuższego czasu sama ze sobą na kanapie, zaczęłam słuchać siebie. Było to spotkanie oczyszczające. Trudne, bolesne, ale popychające moje życie w dobrym kierunku. I co ciekawe, zrozumiałam, że muszę nauczyć się być wdzięczna za stratę.

To bardzo odważne stwierdzenie. Najczęściej stratę wypieramy albo nie możemy się pogodzić z tym, że czegoś nie ma.

Dla mnie strata była szalenie pouczająca. Z dnia na dzień zamknięto teatry, plany zdjęciowe. W prywatnym życiu niewiele wcześniej skończył się mój wieloletni związek. Mogłam karmić się złymi emocjami, a przekuliśmy z moim byłym chłopakiem naszą relację w cenną i czułą przyjaźń. I to była praca. Coś się kończy, byśmy mogli otworzyć się na nowe. W maju, gdy trwał jeszcze pierwszy lockdown, dostałam informację, że „Sweat” dostał się do selekcji festiwalu w Cannes. Te fantastyczne wiadomości odbierałam trochę jak „radio pod wodą”. Brzmiało to w tamtym momencie kompletnie nierealistycznie. Festiwal w Cannes nie odbył się po raz pierwszy w historii, ale nasz film został zauważony.

Żałowałaś, że omijają cię te czerwone dywany, splendory i wywiady. Że zagrałaś świetną rolę i musisz cieszyć się z tego jedynie w zaciszu swojego mieszkania?

Wiesz, ja wtedy byłam z przyjaciółką i psami za miastem, na wsi. Byłam szczęśliwa, miałam już wiele tematów przepracowanych, więc przyjęłam to bez żalu. Dawniej gryzłabym ścianę, uważałabym, że cały świat jest przeciwko mnie. Jak mój brat, Bartek Bielenia, zrobił świetny film, to od razu pojechał z nim do Hollywood. A ja siedzę z psami na wsi. Gdy dostałam tę informację o Cannes, umiałam to docenić, ale na spokojnie. Był to wynik pracy nad sobą, która była trudna i żmudna, ale w takim momencie odczułam jej efekty.

W grudniu wygrywasz festiwal filmowy w Gdyni. Dostajesz najważniejszą nagrodę za pierwszoplanową rolę kobiecą. Choć wszystko odbywa się online, ty dostajesz jasny sygnał od jury. Zagrałaś fantastycznie. Jesteś na ustach wszystkich.

Tak, to był miły feedback, którego bardzo potrzebowałam. Tego „Magda, było OK”.

Wspomniałaś o swoim przyrodnim bracie, Bartku Bieleni. Bartek jest od ciebie dwa lata młodszy. Wspieraliście się jako rodzeństwo?

Mieliśmy taki rytuał, że po zajęciach w białostockim kółku teatralnym Bartek odprowadzał mnie do domu i dużo rozmawialiśmy. Pamiętam, że to były niekończące się rozmowy o sztuce, o Schulzu i o życiu. Poruszaliśmy się zawsze w eksterytorialnych obszarach wrażliwości. Dziś nie spotykamy się codziennie, mamy inne grona znajomych ale ta nasza baza, ukonstytuowana w dzieciństwie, procentuje do dziś. Jak oglądałam Bartka w „Bożym ciele”, byłam szalenie dumna, ale też wyłapywałam w gestach i spojrzeniach najbardziej intymnego Bartka, do którego pewnie tylko najbliżsi mają kod dostępu.

Twój dom w Białymstoku dał ci wsparcie?

Zawsze sprawiałam rodzicom trochę problemów. Zawsze byłam inna, niepokorna, z odważnymi poglądami na świat, religię. A mój dom był bardzo tradycyjny. Słyszałam raczej: „Nie wychylaj się”. A ja się zawsze wychylałam i robiłam swoje. Byłam otwarta na takie tematy, będące w moim środowisku tabu, jak homoseksualizm, równouprawnienie seksualne czy antyklerykalizm. Może byłam dla mojego środowiska zbyt postępowa i zbyt odważna? Na pewno trudna i niewygodna.

Mama jest z ciebie dumna?

Na pewno, ale to nie jest łatwa relacja. Mama nie akceptuje moich wyborów, ale szalenie mnie kocha, ja zresztą ją również. Chciałaby, żebym postępowała tak, jak ona by postąpiła, ale ja muszę iść swoją drogą. Ale jestem jej ogromnie za wszystko wdzięczna. Kiedy wyjechałam na studia do Krakowa, poświęciła wiele, by mnie tam utrzymać. Wspierała mnie we wszystkim. Dość symboliczna scena wydarzyła się ostatnio, gdy kręciliśmy w Białymstoku zdjęcia, tuż pod oknami jej pracy, do drugiej części serialu „Kruk” Maćka Pieprzycy. Wyszła do nas, rozmawiała z ekipą. Była tak piękna, delikatna, skromna. Mam nadzieję, że dumna, że wszyscy jej gratulują, że stoję przed kamerą, także przed nią.

Propozycja goni propozycję. Zagrałaś w „Klangorze”, nowym serialu dla Canal+, skończyłaś zdjęcia do „Innych ludzi” według Doroty Masłowskiej, na wejście do kin czekają „Maryjki” Darii Woszek. Czujesz, że jesteś szczęśliwa?

Jestem szczęśliwa, bo jestem mocniej zakotwiczona w życiu. Staram się za niczym nie gonić, nie tworzyć już projekcji we własnej głowie, tylko cieszyć się tym, co mam. Jestem naprawdę tu i teraz.

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 04/2021
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również