Marta Kownacka: Aktorzy codziennie zasypują mnie mailami
Marta Kownacka to najsłynniejsza w Polsce reżyserka castingu. Odpowiada za obsadę takich hitów jak "Jesteś bogiem", Wojna polska-ruska" czy "Sztuka kochania".
Fot. Kasia Englert

Marta Kownacka: Aktorzy codziennie zasypują mnie mailami

To ona decyduje o być albo nie być aktorów. Obsadza główne role, szuka nowych talentów. Jej ostatni projekt to „Bo we mnie jest seks”, film o Kalinie Jędrusik. Czym dokładnie zajmuje się Marta Kownacka, reżyserka castingu? 

 Gdybyśmy spotkały się na castingu, o co byś mnie zapytała?

MARTA KOWNACKA: Najpierw o podstawowe rzeczy: wiek, wykształcenie, czy miałaś wcześniej kontakt z aktorstwem, a jeśli tak, to jaki on był. Ciekawi mnie też, skąd pochodzi kandydat do roli i gdzie się wychował, czy zna jakieś dialekty lub języki obce. A może na przykład doskonale gra na pianinie? Nigdy nie wiadomo, kiedy taka umiejętność przyda się na planie. Przede wszystkim liczą się jednak trzy czynniki: czy ktoś ma talent oraz czy pasuje do danej postaci i do całej historii.  

Jak to sprawdzasz?

Oglądam sceny. A reszta to tzw. zawodowa intuicja. 

No dobrze, załóżmy, że wiesz już o mnie najważniejsze rzeczy. Co dalej?

W świecie bez pandemii po pierwszym etapie castingu, którym zazwyczaj jest tzw. self-tape, czyli samodzielnie nagrany przez aktora materiał wideo z przygotowanymi scenami, zaprosiłabym cię na spotkanie twarzą w twarz. Szczególnie ważne są dla mnie spotkania z młodymi aktorami, podczas których mogę ich poznać. Albo takimi, którzy funkcjonują w zawodzie od jakiegoś czasu, ale nie dostali jeszcze swojej szansy. Gwiazdom od razu proponuję rolę lub zdjęcia próbne z innymi aktorami. Co prawda doskonale znam ich warsztat i z góry wiem, czy pasują do danej postaci, ale uważam, że zdjęcia próbne pozwalają aktorowi przekonać się, czy współpraca z danym reżyserem będzie udana i czy ich interpretacja tekstu, ich wizja filmu jest właściwa. To jest konfrontacja oczekiwań z rzeczywistością. 

Nagrywanie self-tape’ów to nowy zwyczaj?

Istnieje od dobrych kilku lat i pojawił się, gdy dla polskich aktorów otworzył się rynek filmów zagranicznych. A potem przejął to ten lokalny. Młodzież radzi sobie z nagrywaniem self-tape'ów doskonale, starsi mają większy problem.

W szkołach aktorskich uczą, jak to robić?

Nie, bo szkoły w ogóle nie tłumaczą swoim studentom, jak przygotowywać się do castingów ani jak sobie na nich radzić, a wybór agenta czy komunikacja z reżyserem castingu stanowią temat tabu. Mnie to dziwi, bo dzisiaj m.in. od takich umiejętności zależy kariera aktora. 

Ile etapów ma casting?

Zanim w ogóle do niego dojdzie, najpierw muszę odbyć wiele rozmów z producentem i reżyserem. Dowiedzieć się, jaki film chcą zrobić, jak widzą bohaterów. Najłatwiej jest, kiedy mają jasno sprecyzowaną wizję, tak jak Janusz Kondratiuk, z którym współpracowałam przy jego ostatnim filmie „Jak pies z kotem”, ale często są to jedynie mgliste wyobrażenia. Szczególnie w przypadku seriali, które mają rozpisany scenariusz tylko pierwszych kilku odcinków i nie wiadomo, jak postać będzie się rozwijała. Jeśli produkcja ma być historyczna, próbuję ustalić, czy twórcy planują trzymać się realiów epoki, czy ma to drugorzędne znaczenie. Kiedy oglądam niektóre seriale kostiumowe na Netfliksie, to szczęka mi opada, gdy widzę na ekranie te wszystkie piękne współczesne twarze mające się nijak do tego, jak wyglądali ludzie w danych czasach. A wystarczy popatrzeć na filmy, które powstawały np. po drugiej wojnie światowej – nawet młodzi aktorzy wyglądali bardzo dojrzale, w ich spojrzeniu widać było trudne doświadczenia. Jednak widzowie śledzą losy bohaterów tych nowych seriali kostiumowych z przyjemnością, bo to ma być czysta rozrywka, a mamy teraz modę na dziecięce twarze pozbawione melancholii czy głębszej refleksji. 

Kiedy już poznam oczekiwania producenta i reżysera, zapraszam na zdjęcia próbne aktorów, których nazwiska pojawiły się w czasie naszych rozmów, a potem szukam kandydatów do pozostałych ról i organizuję casting. W dobie pandemii takie „próbowanie” przed kamerą jest oczywiście trudniejsze, bo trzeba nosić odzież ochronną, maseczki i trzymać dystans, ale filmy i seriale muszą nadal powstawać. W centrum Warszawy stoją zresztą karetki, gdzie można zrobić błyskawiczne testy na COVID-19 i wszystkie produkcje filmowe przed wejściem na plan wysyłają tam zatrudnionych ludzi. 

W tym roku do kin wejdzie film o Kalinie Jędrusik „Bo we mnie jest seks”, w którym główną rolę gra Maria Dębska. Jak przygotowywałaś się do tego castingu?

Obejrzałam filmy z Kaliną, ale interesowały mnie przede wszystkim materiały dokumentalne, bo dzięki temu mogłam się dowiedzieć, jak zachowywała się poza planem i poza sceną. Czytałam i oglądałam wszystko, co tylko wpadło mi w ręce, a potem z producentkami filmu zaczęłyśmy od oglądania self-tape’ów. Dziewczyny ubiegające się o rolę Jędrusik musiały we własnych szafach znaleźć coś, co byłoby odpowiednim kostiumem, same zrobić sobie charakteryzację, czyli makijaż i fryzurę „na Kalinę”, a potem nagrać trzy sceny. Sprawdziłyśmy wiele zgłoszeń, kilkadziesiąt aktorek. Podstawowe kryterium było oczywiste: wygląd. Odpowiednia kandydatka musiała być podobna do Kaliny, która miała niebywale oryginalną urodę. Ważna była też umiejętność śpiewania. A kto wygrał, wiadomo. Maria włożyła bardzo dużo pracy w tę rolę i kiedy przychodziła na zdjęcia próbne do innych postaci, z każdym dniem coraz bardziej przypominała swoją bohaterkę. Przytyła nawet, chociaż dziś aktorki niechętnie się na to godzą.  

Znalezienie aktora, który zagra autentyczną postać, musi być znacznie trudniejsze niż obsadzenie fikcyjnej postaci.

Najtrudniejsze. Kiedy szukałam obsady do serialu „Bodo”, od razu wiedziałam, że tytułowego bohatera powinien zagrać Tomek Schuchardt, którego poznałam podczas pracy nad „Jesteś Bogiem”, gdzie rewelacyjnie wcielił się w Fokusa z Paktofoniki. Ale znalezienie aktora, który wcieli się w Adolfa Dymszę, to już było prawdziwe wyzwanie. Wbrew pozorom łatwiej jest obsadzać postaci charakterystyczne, jak Władysław Gomułka czy Margaret Thatcher, niż takie, które posiadają tajemniczy magnetyzm, urok i charyzmę właściwe tylko aktorom. Długo trwały też poszukiwania aktorki, która poradzi sobie z Wisłocką w „Sztuce kochania”, bo musiała być na ekranie wiarygodna i jako Michalina młoda, i stara. Magda Boczarska zagrała doskonale. Są osoby, które znakomicie potrafią naśladować innych i to jest wyższy poziom aktorstwa. Dla mnie sztandarowym przykładem jest Jim Carrey, który w „Człowieku z księżyca” Miloša Formana w rewelacyjny sposób odtworzył styl bycia legendarnego komika Andy’ego Kaufmana, a w Polsce Tomasz Kot, który na ekranie był profesorem Zbigniewem Religą.

Zdarzyło się, że aktor nie poradził sobie z rolą i trzeba było szukać kogoś innego?

Miałam tylko jeden taki przypadek. Wtedy trzeba przekręcić materiał, czyli nagrać sceny z danym bohaterem jeszcze raz. Zastępstwa najczęściej trzeba szukać z innych powodów, np. gdy aktor poważnie zachoruje i nie może wrócić na plan. W jednym z dużych seriali miałam kilkanaście godzin, żeby obsadzić jedną z głównych ról kobiecych. Dlatego kiedy słyszę dzwonek telefonu o szóstej rano, dostaję zawału. Innym razem produkcja zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy wiem, gdzie podziewa się aktor, bo nie pojawił się na planie. Okazało się, że starszy pan, czekając na transport, zasnął w hotelowym lobby i nikt go nie zauważył. Bywa też tak, że bohater, który miał być mężczyzną, nagle zmienia płeć, staje się kobietą. Albo w filmie pojawiają się nowe wątki i trzeba dokładać kolejne postaci. Praca reżysera castingu to niekończąca się historia.

Gdzie szukasz nowych twarzy?

Jeżdżę po teatrach w całej Polsce. Zdarza się też, że zobaczę kogoś ciekawego na zdjęciu w mediach społecznościowych i odnajduję taką osobę, bo np. pasuje mi do filmu. W każdym miejscu, w którym akurat jestem, przyglądam się ludziom. Przed wojną w Warszawie istniała kawiarnia, gdzie funkcjonowała tzw. giełda aktorska. To właśnie tam przychodzili reżyserzy i producenci, gdy szukali obsady. Potem taką funkcję pełniła kawiarnia na Chełmskiej, gdzie mieściła się wytwórnia filmowa. Teraz wieje tam pustką. 

Bywa, że aktorzy chcą się wkupić w twoje łaski i proponują np. spotkanie przy kawie?

Mam taką zasadę, że z nikim się nie spotykam. Bo nie da rady spotkać się ze wszystkimi, więc jak wybrać? Za to każdy może do mnie przysłać swoją wizytówkę, CV, zdjęcia, self-tape’y. Dziennie dostaję kilka, nawet kilkanaście takich e-maili. 

Kto zajmował się doborem obsady, zanim pojawili się reżyserzy castingu?

Reżyser i drugi reżyser. Kiedy tempo robienia filmów przyspieszyło, pojawiła się potrzeba specjalizacji, chociaż twórcy starszej daty, tacy jak chociażby Filip Bajon, wciąż wolą wybierać aktorów sami. W Stanach Zjednoczonych nasz zawód powstał na początku lat 70., w Polsce w połowie lat 80. W szkołach filmowych nie ma takiego kierunku jak reżyseria castingu, ale dostaję coraz więcej e-maili od młodych ludzi, którzy chcieliby odbyć praktyki jako moi asystenci. 

Studiowałaś produkcję filmową i scenopisarstwo. Pochodzisz z rodziny związanej ze środowiskiem filmowym?

Moi rodzice są fizykami. Filmem zaczęłam interesować się dość wcześnie, jeszcze w podstawówce, bo miałam wypadek, długo leżałam unieruchomiona w gipsie i jedną z moich rozrywek było oglądanie telewizji. A mama i tata nie zdawali sobie sprawy, że rano powtarzane są filmy dla dorosłych, które były nadawane poprzedniego wieczoru. (śmiech) Dzięki temu obejrzałam wspaniałe radzieckie produkcje, a wśród nich „Poloneza Ogińskiego”, który do dziś mnie wzrusza. Potem chodziłam do kina na wszystkie możliwe filmy, w warszawskim Iluzjonie potrafiłam obejrzeć trzy tytuły jeden po drugim. 

Jakie były twoje pierwsze kroki w branży?

Studiowałam wieczorowo, a w ciągu dnia pracowałam w agencji reklamowej Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny. Kiedy odeszli do radia, ja zostałam, potem pracowałam także w agencji PR, miałam menedżerskie stanowiska. Ostatecznie zrezygnowałam i zajęłam się produkcją debiutu Xawerego Żuławskiego „Chaos”. Jego ukończenie zajęło nam sześć lat i skutecznie wyleczyło mnie z marzeń o produkcji. (śmiech) To był początek lat dwutysięcznych, kiedy w polskim kinie zachodziły zasadnicze zmiany – właśnie upadał Film Polski, PISF-u jeszcze nie było, więc chodziliśmy z tym projektem od drzwi do drzwi i zazwyczaj byliśmy odsyłani z kwitkiem.

Z Żuławskim zrobiłaś potem „Wojnę polsko-ruską”, gdzie zaskakującą rolę zagrał Borys Szyc, a ostatnio „Mowę ptaków”, która pokazała nieznane oblicze Sebastiana Fabijańskiego. To dla ciebie ważny reżyser?

Wiele się od niego nauczyłam. „Wojna…” była dla mnie zawodową trampoliną, nagle zaczęłam mieć więcej pracy jako reżyserka castingu i na dobre „osiadłam” w tym zawodzie. Każda produkcja, która jest sukcesem, przekłada się też na powodzenie jej twórców. W moim zawodzie jest takie powiedzenie: „Jesteś tyle wart, ile twój ostatni film”. 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 02/2021
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również