Tomasz Knapik: "Ja ten głos po prostu mam. Używam go jak ręki. I nie muszę sobie robić manicure’u"
Fot. East News

Tomasz Knapik: "Ja ten głos po prostu mam. Używam go jak ręki. I nie muszę sobie robić manicure’u"

Najbardziej lubi dreszczyk emocji podczas czytania na żywo, choć właśnie wtedy najłatwiej o pomyłkę... Przypominamy archiwalny tekst o legendarnym lektorze Tomaszu Knapiku.

Ściszcie ten telewizor!” – zdarza się słyszeć Tomaszowi Knapikowi przez ścianę, gdy wpada z wizytą do znajomych i się za głośno rozgada. Ten głos znają w Polsce wszyscy i rzeczywiście, trudno w letni wieczór przejść przez dowolne blokowisko, by z któregoś otwartego okna nie usłyszeć jego niepowtarzalnego tembru. Charakterystyczny głos jest jego wizytówką, może wręcz służyć za podpis lub swoisty dokument tożsamości. Pan Tomasz nie jest jednak typem faceta, który zawijałby gardło szalikiem, unikał lodów, bo za zimne, i herbaty, bo za gorąca. „Ja nie dbam o głos. Piję, palę od zawsze – wzrusza ramionami. – A ja ten głos po prostu mam. Używam go jak ręki. I nie muszę sobie robić manicure’u”.

Dzieciństwo i burzliwe szkolne czasy

Urodził się i wychował w stolicy, choć niektórzy podejrzewają, że to nie może być prawda. Wszystko dlatego, że podczas jednego z nagrań „Kuriera Warszawskiego” zdarzyło mu się powiedzieć, że „na skrzyżowaniu Nowego Światu i Marszałkowskiej miał miejsce wypadek tramwajowy” – telewidzowie natychmiast napisali do redakcji, że ulice te „w żadnym miejscu nie przecinają się, albowiem są równoległe”. Cóż, pan Tomasz przeczytał, co mu napisano. A przecież jest warszawiakiem z dziada pradziada.

„Urodziłem się pod koniec wojny, w ’43, więc jako niemowlę przeżyłem Powstanie. Moja rodzina była już od dwóch pokoleń w Warszawie, grób na Powązkach to pochówek nawet z początku XIX wieku” – opowiadał. Od przedszkola do matury chadzał do żoliborskich szkół, byle blisko domu. W dobrym towarzystwie – był w jednej klasie z Maćkiem Zembatym. Do nauki szczególnie się nie przykładał, bo – jak szczerze przyznaje – nigdy nie lubił się przepracowywać. W szkole wołali na niego „Piekielny Tomuś” albo „Sznaps Baryton”. To pierwsze, bo uwielbiał dopiekać panu od ZPT, który z uporem kazał uczniom posługiwać się wyłącznie słownictwem technicznym polskiego pochodzenia. Gdy więc Tomuś zwrócił mu kiedyś uwagę, że pozornie niewinna „śruba” pochodzi od niemieckiej „Schraube”, nauczyciel dosłownie się zapowietrzył.

Młody Knapik miał też na sumieniu niejedną drakę. „Miewałem obniżony stopień ze sprawowania za różne niesubor-dynacje, ale to były po prostu wygłupy. Kiedyś uruchomiłem traktor, który stał pod szkołą. To był wielki Ursus z gruszką żarową do podgrzewania. Chodził długo, więc był nagrzany, a mechanik poszedł na piwo. Z kolegą założyliśmy korbę, odpaliliśmy i daliśmy chodu”. Drugiego przezwiska tłumaczyć nie trzeba – głos pochodzący jakby z najgłębszych odmętów ziemi miał już jako kilkunastolatek. „Jakoś chyba w maturalnej klasie przychodziły do nas na lekcje polskiego panienki po pedagogice” – opowiadał w wywiadzie. Jedna z nich wyrwała go do odpowiedzi. „Wyrecytowałem co trzeba, a po lekcji podchodzi do mnie ta panienka i mówi, że jest sekretarzem Rozgłośni Harcerskiej. I pyta, czy ja bym nie chciał spróbować czegoś tam dla nich przeczytać, bo mam fajny głos. Przyszedłem, przeczytałem jakieś wiadomości harcerskie. Spodobałem się i tak już zostało”. Te doświadczenia nie skłoniły go, by zdawać na dziennikarstwo czy aktorstwo. Umysł miał techniczny i nie było zadania z matematyki czy fizyki, którego by nie rozwiązał. „Czy to była trygonometria, czy stożek wpisany w kulę i w to wpisane coś jeszcze – wszystko robiłem prawie w pamięci” – chwalił się po latach.

Poszedł na elektrotechnikę. „Kiedy kończyłem studia, był taki pełnomocnik ds. zatrudnienia, który był bardzo wredny. Wysyłał np. studentów z Warszawy w zielonogórskie, tak dla zasady. Czymś mu podpadłem i obiecał mi, że dostanę jakąś wiochę. Ale akurat powstawał nowy wydział i mój promotor zaproponował mi pracę”. Zasiedział się na tej Politechnice ładnych parę lat. Został asystentem, potem adiunktem, starszym wykładowcą... Nie obijał się.

„Wypromowałem masę magistrów. Parę razy zostałem nawet wykładowcą roku” – opowiada z zadowoleniem. Jego naukowe sukcesy budziły jednak zdumienie u starych znajomych. Przynajmniej niektórych. „Jak moja wychowawczyni i nauczycielka fizyki dowiedziała się, że zrobiłem doktorat z elektrotechniki, to podobno powiedziała: »Nie, nie, nie. To pomyłka! To niemożliwe! Tu musi chodzić o jego młodszego brata, on był zdolny!«. W ogóle nie chciała wierzyć”.

Radiowiec i honorowy dawca krwi

Może opinia pani profesor nie była jednak tak całkiem bezpodstawna? Bo dalej na uczelni już nie zaszedł. „No, habilitacji nie zrobiłem, bo to by mnie kosztowało za dużo czasu, zdrowia i pieniędzy. A uczelnię wybrałem dlatego, że miałem tam dużo wolnego czasu i mogłem chałturzyć. Dużo więcej zarabiałem z czytania niż z pensji politechnicznej” – mówił. „Ja jestem taki chłoporobotnik, nigdy nie pracowałem jako lektor czy spiker na etacie, tylko wiecznie z doskoku, na umowie-zlecenie czy o dzieło” – wyjaśniał też. Pieniądze z Rozgłośni Harcerskiej to jednak cały czas nie było to, dorabiał więc korepetycjami dla licealistów, a poza tym… został niezbyt honorowym dawcą krwi. Niezbyt, bo robił to raczej dla śniadania, trzech czekolad i paru groszy niż w imię słusznej sprawy. Krew oddawał nawet dwa razy w tygodniu. Jeszcze na studiach dostał się do Polskiego Radia. Zaczepił się tam na długie lata i jako lektor osiągnął szczyty – czytał redakcyjne antyimperialistyczne felietony. „Ale innych nie było – zastrzegał się. – Nie to, że byłem jakiś komuch. To był najwyższy stopień wtajemniczenia, sami najlepsi. I młody Knapik, który latał po wódkę. Chodziłem na »Modzelaka« – bo przy Modzelewskiego był sklep monopolowy – i przynosiłem połóweczkę. Taki rytuał” – śmiał się.

Kariera lektora

Nie mniej wesoło było po przejściu do telewizji. Właściwie w każdym wywiadzie opowiada o swoich pomyłkach i narzeka, że dzisiaj praca lektora pozbawiona jest już dreszczyku emocji, który wzbudza jedynie emisja na żywo. „Bo jak się czytało na żywca, to każda moja pomyłka szła w naród” – mówił. A więc: gdy czytał poświęcony szydełkowaniu i gotowaniu „Magazyn nie tylko dla pań” („Musiałem opisywać to, co jest na ekranie: tu spuszczamy dwa oczka, tu robimy półsłupek. A ja zupełnie nie wiedziałem, co to jest ten półsłupek!”), zakomunikował telewidzom, że „talerz po śledziu spółkujemy zimną wodą”. Gdy zapowiadał pewien konkurs, oznajmił, że wyniki nadesłać należy do 30 lutego.

A gdy miał przeczytać materiał przetłumaczony z węgierskiego, wszystko poprzekręcał. „Moja znajomość węgierskiego ogranicza się do tego, że wiem, że »s« się czyta jak »sz« i na odwrót. Kiedyś czytałem coś dla Macieja Zakrockiego. Mówi mi: wpadnij, ja mam taki felieton, to zrobisz. Wpadłem i pracowicie pozamieniałem wszystkie »s« na »sz« w nazwach własnych. Jadę do domu, dzwoni Zakrocki. »Ty baranie! Ja ci to fonetycznie napisałem!«”.

Głos pana Tomasza kojarzy się jednak głównie z filmami akcji. Czytał „Terminatora”, „Szczęki”, „Strażnika Teksasu”. No i westerny. Koledzy syna nadali mu nawet pseudonim „Ramirez”. „Kiedyś wychodzili z jego pokoju na paluszkach (bo przecież tatuś czyta obok jakiś film) i usłyszeli mój aksamitny baryton: »Ramirez, kurwa, to były moje konie!«” – śmiał się. Przeczytał w życiu kilka tysięcy filmów, ale dobrych ponoć tylko kilkanaście. Uczciwie przyznaje, że „Kocham cię” wychodzi mu kiepsko, woli „Stój, bo strzelam!”. Jednak nie zawsze ma taki wybór. „Lektor jest trochę jak aktor. Raz gra się matkę Teresę, a raz Hitlera” – powiada. Przyznaje, męczą go telenowele, ale prócz politycznych spotów właściwie żadna lista dialogowa mu niestraszna – włącznie z filmami pornograficznymi. Te ostatnie nawet całkiem lubi, bo mało tam gadania, więc podczas nagrania można rozwiązywać krzyżówkę.

Tylko dwa filmy w karierze sprawiły, że musiał spuścić wzrok – i bynajmniej nie należały do tych nieobyczajnych. „W pierwszym było usuwanie ropni okołozębowych, a w drugim jakaś resekcja jąder przy raku czy coś – wzdrygał się. – W tych filmach medycznych były też najtrudniejsze słowa, jakie kiedykolwiek czytałem. DDT, czyli dwuchlorodwufenylotrójchloroetan – to jest jeszcze łatwe. Ale bywały takie wyrazy, że musiałem je sobie dzielić na kreseczki, parę razy się przymierzać i dopiero mogłem przeczytać”.

Czytał Tomasz Knapik...

Czy po tysiącach nagrań zostały mu jeszcze jakieś niespełnione zawodowe marzenia? Raczej nie, ale chętnie próbuje nowych rzeczy. Wystąpił w kabarecie, nie odmówił rapowania z młodymi muzykami, czytał teksty twórców disco polo, jeździ na zloty miłośników kina klasy B, gdzie podkłada głos na żywo. W wolnych chwilach relaksuje się na strzelnicy, choć zastrzega, że na polowanie nie chciałby się wybrać, i jeździ po świecie. Choć to ostatnie tez może być męczące.

„Byliśmy na wycieczce autokarem i zostałem, niestety, dosyć szybko rozpoznany. W autobusie mieli 4 czy 5 kaset i wszystkie filmy były z napisami. Dwa telewizory 14 cali, jeden nad kierowcą, drugi nad toaletą. Więc widzi tylko kilka osób, a reszta może się tylko domyślać. Usiadłem na miejscu pilotki, mikrofon do ręki i czytałem te napisy. Wszyscy byli zachwyceni. Na szczęście po jakimś czasie kasety się skończyły i po czterech filmach zwolnili mnie z tego czytania”.

Jak wygląda jego codzienność? „Jestem na emeryturze, nie muszę już tak gonić. Jeżdżę samochodem, wnuki chowam, mam kilka zwierząt – dużo mi nie potrzeba” – mówi. A pytany, czy lektorzy zostaną u nas wyparci przez dubbing, odpowiada jasno: „Nie, nie zostaną”. I zaraz puszcza oko: „Zresztą czy mogę mówić coś innego? To tak, jakby kata pytać, czy jest za karą śmierci”.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Maciej Knapik (@maciej.knapik.1)

 

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również