Wywiad

Anna Lewandowska o wychodzeniu z cienia Lewego: "Nie przestałam go wspierać, ale poszłam po swoje"

Anna Lewandowska o wychodzeniu z cienia Lewego: Nie przestałam go wspierać, ale poszłam po swoje
Fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab

Żona sławnego piłkarza? Tak, ale nie tylko. Anna Lewandowska nie zapomniała, że jest mistrzynią z apetytem na dalsze sukcesy. Kobietą, która chce realizować marzenia, być doceniana, a czasem błyszczeć. Nabrała pewności siebie, śmielej wyraża własne zdanie. W domu, w pracy, w życiu.

Codzienność nie jest dla niej serią spontanicznych zdarzeń, lecz scenariuszem rozpisanym godzina po godzinie. Do Polski wpada na kilka dni, ma tu obowiązki zawodowe, zawsze jednak znajduje czas dla rodziny i przyjaciół. Na sesję okładkową przyjechała z młodszą córką Laurą. Dla pięciolatki liczy się każda chwila spędzona z mamą. Ale plan fotograficzny nie zmienił się w przedszkole, bo Anna Lewandowska przyzwyczajona jest do sportowej dyscypliny i potrafi ją wprowadzić wszędzie. Wywiad? Odbędzie się online, gdy wróci do Barcelony, w Warszawie nie ma już czasu. Łączymy się o 9.15. Ania wstała o 6.40, zjadła śniadanie z mężem i córkami. Przed naszym spotkaniem zdążyła jeszcze wziąć udział w obradach kapituły nagród biznesowych Wektory.

Anna Lewandowska: "Nie chcę czekać, aż przestanie grać, żeby spełniać marzenia"

"Twój Styl": Czujesz się pewnie, gdy spotykasz się z najlepszymi w Polsce przedsiębiorcami i radzicie, kogo nagrodzić?

Anna Lewandowska: Na początku myślałam: co ja tutaj robię? Nie miałam śmiałości zbyt wiele się odzywać. Ale przecież ktoś mnie do tej kapituły wybrał, docenił moją pracę.

Nie pomyślałaś, jak uczy reklama: „Jestem tego warta”? Mogłabyś, nie jesteś „paprotką”, typową żoną piłkarza, która ładnie z nim wygląda na zdjęciach z imprez. Przypominasz mi Victorię Beckham, chcesz się realizować, spełniać marzenia. Bardzo... feministyczna postawa.

Wczoraj byliśmy z Robertem na śniadaniu ze znajomymi – ona Polka, on Hiszpan. Rozmawialiśmy właśnie o feminizmie. U nas jest postrzegany inaczej niż w Hiszpanii, gdzie część kobiet się obraża, jeżeli facet np. otworzy im drzwi albo poda płaszcz. Ja to akceptuję, bo jestem przyzwyczajona do traktowania z szacunkiem i tego, że osobie słabszej fizycznie się pomaga. Analizowaliśmy, jak feminizm przejawia się na co dzień. W Polsce coraz częściej mówi się gościni, a nie gość. Mężczyźni tego nie rozumieją. Ale mam wrażenie, że my, kobiety, dzięki temu, że tyle się o tym mówi, zaczęłyśmy się jednoczyć. 

Przenieśliście się z Monachium do Barcelony, mówi się, że w Hiszpanii czas płynie wolniej, ale smakuje intensywniej. Odkryłaś ten smak?

Anna Lewandowska: Totalnie! To była zmiana o 180 stopni. Monachium to ordnung, chłód i zdystansowani ludzie. Barcelona – mañana, słońce i serdeczni, otwarci, spontaniczni mieszkańcy.

Co jest dla ciebie najtrudniejsze w przenoszeniu się z miejsca na miejsce?

Z przenosinami nabieramy wprawy: mieszkaliśmy w Polsce, w Niemczech, teraz w Hiszpanii. Za granicą jesteśmy od 17 lat, przyzwyczaiłam się. Ale przy dzieciach przeprowadzka to twardszy orzech do zgryzienia. Nasze kalendarze są ułożone pod mecze Roberta i szkołę Klary. Jestem trzecia w kolejce, będę czwarta, kiedy do szkoły pójdzie Laura. Na wakacje wyjeżdżamy, gdy mogą mąż i starsza córka. Jeśli mam wtedy obowiązki zawodowe, zostawiam ich na parę dni, robię, co muszę, i wracam odpoczywać. Zobaczymy, jak będzie kiedyś. Robert zadeklarował, że gdy skończy karierę, zajmie się w wakacje dziećmi, a ja będę realizowała swoje projekty. Powiedziałam ze śmiechem, że nie chcę czekać, aż przestanie grać, żeby spełniać marzenia. I tak wszystko układam, żebym już teraz mogła to robić.

Anna Lewandowska: "Ja też potrzebuję atencji najbliższych"

Na liście twoich wartości są przyjaźnie. Przeprowadzki nie przeszkodziły w utrzymywaniu kontaktu z bliskimi osobami w Polsce?

Mam od 20 lat pięć przyjaciółek, na które mogę liczyć: Ola, Sandra, Karina, Andzia i Natalia. Odległość nic nie zmieniła.

A pieniądze? One też mogą ludzi poróżnić i bywa, że psują relacje, zwłaszcza przy dużych dysproporcjach.

Pieniądze dzisiaj są, jutro może ich nie być. Dziewczyny poznałam, gdy zaczęłam studia na warszawskim AWF-ie. Jesteśmy blisko niezależnie od życiowych zawirowań, pomagamy sobie. Dzieci, faceci, miłość albo kłopoty w związku, zmiana pracy – to nic, trzymamy się razem. W naszej przyjaźni chodzi o wartości, podobne spojrzenie na świat. Uważam się za szczęściarę, że mam takie przyjaciółki, a przecież mogły się ode mnie odwrócić, bo to do mnie trudno się dodzwonić i pogadać. Wytrwale łapią mnie w biegu, oddzwaniam, gdy mogę, nieważne, czy z Barcelony, czy z Nowego Jorku. A gdy przyjeżdżam do Polski, organizuję zajęcia tak, żebyśmy miały czas dla siebie. To priorytet. „Lewa” przylatuje? Zwołujemy spotkanie przy winku, gadamy o wszystkim, serio. Przyjaciółki wiedzą o mnie najwięcej. Więcej niż mąż.

O Robercie też mówisz, że jest twoim przyjacielem.

To prawda, ale przyjaźń między kobietami to inna materia.

251127_TwojStyl_2501
fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab

Świadomie kierujesz życiem zawodowym czy ta dojrzałość przekłada się też na relację z mężem, wychodzisz z cienia „Lewego”?

Wczoraj powiedziałam Robertowi: zapraszam cię na randkę, na kolację, żebyśmy w końcu spokojnie pogadali. Spytał, czy na randce będziemy rozmawiać o mnie, bo o różnych sprawach gadamy codziennie. Odpowiedziałam mu, że tak. Od 20 lat wszystko kręci się wokół gry w piłkę. Ostatnio poczułam, że ja też potrzebuję atencji najbliższych. Po prostu.

Nauczyłaś się egzekwować swoje prawa.

I wiem już, czego chcę, co jest dla mnie ważne. Rozmawiałam ze znajomą psycholożką, uznałyśmy, że nie możemy żyć w ciągłym przeświadczeniu, że nasze problemy to pikuś w porównaniu z problemami facetów. A nasza praca jest bzdetem w zestawieniu z ich pracą. Niby dlaczego? Od kiedy mieszkam w Barcelonie, żyję bardziej swoim życiem. Dawniej robiłam wiele rzeczy z myślą o Robercie, kończyłam studia dietetyczne dla Roberta, czytałam książki, żeby się dowiedzieć, jak jeszcze mogę mu pomóc. Nie przestałam go wspierać, ale poszłam po swoje. Na przykład pierwszy mecz w sezonie Robert grał tego samego dnia, gdy była pierwsza rocznica mojego studia Edan. Spytał: „Przyjedziesz na stadion?”. Jasne, że tak. Byłam tam, ale tylko przez pierwszą połowę, później pojechałam do studia. Nie zrezygnowałam z tego, co dla mnie ważne.

251127_TwojStyl_2351
fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab

Anna Lewandowska: "Umiem się skupić na celu"

251127_TwojStyl_0599
fot. Mateusz Stankiewicz/Feed Me Lab

Robert dba, żebyś czuła się doceniona nie tylko jako mama i żona, ale też jako kobieta i bizneswoman?

Mąż nie jest wylewny. Rzadko powie, że ktoś coś dobrze zrobił. Ale jak już mówi, czujesz się, jakbyś dostała Oscara. W jaki sposób okazuje, że mnie docenia? Jest dumny z mojej pracy, chwali się znajomym moimi sukcesami. Oczywiście na co dzień mówi dużo czułych słów, ale dla mnie najbardziej liczy się, że jestem pierwszą osobą, do której dzwoni po meczu, której się zwierza, gdy ma rozterki.

Wróćmy do twojej ewolucyjnej zmiany, jak to ładnie nazwałaś. Z  jakiej swojej cechy czy osiągnięcia jesteś szczególnie dumna?

Umiem się skupić na celu i jasno go określić. Nie poddaję się, nawet gdy ktoś chce mi podciąć skrzydła. Pracuję w męskim świecie , co bywa trudne, ale przekonałam się, że i w nim da się odnieść sukces. Chciałabym inspirować inne kobiety, że można.

Cały wywiad w najnowszym numerze Twojego Stylu.

1-st_02_001 COVER Lewandowska PORTRET PODST

2-st_02_001 COVER Lewandowska PODST

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 02/2012