Dorota i Mirosław Ząbkowie: "Na początku ujął mnie tym, jak kochał i dbał o mamę"
Fot. Filip Zwierzchowski

Dorota i Mirosław Ząbkowie: "Na początku ujął mnie tym, jak kochał i dbał o mamę"

Ona dopiero kończyła studia, on był już uznanym doktorem neurochirurgii. Bali się tej relacji, jednak dla miłości podjęli ryzyko. Dorota i Mirosław Ząbkowie opowiadają o tym, jak to się wszystko zaczęło...

Dorota Ząbek o mężu Mirosławie Ząbku:

Poznaliśmy się w dość smutnych okolicznościach. Bliski mi wujek miał guza mózgu i trafił na oddział neurochirurgii. Chodziliśmy z rodziną na rozmowy do ordynatora. Znany już wtedy profesor Ząbek zrobił na mnie duże wrażenie: kompetentny, energiczny, ciepły. Nigdy nie zbywał rodzin pacjentów, wszystko tłumaczył. Potem nieoczekiwanie spotkaliśmy się na gali Paszportów "Polityki". Długo rozmawialiśmy na bankiecie. Imponował mi intelektem, wiedzą, doświadczeniem. Od tego czasu zaczęliśmy się spotykać. Byliśmy z dwóch różnych światów i na innych etapach życia: ja dopiero kończyłam socjologię, on dojrzały, ukształtowany. Ale byliśmy siebie tak ciekawi, zafascynowani, że postanowiliśmy pokonać te trudności.

Na początku ujął mnie tym, jak kochał i dbał o mamę. Kiedy przyszłam po raz pierwszy do jego rodzinnego domu, zjedliśmy obiad, rozmawialiśmy z rodzicami. W pewnym momencie Mirek położył głowę na kolanach mamy. Pomyślałam, że to piękne – dojrzały mężczyzna ma w sobie tyle miłości i nie wstydzi się uczuć. Jego mama cierpiała na stwardnienie rozsiane, zachorowała, gdy był jeszcze w szkole podstawowej. W tamtym czasie nie było skutecznych terapii, które mogłyby chorobę zatrzymać. To także wpłynęło na jego wybór kierunku studiów.

Mirek zawsze bardzo dużo pracował. Późno wracał do domu i często dalej pracował naukowo. Chciałam być z nim, więc brałam poduszkę, kołdrę i kładłam się w jego gabinecie. Życie toczyło się wokół jego pracy. Nawet gdy rodziłam Mateusza, mąż przyjechał na chwilkę do szpitala tuż przed konferencją prasową. Po jej zakończeniu pojawił się znowu i dopiero wtedy urodziłam. Gdy z małymi dziećmi wyjeżdżaliśmy na wakacje gdzieś w kraju, to właściwie z każdego wyjazdu wracał "na chwilę" do Warszawy, bo coś się wydarzyło w szpitalu. Nie było wtedy jeszcze telemedycyny, więc wsiadał do samochodu i jechał do pacjenta. Starałam się to rozumieć, bo wiedziałam, że po drugiej stronie jest czyjeś cierpienie. Ale było to trudne, bo chciałam, abyśmy choć w wakacje byli dla siebie. Poza tym uważałam, że jemu też należy się urlop. Ale trudno stawiać swoją miłość nad życie chorego. Gdy ma trudny przypadek, dużo o tym myśli, więc staramy się mu nie przeszkadzać.

Sukces w medycynie zawdzięcza wiedzy, zdolnościom manualnym, ale i intuicji. Bóg dał mu ten dar. Teraz skupia się na terapii genowej. Dwa lata temu jego zespół zastosował po raz pierwszy w Europie przełomową terapię genową u dzieci z wadą metabolizmu, która uniemożliwia rozwój i prowadzi do przedwczesnej śmierci. Dziś przyjeżdżają do nich mali pacjenci z całego świata. Mąż zajmuje się zdrowiem i życiem, ja medycyną trochę z innej strony. Nasza znajomość wpłynęła na moje zainteresowania i z tego powodu poszłam na podyplomowe studia z zarządzania zakładami opieki zdrowotnej. Po skończeniu wraz z grupą przyjaciół z uczelni miałam pomysł na założenie kliniki, jednak los potoczył się inaczej. Od sześciu lat prowadzę Radomskie Centrum Onkologii. Gdy mam problem, często radzę się męża.

W domu dużo rozmawiamy o pracy, dzieci też nasiąkły medycyną i wybrały takie studia. Syn jest na trzecim roku, myśli o neurochirurgii lub ortopedii, córka na drugim i jeszcze nie wie, co wybierze.

Mirek jest wymagający wobec dzieci poprzez dawanie przykładu, ale niczego nie wymusza. Patrzy na nich przez pryzmat swojego życia, ciężkiej pracy i tego od nich w duchu oczekuje. Ale jest także bardzo oddanym ojcem. Gdy byli mali, mimo natłoku zajęć nigdy nie opuścił przedstawienia w przedszkolu, szkole. Nauczył się dla nas śmigać na nartach, z Zuzią jeździł na koniach.

Lubię życie towarzyskie. On jest domatorem, woli posiedzieć z nami, a czasem tylko sam ze sobą. Musiałam się do tego przyzwyczaić. Dziś wiem, że każdy potrzebuje swojej przestrzeni. Domowe sprawy, płatności, organizacja wakacji są na mojej głowie. On szefuje klinice i tam zarządza, gdy przychodzi do domu, zostawia mi przyziemne sprawy. Czasem się na to złoszczę, więc mąż, żeby mnie odciążyć, często robi zakupy. Obydwoje jesteśmy impulsywni, czasami kłócimy się i obrażamy. Niemniej jednak nie lubię cichych dni, staram się szybko pogodzić, bo szkoda czasu.

Przez Mirka zazwyczaj jesteśmy na lotnisku pierwsi, bo uważa, że coś może się zdarzyć, np. taksówka nie dojedzie. Potem woli być pozytywnie zaskoczony. Dla mnie szklanka jest zawsze do połowy pełna. Poukładany, perfekcyjny, nie lubi spontanicznych niespodzianek w przeciwieństwie do mnie. Chcąc zrobić mi przyjemność na 20. rocznicę ślubu, kupił bilety lotnicze, kazał się spakować i zabrał do Wenecji. Byłam bardzo zaskoczona. Dziś z perspektywy czasu wiem, że choć na początku nie było nam łatwo, warto było zaryzykować. Przez te lata razem zmieniliśmy się, nauczyliśmy się sztuki kompromisu. Dotarliśmy się tak, że teraz może już być tylko lepiej.

Dorota Ząbek - z wykształcenia socjolog, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, Podyplomowych Studiów Zarządzania Zakładami Opieki Zdrowotnej oraz MBA w ochronie zdrowia. Posiada kilkunastoletnie doświadczenie w zarządzaniu niepublicznymi placówkami służby zdrowia. Od sześciu lat zarządza Radomskim Centrum Onkologii. Ma 46 lat. Mama studentów medycyny: Mateusza (22 l.) i Zuzanny (20 l.).

Mirosław Ząbek o żonie Dorocie Ząbek:

Dorota potrafi zatrzymać samochód, gdy widzi, że jakiś pies tkwi przy budzie na krótkim łańcuchu. Zwraca uwagę właścicielowi, że tak nie można trzymać zwierzaka. Nieraz powodowało to poważne perturbacje. Połączyła nas między innymi ogromna miłość do zwierząt. To ona, kiedy zaczęliśmy się spotykać, namówiła mnie na pierwszego psa. Mówiła: "Będzie dwa dni u ciebie, dwa u mnie". Kupiliśmy suczkę mastifkę angielską. Opieka nad nią jeszcze bardziej nas zbliżyła. Drugiego mastifa zamówiliśmy w Wielkiej Brytanii. Przylatywał z Londynu dzień przed naszym ślubem. Pojechaliśmy na lotnisko, a tam pełno fotoreporterów, bo przylatywał Emir Kusturica. Gdy zobaczyliśmy wózek z transporterem, Dorota krzyknęła: "jest!", i wszyscy rzucili się robić zdjęcia. Fotoreporterzy myśleli, że ktoś wytropił Kusturicę. A nasz pies został potem sławny, jeździliśmy z nim na wystawy, był zwycięzcą Europy. Ważył 120 kg. Nasze dwa ogromne psy spały z nami w łóżku. Gdy budowaliśmy dom w Chotomowie, stworzyliśmy dla nich część mieszkalną. Po przeprowadzce martwiłem się, że przyzwyczajone do spania z nami będą smutne. Przez pierwszych kilkanaście dni chodziłem na noc do nich. Nie było jeszcze łóżka, więc spałem na materacu na podłodze. Gdy się budziłem, mogłem popatrzeć na świat z psiej perspektywy. Rok temu wzięliśmy suczkę ze schroniska, choć mieliśmy już psa. Chciałem kolejnego rasowego, ale rodzina deklarowała, że nie będę musiał nic przy nim robić. I jak się skończyło? Tuż po piątej rano chodzę z suczką. Nie jest urokliwa, ale inteligentna i dała nam mnóstwo radości.

Nasze pierwsze spotkanie z Dorotą było przypadkowe. Operowałem jej wujka. Ale nasza relacja nie narodziła się w szpitalu. Po przypadkowym spotkaniu na Paszportach "Polityki" zaczęliśmy chodzić na spacery, do kawiarni. Długo byłem kawalerem, miałem wtedy 40 lat. Ogromne wrażenie robiła na mnie troska, którą Dorota roztaczała nade mną. Mieszkałem sam, a ona pilnowała, żeby nawet przed świętami ubrać małą choinkę.

To, że jest dużo młodsza, było dla mnie przeszkodą. Nie chciałem być postrzegany jak mężczyzna, który zaimponował młodej dziewczynie i tylko się bawi. Na początku nawet nie za bardzo mogłem zabierać ją na różne wizyty. Robiłem to w trosce i z szacunku do niej, jak i do zapraszających, bo nie byłem pewny, jak nasza relacja się potoczy. Jednak już po ponad roku wiedzieliśmy, że to jest to.

Żona jest urodzoną przywódczynią. Doskonale sprawdza się w zarządzaniu. Jest otwarta, a ja odwrotnie. Tu przyciągnęliśmy się na zasadzie przeciwieństw. Ja poruszam się w świecie faktów, a ona w tym, co dookoła, w niuansach. Gdy jest w domu, śniadanie jemy przed szóstą. Dorota od lat to samo: jedno jajko i pomidor. To powinno już jej zbrzydnąć, ale tak się nie dzieje. Jest świetną organizatorką i umie delegować zadania, ale kiedyś nasz dom nie mógłby funkcjonować, gdyby nie gigantyczna pomoc i oddanie jej rodziców. Dziś w domu gotuje Dorota, gdy ma chwilę. Potrafi to robić dobrze, ale nie wiem, czy to lubi. Mamy działkę na Mazurach z własną linią brzegową, ale brakuje nam czasu, aby tam często jeździć. Lubię prace ogrodowe, ona nie znajduje w tym radości. Za to kocha dekorować dom. W Boże Narodzenie zaczyna już od początku grudnia, suszy cytrusy, wkłada w nie goździki. Święta spędzamy w dużym gronie, są moje siostry, jej brat, ich dzieci. Łączy nas ogromna troska o rodzinę.

Dzieci staraliśmy się wychowywać w wolności, otwartości, służąc im jedynie przykładem. Zbudowaliśmy z nimi szczerą i bliską relację. Dorota jest oddaną matką. Zdarzało się, że przylatywała skądś samolotem i wiozła syna na obóz piłki ręcznej 400 km od Warszawy.

Mateusz brał udział w turniejach, ale wykluczyła go poważna kontuzja kolana i operacja. Zuzia natomiast od dziecka uwielbiała konie. W podstawówce jeździłem z nią do stadniny nad Jeziorko Czerniakowskie. Przed maturą córka skupiła się na nauce i przestała jeździć. Ale mamy konia, a Zuzia dostała się na swój wymarzony WUM.

Przyznaję, że praca wciąga mnie tak mocno, że nie potrafię oddzielać od niej życia. Nigdy się nie kończy, gdy zamykam gabinet. Niosę ją albo w teczce, albo w głowie. Dorota uwielbia dalekie podróże, a ja zwykle spędzałem wakacje w pracy. Mówię z uśmiechem: swoje życie zawodowe uczyniłem tak piękne, że nie potrzebuję uciekać na urlop. Neurochirurgia zmieniła moją psychikę, duszę, osobowość i nie umiem odpoczywać, więc w domu zdarzały się napięcia. Żartuję, że żona trochę utrudniała moje życie, bo każdy mój sukces, awans były dla niej ciężarem. Wiedziała, że kolejna funkcja sprawi, że będę bardziej zajęty. Denerwowała się, ale też mocno mnie wspierała. Dziś mimo upływającego czasu nie zwalniam, ale również chcę cieszyć się życiem. I dzięki rodzinie coraz lepiej mi to wychodzi.

Mirosław Ząbek - profesor neurochirurgii, nauczyciel akademicki . Absolwent Warszawskiej Akademii Medycznej . Przez 10 lat pełnił funkcję konsultanta) krajowego ds. neurochirurgii. Kierownik Kliniki Neurochirurgii z Interwencyjnym Centrum Neuroterapii Mazowieckiego Szpitala Bródnowskiego, dyrektor warszawskiego Gamma Knife Warszawa. Autor, redaktor bądź współautor 30 książek. Ma 65 lat. Ojciec Zuzanny i Mateusza.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również