Portret

Królowa niespełnienia. Elżbietę Czyżewską i jej fascynujące, burzliwe życie wspomina przyjaciółka

Królowa niespełnienia. Elżbietę Czyżewską i jej fascynujące, burzliwe życie wspomina przyjaciółka
Fot. Akpa

"Była najbardziej fascynującą osobą, jaką spotkałam" – w 12. rocznicę śmierci aktorki Elżbiety Czyżewskiej wspomina ją jej przyjaciółka Maria Konwicka.  

PANI: Kiedy wyjeżdżała pani do Stanów, znała pani Elżbietę Czyżewską?

MARIA KONWICKA: Z ekranu, ale nie osobiście. Znał ją mój ojciec, zagrała u niego w filmie „Zaduszki” w 1961 roku. Nie zakładałam, że się poznamy. Wydawało mi się, że będzie niedostępna. Kiedy w 1978 roku przyjechałam do Nowego Jorku, było tam sporo Polaków, potem w czasach Solidarności i stanu wojennego przyjechało jeszcze więcej. Pojawiały się też tabuny polskich artystów, wszyscy z zamiarem zrobienia kariery. I każdy był zajęty sobą. Myślałam, że Ela też będzie taka. Tymczasem prowadziła dom otwarty, zawsze można było do niej wpaść, posiedzieć na kanapie, dostać drinka albo coś do jedzenia. Gotowała na przykład szybki bigos, czyli kiszoną kapustę z ciecierzycą. Cały gar, żeby każdy, kto przyjdzie, mógł się najeść. Słynęła z drogich podarunków, każdy coś od niej dostał - piękną suknię, mebel, jakiś gadżet. Kiedy się spotkałyśmy, właśnie po 11 latach małżeństwa rozwiodła się z Davidem Halberstamem i żyła głównie z alimentów, które były mąż z nową żoną złośliwie opóźniali.

To z jego powodu wyjechała z Polski w 1967 roku u szczytu kariery.

David Halberstam był znanym, nagrodzonym Pulitzerem dziennikarzem, który znalazł się w Warszawie jako korespondent „New York Timesa”. Joanna Rostropowicz-Clark, której mąż był bliskim znajomym Davida, mówi, że Halberstam miał plan, żeby znaleźć sobie żonę trofeum. Może wyobrażał sobie, że będą taką parą jak Arthur Miller i Marilyn Monroe? Tylko Millerowi też się z Monroe nie udało. David zobaczył Elę po raz pierwszy właśnie w sztuce Millera „Po upadku” w Teatrze Dramatycznym. Grała postać Maggie wzorowaną na Marilyn. Ela i Halberstam byli sobą zafascynowani i dość szybko wzięli ślub, mimo że nie mówiła po angielsku – z Davidem porozumiewali się po francusku. Zawsze była spontaniczna. Wyobrażała sobie, że w Polsce będzie grać i jeździć do męża do Ameryki.

Wtedy Halberstam napisał do „New York Timesa” artykuł o antysemityzmie polskiego rządu z Gomułką na czele.

I postanowili go wyrzucić z Polski. A Ela stanęła przed zupełnie niemożliwym wyborem: albo pojedzie za nim, zatrzaśnie sobie drzwi do Polski i straci dotychczasową karierę albo zostanie, podpisze jakąś lojalkę i przeprosi naród polski za to, że wyszła za syjonistę. Wybrała to pierwsze. Mnie się nigdy nie skarżyła, ale podobno miała do męża pretensje o ten artykuł, że zrobił to, nie myśląc o tym, jakie będzie miał konsekwencje dla niej.

W Ameryce okazało się, że jej polska kariera nie ma znaczenia i będzie musiała zacząć od początku. Mąż nie mógł jej pomóc?

Halberstam był wprawdzie bardzo ustosunkowany, ale chyba nie bardzo wiedział, jak jej pomóc. Raczej chciał mieć żonę, która zajmie się domem, będzie organizowała przyjęcia dla przyjaciół. I te organizowała doskonale. Miała doskonały gust, umiała znaleźć piękne meble, chodziła na kursy gotowania. A przede wszystkim jako pani domu była niezwykle zabawna, dowcipna. On był zajęty własną karierą, dużo podróżował. Wiele ich różniło. Nie miał poczucia humoru, a Ela miała nadzwyczajne. Pomagało jej przetrwać najtrudniejsze momenty. Miała dystans do swojego życia, jakby grała w czyjejś sztuce, ironicznie komentując scenariusz.

Dramaturg John Guare opowiadał mi, jak obok budynku, w którym znajdowało się jej ostatnie małe mieszkanko przy Times Square, przewrócił się żuraw budowlany. Wszyscy lokatorzy musieli się wynieść na jakiś czas i dostali pieniądze na wynajem tymczasowych lokali. A Ela za te pieniądze kupiła potwornie drogie buty. John mówi: „Ela, co ty teraz zrobisz?”. A ona na to: „E tam, dzień jak co dzień”. Miała w sobie lekkość, wszystkie nieszczęścia zamieniała w anegdotę.

W Nowym Jorku najpierw zamieszkała z mężem pod prestiżowym adresem na Upper East Side.

Mieli piękny apartament i znanych sąsiadów. Ale po rozstaniu z Halberstamem przeprowadzała się do coraz mniejszych mieszkań. Odwrotnie niż ci, którzy w Ameryce dorabiają się i robią kariery – oni pną się w kierunku Upper East Side. Najpierw wynajęła mieszkanie na 60 ulicy, a kiedy czynsze poszły bardzo w górę, musiała przeprowadzić się w dół miasta, na 7 ulicę do biednej dzielnicy emigrantów z Europy Wschodniej. Spacerowała tam z Halinką, ukochanym kundelkiem przywiezionym z Polski, w szpilkach, kapeluszu i rękawiczkach. Zawsze z papierosem i własną małą srebrną popielniczką. Przez ostatnie lata mieszkała na 43. przy Times Square i to malutkie mieszkanie kochała – była wreszcie blisko broadwayowskich teatrów. Na 60 ulicy chyba tylko papieża nie widziałam, poza tym bywali u niej wszyscy. Do ostatniego miejsca już raczej nie zapraszała ze względu na jego rozmiar. Miała „biuro” w niedalekim Bryant Park, gdzie siedziała, jak mówiła, „za pupą Gertrudy Stein” (jej pomnikiem) i tam się spotykała ze znajomymi.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Bohdan Łazuka Oficjalnie (@bohdan_lazuka_oficjalnie)

Ku niezadowoleniu Halberstama ich mieszkanie stało się mekką Polaków stawiających pierwsze kroki w Ameryce i odwiedzających Nowy Jork.

Dla niej to była namiastka środowiska, które zostawiła w Warszawie, okazja do prowadzenia rozmów po polsku i w jakimś stopniu bycia tą Ela Czyżewską, którą była w Polsce, wielką gwiazdą. W Ameryce nie miała takiego środowiska, takiego SPATiF-u, gdzie wszyscy – pisarze, filmowcy, muzycy, aktorzy – trzymali się razem. Eli tego strasznie brakowało. Ta namiastka Polski była dla niej ważna, bo nie mogła wrócić. A Halberstam tego nie znosił i już po ich rozwodzie twierdził, że śnią mu się koszmary o tym, że znowu znalazł się w Polsce.

Wizyty gości z Polski często kończyły się pijaństwem.

Wysiadując u niej na kanapie, oglądałam tylko pierwszy akt tych towarzyskich spotkań, potem wracałam do siebie. Dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że jej nocne życie kończyło się przeważnie jakąś degrengoladą – to była mroczna strona tych występów, jej podróże do piekła. Po każdej takiej awanturniczej nocy Ela, szykując szatańsko mocną kawę, mówiła do mnie: „No, piesku, od dzisiaj zaczynamy nowe życie”. Że niby ja też. Ona była urodzoną artystką.

Trochę mnie smuci i denerwuje, że ludzie skupiają się na tym, że nie żyła tak, jak „powinna”. Nie założyła rodziny, nie miała dzieci, ostatecznie nie zrobiła wielkiej kariery. Dla mnie to była wielka osobowość.

Mimo to zapytam, co sprawiło, że nie zrobiła kariery w Ameryce?

Przede wszystkim akcent, który okazał się nie do pokonania. Dzisiaj w czasach Netfliksa i globalnej kultury to ma mniejsze znaczenie, ale wtedy było decydujące. Na dodatek, by go poprawić, słuchała płyt z Laurence’em Olivierem czytającym Szekspira. Próba naśladowania brytyjskiej wymowy pogłębiła problem. Alkohol też przeszkodził. Ale chciałabym przywołać sytuację, która zdarzyła się podczas promocji wspomnieniowej książki o Eli.

Pewien znany dziennikarz, już nieżyjący, wstał i powiedział: „Sumienie nie pozwala mi nie powiedzieć tego głośno: to myśmy ją rozpili. Ona dawała nam gościnę, płaciła nasze rachunki, a myśmy ją namawiali do picia, mimo że się broniła”.

Poza tym pamiętam lata 60., byłam wtedy panienką, przyjaźniłam się z Zuzią Łapicką, a ona uwielbiała się kręcić wśród dorosłych i wyciągała mnie na przyjęcia. Widziałam to: wszyscy pili. Mój ojciec wtedy też nie wylewał za kołnierz. Jeździłam z rodzicami do Chałup w czasie wakacji. Andrzej Łapicki wychodził na balkonik i krzyczał do mojego ojca: „Tadziu, seta time!”. A potem następna i następna. W Ameryce Polskę nazywano wtedy „vodkaland”.

Miała swój słynny notes z telefonami do każdego… Sama z niego nie skorzystała.

Ela mogła się upić, spaść ze schodów, zachowywać się nieobliczalnie, ale miała w sobie delikatność i niepewność. Może piła, żeby dodać sobie odwagi. Nie była w stanie się przepychać, walczyć o siebie. Za to doskonale potrafiła załatwiać sprawy dla innych. Kiedy była jeszcze z Halberstamem, zaprosiła na przyjęcie Janusza Głowackiego. Postawiła go przed zaproszonymi gośćmi i powiedziała: „To jest genialny polski pisarz”. W ten sposób Janusz poznał Arthura Millera, który mu pomógł. Przygarnęła młodego operatora z Polski, kupiła mu kamerę, wprowadziła w amerykańskie środowisko filmowe i on też zrobił karierę. A sobie pomóc nie potrafiła. Mawiała: „Czekam na własny tramwaj”.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Visiorocky (@visiorocky)

Tym szczęśliwym tramwajem mogło być przedstawienie „Biesy” w Yale Repertory Theatre wyreżyserowane przez Andrzeja Wajdę w 1974 roku.

To był jej najważniejszy reżyser. U niego zagrała tę fantastyczną rolę we „Wszystko na sprzedaż”. W „Biesach” też była świetna. Jack Kroll, wtedy jeden z najważniejszych krytyków teatralnych, zachwycał się, że stworzyła niezapomnianą kreację. Mogło się wydawać, że to będzie ten moment. Ale tak się nie stało, może dlatego, że nie miała agenta, który w Ameryce jest niezbędny. A może przez to, co Amerykanie nazywają „fear of success” – strachem przed sukcesem.

W „Biesach” grała ze studentką aktorstwa w Yale – Meryl Streep.

Zaraz po śmierci Eli napisałam wspomnienie o niej do „Gazety Wyborczej”. Pisałam z bólem serca, bo jej śmierć bardzo mnie dotknęła. I napisałam tam, że była najbardziej fascynującą osobą, jaką spotkałam w życiu. Po publikacji niektórzy się ze mnie podśmiewali. Tymczasem podczas kręcenia „Aktorki” znalazłam filmik ze spotkania z Meryl Streep na Uniwersytecie Massachusetts. Na pytanie, kto był dla niej największą inspiracją do roli w „Wyborze Zofii”, Meryl bez zastanowienia mówi: Elżbieta Czyżewska.

One grały razem ten jeden raz w „Biesach”, 40 lat wcześniej. Streep obserwowała Elę, to, jak mówiła, jak się ruszała i ubierała. Potem to wykorzystała w „Wyborze Zofii”, filmie Alana Pakuli według powieści Williama Styrona.

To, że nie zagrała w „Wyborze Zofii”, było kolejnym rozczarowaniem.

Styron kolegował się z Elą, wysłuchiwał jej opowieści i wykorzystał je w książce. Liczyła na tę rolę i argumenty, że była za stara, są bezsensowne – wyglądała wtedy bardzo młodo. Jestem przekonana, że byłaby w tej roli bardzo dobra, jeśli nie lepsza niż Streep. Ale to, że Meryl po 40 latach mówi o Eli, doskonale wymawiając jej nazwisko, robi wrażenie. W tym wywiadzie Streep mówi też: „To była najbardziej fascynująca kobieta, jaką poznałam”.

Zawodów było więcej. W pierwszym przedstawieniu „Polowanie na karaluchy” Janusza Głowackiego świetnie zagrała w teatrze w Woodstock, a kiedy sztuka trafiła do Manhattan Theater Club, jej rolę dostała Dianne Wiest.

Ela pomagała mu w pisaniu sztuki. Przesiadywał u niej i konsultował z nią to, co pisze. W końcu to opowieść o aktorce i pisarzu. Wiem, że tak było, bo wtedy Ela załatwiła mi maciupkie mieszkanie naprzeciwko siebie przy 60 ulicy i w środku nocy Janusz dzwonił do mnie domofonem: „Czy mogę się u ciebie przespać, bo Ela mnie poszczuła Halinką?”. Jak zwykle pokłócili się o coś, a ona uwielbiała takie teatralne, dramatyczne gesty. Kiedy planowano pokazanie spektaklu w Nowym Jorku i okazało się, że może to zagrać znana, nominowana do Oscara aktorka, uznano to za korzystniejsze dla sztuki. Ela miała żal do Janusza, ale przecież on nie miał jeszcze wtedy takiej pozycji, żeby się postawić i o nią walczyć.

 

Życie Elżbiety Czyżewskiej wielokrotnie stawało się inspiracją.

Zaprzyjaźniona z Elą Agnieszka Osiecka podobno oparła swoją głośną „Białą bluzkę” na listach od niej, jej zwierzeniach i powiedzonkach. Elę to bardzo dotknęło, obraziła się na Agnieszkę i przestała z nią rozmawiać. John Guare napisał sześć sztuk pod jej wpływem. Agnieszka Holland, mieszkając u Eli, słuchała jej barwnych historii i napisała scenariusz filmu „Anna” dla Jurka Bogajewicza. Ale w nim także Ela nie zagrała. Podobno za bardzo wtrącała się do scenariusza. Ostatecznie rolę inspirowaną jej postacią zagrała aktorka Sally Kirkland, która mówiła w wywiadach, że kiedy ten scenariusz trafił w jej ręce, natychmiast zrozumiała, że to może być jej życiowa rola. Bardzo o nią walczyła. I tak nieznana aktorka, która musiała się nauczyć mówić z wschodnioeuropejskim akcentem, dostaje za tę rolę Złoty Glob i nominację do Oscara. Jestem przekonana, że to dzięki osobowości i energii Eli, która była zaklęta w tej postaci. Bo Kirkland ani przedtem, ani potem nic znaczącego nie zrobiła.

Były momenty, kiedy była bliska przełomu w karierze. Ale wtedy ujawniała się jej autodestrukcja. Jak podczas spotkania z Louisem Malle’em, który miał wyreżyserować specjalnie dla niej napisaną przez Guare’a sztukę „Lydie Breeze”.

Autodestrukcja, ale, mój Boże, jak prześledzimy biografie artystów, okaże się, że prawie wszyscy pili albo brali narkotyki. Kreacja i destrukcja to dwie strony tego samego medalu. Reżyserka Myra Paci, która zobaczyła Elę w sztuce „Crowbar” (dostała za tę rolę prestiżową Obie Award), zaprosiła ją do udziału w swoim arthousowym filmie „XXXtasy: Two Days in the Life of a Saint”. Czyżewska zagrała główną rolę. Podczas przesłuchania do postaci męskiej przyszedł nieznany wtedy aktor – ryży, według reżyserki nie nadawał się na amanta. Kiedy go odrzuciła, powiedział: „Pożałujesz, zrobię wielką karierę!”. To był Philip Seymour Hoffman. I rzeczywiście zrobił karierę, ale kilka lat temu zmarł z powodu przedawkowania narkotyków. 

Louis Malle po nieudanym spotkaniu stwierdził: „Albo ona, albo ja”.

John Guare nazwał to samospełniającą się przepowiednią. Tyle razy się rozczarowała, tyle razy została odrzucona, że mimo iż wszystko wyglądało wspaniale, nie wytrzymała napięcia i strasznie się upiła. Widziałam pokój w domu Guare’a, w którym odbywało się to spotkanie. Stoi tam wielki stół, dwa okna, taka lekko niepokojąca symetria jak u Kubricka, a pośrodku naturalnej wielkości portret pana domu. Guare jest apodyktyczny, ostry, Malle zdenerwowany, zajęty sobą i swoim teatralnym debiutem. Dwóch znanych twórców i ona, dla której to mógł być upragniony przełom. Widzę, jak Ela musiała się denerwować, dla odwagi sięgnęła po kieliszek... Ale muszę przyznać, że jej nieracjonalne zachowanie postępowało.

Ciągłe niepowodzenia sprawiły, że stawała się coraz trudniejsza, coraz bardziej niepewna. Czuła presję. Znajomi Polacy, którzy mieszkali u niej, widzieli, że nie zrobiła kariery. Z każdym rokiem ta presja rosła. Rozpaczliwie chciała zrobić coś spektakularnego, żeby móc się pokazać w Polsce.

Mimo wszystko postanowiła wrócić.

To miał być powrót do wolnej Polski z tarczą. W 1995 roku przyjechała ze sztuką Johna Guare’a „Szósty stopień oddalenia”, która w Ameryce była wielkim sukcesem. Spektakl zaplanowano w Dramatycznym. Ale w ostatnim momencie zmienił się reżyser. Nie załatwiono jej pokoju w hotelu – mieszkała w Pałacu Kultury w loży Stalina. Widziałam to miejsce za przepierzeniem, wielkie okno, okropnie tam wieje. Przygotowania nie przebiegały w najlepszej atmosferze. Ela była ambitna, oczytana, błyskotliwa, miała swoje wyobrażenie tego przedstawienia. Na premierę zaproszono wielu jej znajomych. Wyszła na scenę i… zderzyła się z chłodem, ciszą, brakiem reakcji. A przecież znana aktorka wraca do polskiego teatru po tylu latach nieobecności! Wtedy zrozumiała, że jej miejsce jest w Ameryce.

Reagowano na nią niechęcią jeszcze przed wyjazdem do Ameryki.

Kiedy zaczęłam robić research do filmu dokumentalnego o Eli „Aktorka”, udałam sie do IPN-u. Podałam hasło „Czyżewska-Halberstam, lata 60.”. Chciałam zobaczyć nagłówki prasowe krytykujące ją za wyjazd do Ameryki. Tymczasem dostałam setki donosów. Długo nie mogłam się otrząsnąć. To byli jej znajomi. „Przyszli do mnie wieczorem z winem…”, „U nas w Dramatycznym inaczej się o niej nie mówi, jak ta k***, co wyszła za Żyda z Ameryki…”. Ona na szczęście nigdy się o tych donosach nie dowiedziała. Gdyby wiedziała, może przestałaby tak tęsknić.

Była też bohaterką najróżniejszych opowieści.

Najczęściej wymyślonych i niesprawiedliwych. Jedną z nich zdążyłam sprawdzić z ojcem. Po Warszawie krążyła plotka, że ojciec chciał, żeby Ela zagrała w jego filmie, i umówił się z nią w SPATiF-ie. Przyszła wcześniej, przysiadła się do innych znajomych, kompletnie się upiła i jak ojciec się zjawił, to go zignorowała. To była okrutna plotka, bo w środowisku podważała jej profesjonalizm. Kiedy zapytałam o to ojca, zamyślił się i powiedział: „Znałem ją 50 lat i nigdy jej nie widziałem pijanej”. Ela czuła, że ojciec ją ceni i szanuje, i przy nim nie piła. Kiedyś, gdy był w Nowym Jorku, zaprosiła do siebie Josifa Brodskiego - chciała go poznać, a Brodski chciał poznać ojca. Jak panowie zaczęli gadać przy wódce o polityce, to się kompletnie upili, a Ela pozostała trzeźwa.

Sama nigdy o sobie nic nie napisała, dlaczego?

Tego najbardziej żałuję. Znała angielski doskonale, była erudytką, tworzyła przezabawne anegdoty. To, co opowiadała o sobie, przelane na papier byłoby genialne. Miała takie propozycje. Ale bała się. Pewnie z tego samego powodu, dla którego nie chciała, żeby John Guare napisał sztukę o niej. Bo on chciał napisać wprost o niej, o jej życiu, a ona miała zagrać siebie. Nawet teatr był już załatwiony. Najpierw się ucieszyła, przyniosła wycinki z gazet, artykuły, zdjęcia. Wtedy on mówi: „Ela, ale to są materiały na temat twojej kariery w Polsce. A ja chcę pisać o twoim życiu w Ameryce”. Zamarła, popakowała wszystko do żółtych kopert i wyszła. Czekała, aż zrobi karierę w Stanach, żeby zacząć o sobie opowiadać. Ale paradoksalnie, gdyby o sobie napisała lub pozwoliła napisać komuś innemu, może jej kariera by wystrzeliła.

Jej siły woli dowodzi nie tylko fakt, że z dnia na dzień przestała pić, ale także to, że dosłownie do samego końca chodziła na przesłuchania.

Przestała pić i nie piła przez 20 lat. I to w okresie, który jest trudny dla kobiety, a szczególnie dla aktorki, bo starzejące się aktorki mają jeszcze mniejsze szanse na rolę. Ona pragnęła grać, dlatego brała każdą, nawet niewielką rólkę. Pracowała na off-off-Broadwayu i zdobyła tam renomę.

Kilka dni przed śmiercią zasłabła na schodach, idąc na próbę czytaną do kolejnego spektaklu. Mawiała, że może grać krzesło, słonia, cokolwiek, ale musi grać. Twierdziła, że żadne zawirowania polityczne i życiowe nie przeszkodzą jej w wykonywaniu zawodu. Nie w karierze, ale w byciu aktorką.

Elżbieta Czyżewska - aktorka filmowa i teatralna. Absolwentka PWST w Warszawie. Przez pierwsze osiem lat kariery zagrała w 26 filmach, m.in. „Rysopisie”, „Rękopisie znalezionym w Saragossie”, „Giuseppe w Warszawie”, „Niekochanej”, „Wszystkim na sprzedaż”. W 1968 r. wyjechała z mężem do USA i zamieszkali w Nowym Jorku. Rozwiedli się w 1975 r. W Ameryce grała w teatrze na off-off-Broadwayu. Za rolę w spektaklu „Crowbar” dostała prestiżową nagrodę OBIE. Będąc na emigracji, grała niewielkie role w polskich filmach. Pojawiała się też w epizodach w amerykańskich serialach: „Damages”, „Seks w wielkim mieście”, „Prawo i porządek”. Zmarła w swoim ukochanym Nowym Jorku.

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 05/2022
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również