Ewa Kasprzyk i Michał Kozerski o swojej miłości: "Bywam o nią zazdrosny"
Ewa Kasprzyk i Michał Kozerski opowiadają o swoim związku.
Fot. Filip Zwierzchowski/DAS Agency

Ewa Kasprzyk i Michał Kozerski o swojej miłości: "Bywam o nią zazdrosny"

Ewa Kasprzyk i Michał Kozerski poznali się dawno temu, ale parą są zaledwie od trzech lat. Teraz kursują między Polską i Afryką,  a ich uczucie jest  gorące jak lawa.

Zagłosuj na tę parę w plebiscycie Srebrne Jabłka PANI 2021. Głosowanie trwa do 16 grudnia 2021.

Ewa Kasprzyk o Michale Kozerskim:

Nasz związek zaczął się trzy lata temu, ale poznaliśmy się trzy dekady wcześniej. To był bankiet po premierze spektaklu w Teatrze Wybrzeże, oddział w Sopocie. Niestety, nie pamiętamy tytułu sztuki, w której grałam, choć Michał ostatnio próbował nawet to ustalić w archiwach teatru. Chciał mi zrobić niespodziankę... Wtedy, przed laty, zamieniliśmy tylko kilka słów i rozeszliśmy się w swoje strony.

Niedawno spotkaliśmy się w jednej z trójmiejskich restauracji. Kiedy on wszedł i na mnie spojrzał, nagle trafił w nas piorun sycylijski. Ten poziom emocji wciąż trwa. Pasją Michała jest życie. I ja dzięki niemu żyję jeszcze bardziej kolorowo.

Poza tym również pokochałam Afrykę, gdzie Michał prowadzi interesy i ma dom. Często kursujemy między Polską a RPA i Mozambikiem. Poznaliśmy się w październiku 2018 roku, a już w grudniu polecieliśmy razem do RPA. Uwielbiamy tam być, szczególnie kiedy w Polsce dzieje się zbyt dużo: praca, trudna sytuacja społeczna i polityczna, ostre tempo. To genialny sposób na to, aby na parę tygodni wyłączyć się z tego szaleństwa – nie ma internetu, a telefon często przestaje działać. Celebrujemy te wspólne ucieczki do Afryki. O godzinie 18 robi się już ciemno, więc rytm dnia mamy zupełnie inny niż w Polsce. Wstajemy o świcie, zwalniamy tempo. Codziennie jesteśmy bardzo blisko natury. Jeździmy do parku Krugera na safari, zwiedzamy okoliczne kaniony i wodospady. Pokochałam też pewne miasteczko poszukiwaczy złota.

Oczywiście, jak tylko wyjadę na drugi koniec świata, wszyscy nagle do mnie dzwonią, szukają mnie i proponują mi role. Ostatnia propozycja, do filmu "Mayday", przyszła, gdy byłam w Afryce i akurat znalazłam zasięg. Nie chciałam zmieniać planów wakacyjnych, więc prosto z buszu leciałam do Polski na plan filmowy aż... cztery razy. I to w ciągu miesiąca! Byłam
w ojczyźnie przez dwa dni, kręciłam sceny, po czym wracałam do RPA. Michał uważał, że się umęczę i to bez sensu, ale aktorstwo to przecież moja praca, którą kocham. Powiedziałam: "Udowodnię, że zależy mi na tobie i na Afryce". Pierwszy raz wyruszyłam do Polski, mając trzy połączenia lotnicze. Prosto z lotniska w Warszawie pojechałam przygotować się na plan. Po zdjęciach pędziłam z powrotem do Michała. Tylko że wtedy pojawiły się komplikacje z biletami. Gdy dotarłam do Monachium, okazało się, że nie ma mnie w systemie. Zdesperowana powiedziałam do pracownicy linii lotniczych: "Proszę pani, jestem polską aktorką, przyjechałam na jeden dzień do filmu. Wracam do mojego szczęścia, więc muszę wsiąść do tego samolotu". Moje spojrzenie otarło się o dramaturgię Lady Makbet, jak sądzę, bo pozwoliła! Poleciałam. A potem nie chcieli mnie wypuścić w Mozambiku – to tam się umówiłam z Michałem na spotkanie. Opowiadałam, że jak mnie nie wypuszczą z lotniska, to czeka mnie rozstanie z ukochanym. W końcu się udało. Po kilkunastu godzinach lotu marzyłam o kąpieli i wygodnym łóżku, ale Michał oznajmił, że ma niespodziankę i zabiera mnie na wyprawę łodzią. Na morzu rozszalał się sztorm... (śmiech) Tak wygląda nasz związek. Choć my potrafimy i nakręcić się do działania czy szaleństwa, i wyciszyć. 

Oboje lubimy, żeby było dynamicznie. I dostarczamy sobie ciągle nowych wrażeń. A sielankowo przecież nie może być, więc kłótnie są na porządku dziennym. Wiele rzeczy mnie w Michale wkurza i jego we mnie też. Oboje irytujemy się na chaos, który wywołujemy. Gdy się sprzeczamy, lecą iskry, ale umiemy szybko negocjować. U nas nie ma cichych godzin, a cóż dopiero dni.

Szkoda czasu! Michał wspiera mnie zawodowo. Szykuję się do zagrania monodramu "Na papugę", który napisał dla mnie Marcin Szczygielski. Sama wyprodukuję ten monodram. Michał zobowiązał się do wożenia scenografii.

Jak przeszłam na emeryturę i odeszłam z etatu w teatrze, to zaczęłam dostawać jeszcze więcej propozycji. Nigdy tyle nie grałam, co teraz. I nigdy wcześniej nie słyszałam od partnera tylu wymówek: "Ewa! Czemu aż tyle pracujesz?!"”. Czekam na premiery dwóch filmów. O jednym, który powstał dla Netfliksa, nie mogę powiedzieć słowa, bo podpisałam klauzulę. Jest jeszcze czwarta część komedii "Kogel-mogel", gdzie zagrała nawet moja ukochana suczka Shakira, która wszędzie nam towarzyszy.

Ostatnio rozmawialiśmy z Michałem: a gdybyśmy zostali w Afryce na stałe? Tam jest nasza baza, tam czujemy się fantastycznie. On codziennie tęskni za swoim miejscem na ziemi, ale ja nie chcę na razie kończyć pracy aktorskiej. Staramy się pielęgnować Afrykę w sercach. I celebrować zwyczaje. Pijemy ulubioną herbatę Michała, południowooafrykańską rooibos. Nosimy biżuterię etniczną. Nauczyłam się wiązać turbany, które są bardzo kobiece, wygodne i inspirują moje koleżanki. Gdy mam gorszy dzień, zamykam oczy, widzę afrykańską przestrzeń i czuję specyficzny zapach, wspominam uśmiechy ludzi, którzy mają pogodne twarze. Tego nam w Polsce brakuje.

Ewa Kasprzyk - aktorka, od 1983 r. związana z Teatrem Wybrzeże. Zadebiutowała rolą Kwiryny w filmie Barbary Sass "Dziewczęta z Nowolipek". Stworzyła szereg wyrazistych kreacji, m.in. w komediach Romana Załuskiego "Kogel-mogel" i "Komedia małżeńska". Popularność przyniósł jej serial "Złotopolscy". Wiele lat grała brawurowo monodram "Patty Diphusa" wg Pedra Almodóvara. Teraz czeka na premierę "Chłopów" w reż. Doroty Kobielak. Ma dorosłą córkę. Skończyła 64 lata.

Michał Kozerski o Ewie Kasprzyk:

Wczoraj położyliśmy się do łóżka przed północą i nagle dostaliśmy napadu śmiechu. Nie byliśmy już w stanie czytać książek. Przy śniadaniu popłakaliśmy się ze śmiechu. Uzgadnialiśmy, gdzie zorganizować spotkanie biznesowe, więc zaproponowałem kawiarnię w hotelu Bristol. A Ewa na to poważnie: "Ale Shakira już była w Bristolu, wybierzmy inne miejsce". Shakira to suczka Ewy, wszędzie jeździmy razem. I wtedy, rozumiejąc żart sytuacyjny, zaczęliśmy się znów śmiać. "To jest najpiękniejsze: płakać razem ze śmiechu", powiedziała Ewa. I ja się z nią zgadzam. 

Jest niezwykłą kobietą i wybitną aktorką. Po raz pierwszy zobaczyłem ją na scenie ponad 30 lat temu w Teatrze Wybrzeże. Na bankiecie po premierze podszedłem, ukłoniłem się, pocałowałem jej dłoń. Nie zwróciła na mnie większej uwagi.

Przez te wszystkie lata miałem burzliwe życie, podróżowałem, starałem się o niej zapomnieć. Aż do chwili, kiedy natknęliśmy się znowu na siebie. Oczywiście mamy świadomość, że mało jest takich par jak my. Ludzi, którzy byli tak rozpędzeni w swoim życiu, że wpadając na siebie, nie zderzyli się, tylko dalej idą ramię w ramię. Dotrzymując sobie kroku, napędzając do działania. Dlatego powtarzamy: nie boimy się przyszłości. Żyjemy tu i teraz.

Lubimy rozmawiać o tym, co będzie, chętnie planujemy różne działania, atrakcje i podróże. Nierzadko plany, głównie przez zawód Ewy, ulegają zmianom. Bywam o nią zazdrosny. Wydaje mi się, że na każdym kroku czai się fan, który chce ją zaprosić na kolację. 

Ewa twierdzi, że mam za dużą wyobraźnię. A dla mnie związek z aktorką, która na dodatek tak intensywnie pracuje, jest czymś odkrywczym. Nie miałem kompletnie wyobrażenia, jak to wygląda. Było to dla mnie nowe i niewygodne doświadczenie, szczególnie kiedy nasze plany zmieniają się z dnia na dzień. Też kocham spontaniczność, ale w fachu Ewy to się wymyka spod kontroli. (uśmiech) Przez pandemię nie musiałem zbyt często jeździć do siedziby mojej firmy, do Gdańska. Mogliśmy za to podróżować do Afryki, gdzie przez wiele lat miałem interesy (które z kolei pandemia przytłumiła). W Warszawie poznaję dużo aktorów; kiedyś myślałem, że ciężko się z nimi kolegować, ale jest odwrotnie. Sporo rozmawiamy i żartujemy.

Sceny bliskości Ewy z innymi aktorami są dla mnie niełatwe, choć z czasem nauczyłem się dystansu. Uwielbiam Ewę w roli Marty w spektaklu "Kto się boi Virginii Woolf?" w Teatrze Polonia. Gdy pierwszy raz zobaczyłem jej namiętne sceny z Antkiem Pawlickim, zdenerwowałem się. Potem poznałem Antka i jego żonę, spędziliśmy trochę czasu i wiem, że to tylko praca. Wracając do tego spektaklu: to majstersztyk. Ewa pozostaje dla mnie zawsze najlepszą aktorką.

Jasne, zdarzają się nam napięcia i konflikty. Denerwują mnie jej humory i zmienność nastrojów. Ale staram się zrozumieć, z czego wynikają. Doszukuję się winy w sobie i próbuję coś zmienić. Ewa powiedziała, że negocjujemy po kłótni? Nie! To ja jej ustępuję. Ale też chyba częściej bywam prowodyrem sprzeczek, więc to się wyrównuje. Oboje jesteśmy przebiegli, bo najczęściej do "trudnych rozmów" dochodzi wtedy, gdy nie jesteśmy obok siebie. Dlatego uważam, że kłócimy się zwykle z tęsknoty.

Najmilej jest nam w mojej ukochanej Afryce, do której miłość zawdzięczam rodzicom. Kiedy miałem 15 lat, pojechaliśmy na rok do Nigerii; ojciec zaczął pracę jako wykładowca na Uniwersytecie Ahmadu Bello. To był rok 1980, w Polsce szare czasy komunistyczne, a tam kolorowa, egzotyczna Afryka. Do tej pory mam taki jej obraz. I cieszę się, że znalazłem kobietę, która dzieli ze mną radość z powrotów w tamte rejony.

Raz, latem, jechaliśmy z Ewą rowerami przez las, tuż obok miejscowości Radość pod Warszawą, gdzie kończymy budowę segmentu. I nagle rzęsiście się rozpadało. Gorący wieczór, spiekota i kojąca ulewa. Zacząłem krzyczeć z – nomen omen – radości, że czuję się jak w Afryce. Ewa doskonale to zrozumiała.

Brakuje nam tutaj czasem życzliwości między ludźmi. Ostatnio przeprowadzamy z Ewą małe doświadczenie społeczne. Mówimy "dzień dobry" z serdecznym uśmiechem wszystkim napotkanym ludziom. I obserwujemy ich reakcje. Wiele osób zamiera z dziwną miną, wpatruje się w nas ze zdumieniem. A w Afryce to naturalne: zacząć rozmowę od powitania i pytania
o samopoczucie nawet z nieznajomym.

Gdziekolwiek jesteśmy, kochamy celebrować życie. Obchodzimy z Ewą nawet nasze miesięcznice. Każdego 19. dnia miesiąca na pamiątkę 19 października 2018 roku (gdy poznaliśmy się na nowo) Ewa dostaje ode mnie kwiaty. Zawsze inne. Idziemy na kolację, do kina lub teatru. Pomysłów nam nie brakuje; wiemy, co chcemy i możemy zrobić. To także dlatego nie boimy się przyszłości. Byle tylko zdrowie nam dopisywało.

Michał Kozerski - absolwent AWF; od wielu lat broker morski, związany z Agencją Morską Mar-Yard w Gdańsku. Był m.in. reprezentantem juniorów w rugby jako zawodnik Lechii Gdańsk oraz RC Eskilstuna w Szwecji; prowadził dwie pizzerie; obecnie ma biznes w Afryce, kursuje między Polską i Afryką. Ma dom na plaży w Bilene (w Mozambiku). Ojciec dwóch córek. Partner Ewy od trzech lat. Ma 56 lat.

JABŁKO_zdjęcie

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również