Jej sukces? Suma precedensów. Nie spełniając limitu wieku, dostała się do Ekstraligi. Jako pierwsza napastniczka zdobyła nagrodę im. Gerda Müllera dla najlepszej strzelczyni. Ewa Pajor to numer jeden w kobiecej piłce nożnej. Osiągnięcie ma cenę rozstań i trudnych decyzji, lecz Ewa jest mistrzynią pozytywną: lubi smak wygranej, ale i trudną pracę u podstaw.
Zacznijmy od… siatkówki. W internecie furorę robią dziewczyny z tureckiej kadry. Mają świetny zwyczaj – gdy wysiadają z autokaru, każda podaje dłoń kolejnej, by koleżanka mogła wyjść bezpiecznie. Jest w tym wdzięk, ale też siła i solidarność. Futbolowe drużyny żeńskie zmierzają ku podobnej popularności, także dzięki Ewie. Niedawno instagramowa sonda wykazała, że w Barcelonie jest tak samo doceniana jak Robert Lewandowski. Błyszczy na boisku – szybka, celnie strzela i niesie ją frajda. Ale największe uznanie budzi tym, że łamie stereotypy. Pierwszy? Nie każdy sport jest dla kobiet.
Twój STYL: Aktorka Natalie Portman założyła klub piłkarski Angel City, gdzie grają eksgwiazdy amerykańskiej ligi, ale też celebrytki, które propagują hasło: boisko to najlepsze miejsce do walki o równouprawnienie. Pani się z tym zgadza?
Ewa Pajor: Moim zdaniem każdy sport to bardzo dobra przestrzeń do tego, aby pokazywać, że kobiety i mężczyźni mają takie same prawa, ale też wkładają taki sam wysiłek, dążąc do podobnych celów. W piłkę nożną gramy na boisku o takich samych wymiarach, w identycznym czasie. Myślę więc, że to może być w pewien sposób symboliczne.
Wyobrażam sobie początek pani drogi: lata dwutysięczne, mała wioska, piłkę kopią chłopcy. W relacjach z meczów powtarzają się nazwiska: Zidane i Ronaldinho, a w reklamach gra David Beckham. Nie ma mowy, żeby perfumy reklamowała piłkarka. Inna epoka?
Tak, zaczynałam grać na podwórku, nie chodziłam jeszcze do szkoły. W Pęgowie, wioseczce niedaleko Uniejowa, rodzice mają gospodarstwo. Jako dziecko pomagałam w polu i przy zwierzętach wspólnie z rodzeństwem. Mam trzy siostry i brata, jestem najmłodsza. Latem spieszyliśmy się z obowiązkami, żeby uciec do swoich spraw, całe dnie spędzaliśmy na dworze. Po pracy pływaliśmy, graliśmy w kosza, siatkówkę, zimą w hokeja na zamarzniętym stawie. Ale przede wszystkim w piłkę nożną. Bramkę zrobiliśmy u kolegi na ścianie stodoły, stoi do tej pory – rama z drewna wkopana w ziemię. Ten kolega, Patryk, jako jedyny miał piłkę, więc dyktował warunki. Grałam z siostrami, zwykle z rok starszą Pauliną. Brat jest z powołania rolnikiem, ale dołączał, gdy miał czas. Przyjeżdżał kuzyn, który trenował piłkę nożną, więc kręciłam się przy nim. Śmieje się, że byłam mniejsza od piłki, a chciałam z nim kopać. Potem poszłam do podstawówki w pobliskim Wieleninie. Dojeżdżałam autobusem, który zbierał dzieci po wioskach. Tam grałam z chłopakami, bo nie było drużyny dziewczęcej. Chłopcy nie protestowali, to zasługa Piotra Kozłowskiego, wuefisty i pierwszego trenera, który się mną opiekował. Człowiek o wielkim sercu, uważny i troskliwy. Gdyby nie on, pewnie nie grałabym w piłkę. Rodzice byli zajęci, mieli nas i pracę 24 godziny na dobę. Pan Piotr woził mnie na treningi, turnieje, wszystkim się zajął.
Wyczuł, że ma pani talent?
Myślę, że tak. Opowiada, jak raz na przerwie grałam ze starszymi chłopakami i dostałam mocno piłką w twarz. Podszedł do mnie: „Ewa, chyba więcej nie będziesz grała, co?”. A ja się otrząsnęłam i oświadczyłam: „Nie schodzę!”. Podobno w tamtym momencie uwierzył, że naprawdę chcę to robić, bez względu na cenę. Nie zwracałam uwagi na ból.
I uznał, że skoro ma taką zawodniczkę, trzeba stworzyć w szkolę drużynę żeńską. To było działanie awangardowe.
Dziewczyny, które lubiły piłkę, obserwowały mnie i przekonały się, że też mogłyby grać. Stworzyłyśmy drużynę Orlęta Wielenin. Z czasem rywalizowałyśmy z innymi dziewczynkami, bo zespołów przybywało. Jako dziesięciolatka wyjeżdżałam już na turnieje i obozy. Po podstawówce chciałam przenieść się do Konina, do szkoły mistrzostwa sportowego. Rodzice doszli do wniosku, że łatwiej będzie wypuścić nas z domu we dwie, z Pauliną. Siostra grała dobrze, nie była tylko osobą towarzyszącą. Do Konina odwoziła nas mama, płakałyśmy całą drogę, już w bursie zapytała: „Chcecie tu być czy nie? Bo wygląda, że jednak nie”. A my przez łzy chlipnęłyśmy: „Chcemy zostać”. Rozłąka z rodziną, życiem, które wiodłyśmy na wsi, była trudna. Czułyśmy jednak, że ten krok jest potrzebny, żeby się rozwijać. W Koninie spędziłyśmy sześć lat. Tam poznałam drugą po panu Kozłowskim kluczową osobę na mojej drodze – Ninę Patalon.
15 lat i 133 dni – dokładnie wyliczono pani wiek w kluczowym momencie kariery: zagrała pani jako najmłodsza zawodniczka w Ekstralidze. Ale debiutantka musi mieć minimum 16 lat. Kolejny precedens.
Nie wiedziałam, że do niego dojdzie. Pewnego dnia Nina weszła na lekcję wychowawczą i oznajmiła: „Ewa, będziesz grała w pierwszej drużynie!”. – „To na pewno jest legalne?” – zapytałam z niedowierzaniem. Zapewniła, że tak, że z pomocą silnej grupy wsparcia zdobyła zgodę PZPN. Do końca życia będę pamiętać moment, w którym pierwszy raz wychodzę na boisko w seniorskich rozgrywkach Ekstraligi.
Jaka atmosfera panowała wtedy wokół kobiecej piłki w Polsce?
Nie było mowy o równouprawnieniu. Wyzywano nas od chłopaczar, babochłopów. Oczywiście trafiali się też ludzie, którzy już wtedy wspierali kobiecy futbol, ale wielu chciało nas zniechęcić, bo „piłka nożna jest dla mężczyzn”. Nie zwracałam na to uwagi. Determinacja się opłaciła. Po latach spędzonych w Medyku Konin dostałam propozycję gry w niemieckim klubie VfL Wolfsburg. Tamte dziewczyny grały w 1. Bundeslidze, były rozpoznawalne i popularne.
Przekonuje mnie to, co mówi pani o samorozwoju. To wewnętrzna potrzeba czy ma pani dobrego coacha?
Przede wszystkim: dużo siły i motywacji dostałam od rodziców. Wspierali mnie, choć mój pomysł na życie był ryzykowny. To dodaje skrzydeł i zachęca do pracy nad sobą. Potem miałam szczęście, bo spotykałam ludzi, którzy życzyli mi dobrze. Będąc w Niemczech, zaczęłam współpracę z psycholożką Darią Abramowicz, która otworzyła mi szersze horyzonty, poprowadziła w rozwoju sportowym, ale przede wszystkim osobistym. Żebym była bardziej świadoma, co i dlaczego robię i co jest dla mnie dobre.
Pani Daria podkreśla, że sukces bywa trudniejszy niż droga do niego. Na górze wiatr wieje w oczy najmocniej i łatwo spaść. Pani to czuje?
Gram w najlepszym klubie na świecie. Ale nie czuję, że jestem na szczycie. Dla mnie najważniejsza jest codzienna praca, dzięki której będę lepszą piłkarką i osobą. Nie tracę frajdy z gry, a łatwo ją zgubić, kiedy pracuje się tak ciężko – to dla mnie istotne.
W Warszawie od 10 lat działa Alternatywny Klub Sportowy ZŁY – unikat na światową skalę, bo demokratycznie zarządzają nim kibice. Jest tam sekcja kobieca Złe Dziewczyny. I one, i chłopaki promują ideę: na boisku wszyscy znaczymy tyle samo.
Podpisuję się pod tym! Też chcę komunikować: nieważne, czy jesteś dziewczyną, czy chłopcem, jaką religię wyznajesz, kogo kochasz, ile masz lat, jaki kolor skóry. Możesz uprawiać każdy sport. Trzeba o to walczyć, uświadamiać także rodziców małych sportowców: bądźcie otwarci, bo każdy chce czuć się dobrze w swojej drużynie.
Żeby pani czuła się dobrze w tym roku, czego pani życzyć? Pierwszej Złotej Piłki dla kobiety?
Nie. Proszę życzyć zdrowia. Resztą wypracuję sama.
Cały wywiad w najnowszym numerze Twojego Stylu.
