Iza Kuna: "Jesteśmy zwyczajną parą, która nie pudruje ekranu na różowo"
Iza Kuna i jej mąż Marek Modzelewski.
Fot. Akpa

Iza Kuna: "Jesteśmy zwyczajną parą, która nie pudruje ekranu na różowo"

"Jestem fajna, mam fajne dzieci i fajnego Marka", mówi Iza Kuna. Opowiada o niełatwym budowaniu poczucia własnej wartości i oswajaniu przemijania. Zdradza też, dlaczego nie chce już grać drugoplanowych ról.

Jestem właśnie po pokazie filmu "Teściowie" - co to była za uczta!

Dostaję dużo takich informacji i bardzo mnie to cieszy. Nie ma nic lepszego, niż usłyszeć, że coś, co się zrobiło, tak bardzo się podoba.

W filmie spotkała się wielka czwórka: Kuna, Ostaszewska, Dorociński i Woronowicz. Myślę, że ten film był nie tylko super wyzwaniem aktorskim, ale i towarzyskim doświadczeniem?

Mam ostatnio szczęście do takich spotkań.  Z Marcinem i Adasiem już się spotykałam zawodowo, z Mają po raz pierwszy. To była cudowna współpraca i niezapomniana przygoda. Od jakiegoś czasu bardzo fajnie mieszają mi się sprawy zawodowe z towarzyskimi. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Nie wiem jak trudny projekt zniosę tylko w dobrym towarzystwie. W „Teściach” było cudownie. 

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez NEXT FILM (@nextfilm_pl)

Scenarzystą filmu jest twój życiowy partner, Marek Modzelewski. 

Jest dramaturgiem, który z powodzeniem wystawia swoje rzeczy nie tylko w Polsce, ale i poza nią. Spotkaliśmy się przy pracy nad "Koronacją" i już wtedy spodobała mi się jego wrażliwość i sposób, w jaki opowiada. Marek pochodzi z podobnej rodziny jak ja, mamy na koncie podobne historie, podobni bohaterowie siadali przy imieninowym stole w naszych domach. Marek opowiada o rodzinie, co mnie interesuje najbardziej, ma bardzo dobre ucho do dialogów. Podoba mi się to wszystko, nie tylko dlatego, że jest moim partnerem, ale dlatego, że ja podobnie widzę świat. Sytuacja poważna pojawia się w żartobliwych kontekstach, a kiedy jest śmiech, zaraz będą łzy. Tak jak w życiu.

W "Teściach" obok moich znakomitych kolegów pojawił się reżyser-debiutant, niezwykle utalentowany Kuba Michalczuk. Nieskromnie powiem, że mam szczęście do debiutantów, bo to, jak Kuba pracował, jakie miał pomysły, jaką ma wrażliwość i nieprawdopodobną wyobraźnię - to jest coś niesamowitego. Zdjęcia Michała Englerta są jak zwykle magiczne. Tak jak kostiumy Kasi Lewińskiej. To było, mogę śmiało powiedzieć, jedno z najpiękniejszych jak dotąd moich doświadczeń zawodowych i towarzyskich. Nie zawsze pracuje się tak komfortowo. Film bardzo mi się podoba. A ja nie jestem skłonna do pochwał. Tu chyba po raz pierwszy jestem zadowolona z siebie bardzo. I z Marka.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Iza Kuna (@iza_kuna)

Podczas pracy nad filmem naszła cię refleksja, jaką teściową kiedyś będziesz?

Uważam, że będę genialną teściową! Mój Marek się z tym oczywiście nie zgadza, twierdząc, że bywam zołzą. Nieprawda. Uważam, że z wiekiem się uspokoiłam. Już nie popadam w takie furie jak kiedyś. Jestem dużo spokojniejsza i myślę, że to mi się przydaje w życiu.

Moja córka jest już dorosła. Bardzo kibicuję temu, kim jest i co robi. Jak każda matka chcę, żeby miała w życiu jak najlepiej. Mój syn ma dopiero 12 lat, ale czasem myślę o tych jego przyszłych dziewczynach. Niech próbuje, może któraś mi się spodoba. (śmiech) Sama trochę żałuję, że w swoim młodym życiu za mało próbowałam. (śmiech) Mam nadzieję, że moje dzieci będą odważniejsze.

 

Inaczej wychowuje się młodego mężczyznę i młodą kobietę?

Wychowywanie chłopca i dziewczynki zdecydowanie się od siebie różni, więc mam ogląd sytuacji. Mimo, że rozpieszczam Stacha, jestem wyluzowana, pozwalam mu na wiele, to i tak widzę, że to ojciec jest dla niego wielkim autorytetem i punktem odniesienia. To on jest dla syna najważniejszy. Nie mam o to pretensji czy złudzeń, że może być inaczej. Ja jestem od tego, żeby go rozpieszczać, a Marek od tego, żeby ustalać reguły, które ja następnie łamię przez moją niekonsekwencję i totalną, bezwarunkową miłość.

Relacja matka-córka do łatwych nie należy. Więc należy przez to przejść z czułością i łagodnością. Dziewczynki są poddawane zbyt dużym rygorom, nakazom, powinnościom. Wmawia się im, że coś wypada a coś nie, że kobiecie czegoś nie wolno i coś musi. Tłucze się im do głowy, że rolą kobiety jest budowanie domowego ogniska i nieskarżenie się, gdy jest nam źle. Nie wiem dlaczego mężczyźni mogą się skarżyć, a my nie. Dlaczego ich pomyłki są urocze, a nasze nas ośmieszają?

Wydaje mi się, że moja córka jest wolną kobietą. Że tak ją wychowałam. Nigdy nie ingerowałam w jej decyzje. Często się z nimi nie zgadzałam, ale je szanowałam. Dzieci trzeba kochać i szanować, pozwolić im żyć. Tak samo traktuję moich studentów. Wspieram i nigdy nie mówię, że robią coś źle. Stwarzam warunki do pracy, gdzie mogą bezkarnie próbować i bawić się. Tak jak swoim dzieciom chcę dać im wiarę i siłę, bo życie bywa okrutne. Budowanie własnej wartości to podstawa.  Oczywiście nie jestem wolna od pomyłek. Nie ma czegoś takiego jak idealna matka czy idealny ojciec. Jestem szczera. Też czasem się czuję gorzej. Jak nie wiem, mówię, że nie wiem. Nie kryję emocji przed dziećmi. Bo dzieci czują więcej, niż nam się wydaje. Mój syn mówi do mnie: "Mamo, pachniesz dziś inaczej", albo w kinie patrzy na mnie i pyta, czy już płaczę. Nie ukrywam przed nim, gdy jestem w gorszym nastroju. To uczy go wyrażania własnych emocji. Wydaje mi się, że jestem super matką. Myślę też, że dziś jestem lepszą matką niż byłam kiedyś. Byłam bardzo młoda, kiedy urodziłam moją córkę, dużo się rzeczy za szybko działo. Byłam bardzo zestresowana i przy okazji nadopiekuńcza. Nad Stachem nie wiszę tak jak nad Nadią. Z moją córką byłyśmy same, więc też nie miałam wyjścia. Chociaż ja z natury jestem bardzo opiekuńcza. Troszczę się o moich bliskich, lubię poczucie, że jestem potrzebna i że coś mogę dla kogoś zrobić.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Iza Kuna (@iza_kuna)

Kiedyś mi mówiłaś że byłaś bardzo rozpieszczana przez tatę. Podobno to wpływa mocno na budowanie własnej wartości u dziewczynek. Tak było u Ciebie?

Miłość buduje poczucie wartości, ale sama miłość nie wystarczy. W dzieciństwie poruszałam się między dwoma światami - bardzo rygorystycznej mamy i bardzo rozpieszczającego mnie ojca. Oboje kochali mnie tak, jak umieli. Cenię sobie to, co od nich dostałam. Ale nie uchroniło mnie to przed rzeczami, o których chciałabym  zapomnieć. Miłość ojca nie uchroniła mnie przed cierpieniem i utratą wiary w siebie. Im jestem starsza, tym mam większy luz na ten temat... Nie mam więc pretensji do rodziców, że mnie nie uzbroili w pancerz. Myślę o swoim dzieciństwie z czułością , a o późniejszych trudnych doświadczeniach chcę zapomnieć. Traktuję się lżej, nie mam do siebie pretensji, że mogłam coś zrobić inaczej, lepiej. Jestem szczęśliwa w tym miejscu, w którym jestem. Ale oczywiście wolałabym być młodsza.

 

Jaką kobietą byłaś w wieku 20, 30, 40 lat a jaką jesteś dziś?

Na pewno starszą (śmiech). Mam więcej zmarszczek, ale takie samo poczucie humoru. Dziś jestem bardziej wyluzowana. Wolałabym być młodsza, to na pewno. Ale wtedy nie radziłam sobie z różnymi rzeczami, nie miałam wsparcia i nie prosiłam o pomoc. Borykałam się z rzeczami, o których chciałabym zapomnieć, ale które są częścią mnie. Jak patrzę na siebie z perspektywy lat, to widzę, że polubiłam się dopiero osiemnaście lat temu. Wtedy poznałam Marka, który pomógł mi w odzyskaniu wiary w siebie. Dał mi poczucie, że w związku można być kochanym i dobrym dla siebie. Pierwszy raz stanęłam wtedy na nogi w poczuciu, że to nie jest tak, że to, co mi gotuje los to coś, co muszę przyjąć na klatę i cieszyć się, że nie jest gorzej. Poczułam, że mogę wysoko trzymać głowę.

Chciałabym mieć 40 lat, a nie 50. Najważniejsze jednak jest to, że siebie lubię. Bardzo! Czasem jest mi siebie żal, czasem bym chciała siebie przytulić, ale lubię siebie w każdym wydaniu. Kiedy byłam młodsza, miałam do siebie dużo pretensji, żalu, że mi się coś nie udawało. Kiedy mało grałam, myślałam, że jestem nie wystarczająco dobra. Kiedy moje pierwsze małżeństwo skończyło się, miałam do siebie pretensje, że tak długo wytrzymałam. Potem miałam wyrzuty sumienia, że wychowuję dziecko sama.

Taki mam charakter. Dziś uważam, że w każdej sytuacji zrobiłam dobrze. Lubię siebie i patrzę na siebie z czułością. Jestem fajna. Mam fajne dzieci i fajnego Marka.

W swojej drugiej powieści "Klara jedzie na pogrzeb", oswajasz temat przemijania i śmierci. To coś, o czym często myślisz?

To temat, o którym myślę od zawsze. Od dziecka miałam poczucie, że za chwilę umrze mi ojciec. Bardzo się tego bałam. Potem zaczęłam się bać swojej śmierci i tego, że czas mija. Odchodzenie i wizja śmierci towarzyszyła mi zawsze, więc proszę sobie wyobrazić, co czuję teraz, gdy mam większą część życia za sobą. To boli. I tu nie ma się z czym godzić. Jeśli ktoś się godzi, to super, zazdroszczę, mi to przychodzi ciężko. Staram się oczywiście to sobie tłumaczyć na wszelkie sposoby. "Klara jedzie na pogrzeb" to historia o miłości i odchodzeniu, o wielkiej chęci życia i godzeniu się. Chcę zatrzymać czas. Tak jak Klara, która każdym wspomnieniem z jednej strony oswaja swoje życie, z drugiej chce go przeżyć jeszcze raz. Nie chce umierać. W oparach papierosów i alkoholu, w towarzystwie swoich przyjaciół i kochanków żegna się z przeszłością i młodością. I jedzie na pogrzeb. (śmiech) Jak się ma 20, 30, 40 lat, to się nie myśli, że życie się kończy. Ja niestety wiedziałam to już dawno. Ostatnie 10 lat minęło mi najszybciej z całego mojego życia, dlatego żal mi tego, że to już się nie powtórzy. (śmiech) Kiepska sytuacja.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Iza Kuna (@iza_kuna)

Czytałam ostatnio powieść "Soroczka", której bohaterowie planują własny pogrzeb. Też tak masz?

Śmierć, pogrzeby towarzyszą mi od zawsze, bo jako dziecko jeździłam do babci na wieś. Bez przerwy ktoś się tam albo żenił, albo umierał. Byłam przyzwyczajona do tego, że zabawa i smutek mieszkają razem. Pamiętam ubieranie zmarłych do trumny, wystawianie ciała, modlitwy nad ciałem i pieśni. Wszystkie rzeczy, które mnie miały oswoić ze śmiercią, jednak mnie nie oswoiły. Z drugiej strony temat śmierci wciąż gdzieś się obok toczy choćby w zabawnych kontekstach. Czarne buty to na przykład "buty trumniaki". Albo kiedyś dostałam w prezencie piękną sukienkę od Grażyny Barszczewskiej, która dostała ją z kolei od Aleksandry Śląskiej. Tomek Jacyków na jej widok powiedział mi: "Będziesz miała jak raz do trumny!". (śmiech) Trzeba o tym mówić. Nie ma w tym niczego dziwnego. Tylko jak widać oswajanie śmierci nic mi nie daje. Szukam więc dalej. Może medytacja? Próbuję od niedawna, codziennie ćwiczę i trochę medytuję. Ale nie wiem, czy dobrze ( śmiech).

W dniu 50 urodzin napisałaś w sieci o rzeczach, na które już jest dla ciebie za późno. Zapytam więc przekornie, na co czekasz?

Na podróże. Japonia, Ameryka. Chciałabym bardzo pomieszkać w Japonii i zagrać w amerykańskim filmie. Czekam na dzień, gdy jako starsza pani będę miała duży dom gdzieś, gdzie jest słońce. Tam zrobię Wigilię. Wszyscy do mnie przyjadą - moje dzieci ze swoimi dziećmi albo i bez, z narzeczonymi, mężami albo kochankami, ze znajomymi. Zaproszę jak zwykle wszystkich moich przyjaciół. Na górze przyjęcie, na dole ocean. Ciągnie mnie do oceanu. Proste to i kiczowate, ale do tego zmierzam w swoim życiu. (śmiech)

Prowadzisz konto na Instagramie gdzie pokazujesz dystans i humor, o którym pewnie nie wszyscy wiedzieli. 

Instagram daje mi dokładnie to, co pisanie. W pisaniu w pełni się rozwijam. Piszę to, o czym chcę i wypowiadam się tak, jak chce. To daje mi wolność totalną. Instagram też mi daje takie poczucie. Jak już skorzystałam z możliwości bycia na tej platformie, to pomyślałam, że będę robiła to, co chcę. To, że mam dystans do siebie i duże poczucie humoru wie każdy, kto mnie dobrze zna. Teraz dowiadują się inni. Podoba mi się, że ludzie są gotowi na taki rodzaj żartu. Pokazuję siebie i nasz związek z Markiem od strony zaplecza. My naprawdę tak ze sobą rozmawiamy. Ktoś kto nas zna i bywa u nas, wie o tym. Czasem jest jeszcze większy hardcore. (śmiech) Pokazujemy, jak Marek mnie traktuje, a ja jego. I to, że o wielu sprawach mówimy wprost.

Ostatnio żartowaliście, że pary o określonym stażu uprawiają rzadziej seks.

Bo tak jest i nikt o tym nie mówi! Wstydzimy się, że potrzeby nam się zmniejszają. Bo chcemy uchodzić za mega fajnych i idealnych. Wiadomo, że jest lepiej i gorzej, ale jak to mówią, wyżej dupy nie podskoczymy. (śmiech) Dostaję mnóstwo informacji, że nasze nagranie zrobiło komuś dzień, że jesteśmy zwyczajną parą, która nie robi wielkiego teatru wokół siebie i nie pudruje ekranu na różowo. To miłe. Bo większość z nas tak żyje. Bez fajerwerków. Bez seksu codziennie rano i bez trzymania się za rękę na przystanku. 

"Dobry związek, to stary związek" - piszesz.

Jesteśmy ze sobą 18 lat i bardzo się lubimy. Udzieliliśmy ostatnio wspólnie wywiadu i stwierdziłam potem, że to zły omen i jak nic zaraz się rozstaniemy. (śmiech) Oczywiście się z tego śmieję - jak ktoś ma się rozstać, to to zrobi bez względu na to, czy opowiada w prasie o swoim szczęściu czy nie. Mam jednak nadzieję, że tak się nie stanie, byłoby mi smutno. 

 Ostatnio powiedziałaś, że odmawiasz już grania małych ról. Że nagrałaś się już w życiu drugoplanowych postaci.  

Nikt nie wie przez co przeszłam w swoim zawodowym życiu. Przetarzałam się przez każdy aspekt planu - traktowano mnie raz lepiej, raz gorzej. Grałam epizody, trzecie plany, w końcu zostałam na drugich planach, z małymi wyjątkami na pierwsze. Pomyślałam w końcu, że to mnie nie rozwija. Jak mam dalej uprawiać ten zawód, to będę decydować, czy mi się to podoba czy nie. Powiedziałam stop. Już nie chcę grać małych ważnych ról, bo się nagrałam. Jeśli nie chcę komuś robić przykrości, mówię, że nie mam czasu. Jak już nie będę dostawała propozycji, to się zajmę czymś innym. Na swoich warunkach.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również