"Malcolm i Marie" czyli sztuka wykorzystywania. Recenzja hitu Netflixa z Zendayą!
Fot. mat. prasowe/Netflix

"Malcolm i Marie" czyli sztuka wykorzystywania. Recenzja hitu Netflixa z Zendayą!

"Malcolm i Marie" z Zendayą i Johnem Davidem Washingtonem w rolach głównych to jeden z największych hitów Netflixa w ostatnich tygodniach. Gorzki, oparty na grze dwójki aktorów film twórcy "Euforii" można odebrać jako spowiedź artysty, który wstydzi się, że okrada innych. Czy warto go obejrzeć? Zapraszam na recenzję nowego filmu, "Malcolm i Marie" dostępnego na platformie Netflix!

"Malcolm i Marie" - film o miłości? Niekoniecznie

Letnia noc, nastrojowe cykanie świerszczy, luksusowy dom z wielkimi oknami. – Witajcie w raju! – chciałoby się powiedzieć. Po chwili na posesję wjeżdża samochód, z którego wysiadają kobieta i mężczyzna. On śpiewa i tańczy. Sprawia wrażenie zadowolonego z siebie. – Zrobiłem film, który rozwalił system już na premierze – krzyczy. Ona zaczyna mu nerwowo przygotowywać kolację. Zachowuje dystans. Raj niepostrzeżenie zamienia się w czyściec, z którego tak szybko się nie wydostaniemy. Spędzimy w nim razem z tą dwójką całą noc, niepewni, czy aby nie zstępujemy jeszcze głębiej – do piekła. Ale uwaga, nie będzie to historia o miłości.

DSC01036-2_R
'Malcolm i Marie' nie jest typowym filmem o miłości.
mat. prasowe Netflix

Zobaczymy czarno-białą, stylową, dynamicznie zagraną opowieść o nienasyconym ego mężczyzny i zranionej dumie kobiety. O dominacji i podporządkowaniu. O wykorzystaniu i manipulacji. Czyli o konfliktach starych jak świat. Chociaż mamy XXI wiek, wojna płci trwa w najlepsze. Toczy się nie tylko w zwykłym życiu "szarych ludzi", ale również wśród postępowych elit. Takich jak środowisko twórców Hollywood. Oczywiście wtedy jest to wojna psychologiczna, pełna subtelnych manipulacji i bez śladów na ciele. Prowadzi się ją w białych rękawiczkach.

Zendaya i John David Washington na aktorskich wyżynach

Reżyser Sam Levinson ("Euforia") pokazuje w filmie "Malcolm i Marie" jedną z jej najbrzydszych twarzy. Syn legendy kina Barry’ego Levinsona ("Good Morning, Vietnam", "Rain Man") w rolach głównych obsadził energicznego Johna Davida Washingtona (jego ojciec to inna ikona, Denzel Washington) oraz subtelną, stonowaną Zendayę, gwiazdę "Euforii". Powierzył im zadanie odegrania historii narcyza, który okradł ukochaną z prywatności, by zdobyć sławę. Czyli – nakręcić rewelacyjny film i słowem jej nie podziękować za inspirację. Banalne? Pozornie.

Malcolm_Marie_00_22_43_17_R (1)
W roli Marie zobaczymy znaną z 'Euforii' Zendayę. W Malcolma wciela się syn Denzela Washingtona, John David Washington.
mat. prasowe/netflix

Dramat tworzywa (Marie) oszukanego przez twórcę (Malcolm) oglądamy bez możliwości sprawdzenia, jak ich konflikt odbierają inni. W filmie oprócz pana i pani M. jest zaledwie kilka obrazów na ścianach, wspomnienie białej krytyczki z LA powracającej w tyradach Malcolma oraz zimne wnętrze szklanego domu. Takie piekło pułapkę sobie zgotowali. A teraz walczą w nim o szacunek i honor. Aktorsko to majstersztyk. Zendaya i Washington znakomicie operują językiem ciała, rezygnują ze słów na rzecz subtelnej gry spojrzeń i technicznych ucieczek od kłopotliwego milczenia w muzykę oraz palenie. Washington to ucieleśnienie dynamiki: rzuca się niczym głodny lampart w klatce. Zendaya jest zwarta i skupiona jak lwica gotowa do polowania. Zaraz skoczy, ale jeszcze przez chwilę czeka.

Czy warto obejrzeć "Malcolm i Marie" na Netflix?

Kolejność nazwisk w tytule sugeruje, kto w tym związku gra pierwsze skrzypce: to Malcolm, samiec alfa, geniusz. Marie na pierwszy rzut oka jest cicha i cierpiąca. Ale zaczyna atakować. Bo jednak ukochany okradł ją z niej samej. Z możliwości opowiedzenia własnej historii po swojemu. Koniecznie zobaczcie, jak się ta potyczka skończy. Na marginesie toczy się kilka innych ciekawych rozmów: o tym, że krytycy we wszystkim widzą konflikt rasowy, o poprawności politycznej, głupocie wymuszonych zachwytów, modach i zawiści. Miałem wrażenie, że Sam Levinson, znakomicie oceniany, 36-letni twórca, opowiedział o sobie. Ale żeby nie robić tego zbyt dosłownie, przebrał się w skórę Malcolma. Jeśli tak, to jest to gorzki seans autopsychoterapii, po którym wypada zapytać: ile trupów kryje w sobie każdy dobry film? Jednym zdaniem: Mocna historia o nadużyciu zaufania kobiety, która mogła być muzą, ale stała się środkiem do celu. 

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również