Małgorzata Socha: Bez recepty na życie. Wywiad Magazynu PANI
Fot. PANI

Małgorzata Socha: Bez recepty na życie. Wywiad Magazynu PANI

Jest matką, żoną i aktorką. W tej kolejności – podkreśla Małgorzata Socha. I hedonistką. Uwielbia gotować, jeść, rozmawiać. Mówi, że nadszedł czas kobiet. – Kobiety mają moc, dużo więcej znaczą niż kiedyś.

Weszłaś w dorosłe życie z konkretnym planem czy poszłaś na żywioł?

Zawsze wiedziałam, że chcę mieć dużą rodzinę. To był mój priorytet. Dla mnie dom to dziecięcy szczebiot. Bez dzieci czułabym się niespełniona. Moje ananasy wypełniają cały mój świat. To jest niezwykłe uczucie, kiedy wiesz, że masz dla kogo żyć. Najpierw jestem matką, potem żoną i aktorką. W tej kolejności.

Co na to twój mąż?

Myślę, że Krzysiek też w pierwszej kolejności wymieniłby rolę ojca, potem męża i inżyniera.

Idealnie się dobraliście. Sprawiasz wrażenie łagodnej i delikatnej, ale pod tą powłoką kryje się twarda i zdecydowana kobieta.

Nie dostrzegam w sobie tej delikatności. Może dlatego, że pochodzę z domu, gdzie nigdy nie było głaskania, rozpieszczania. Mój tata był pilotem wojskowym, cenił porządek i dyscyplinę. Uważał, że „dzieci i ryby głosu nie mają”, więc oboje z bratem musieliśmy być karni i posłuszni. Mama bardzo kochająca, ale też wymagająca, nie prawiła pustych komplementów.

Nie dostałaś pochwały nawet za świadectwo z paskiem?

Nie przynosiłam. (śmiech) Sama widzisz, nie było mnie za co komplementować. Gdy dostałam się do akademii teatralnej, usłyszałam: „Nie spodziewałam się”. To był komplement w ustach mojej mamy, wypowiedziany z prawdziwą dumą. Całkiem niedawno rozmawiałyśmy z mamą o „Brzyduli 2” i ona powiedziała, że w telewizji powtarzają pierwszą „Brzydulę”. Spostrzeżenie mojej mamy było w dychę: „No, kochanie, widać, że nadgryzł cię ząb czasu”. I jak tu jej nie kochać za jej szczerość. Trudno się z nią nie zgodzić…

Jak zbudowałaś poczucie własnej wartości?

Z domu wyniosłam karność, rodzice wykształcili we mnie silny charakter, pewność siebie. Mimo że mnie nie głaskali po głowie, motywowali mnie do walki o swoje, pokazywali, że w życiu nie mogę się poddawać, muszę być twarda. Ostatecznie chyba dobrze na tym wyszłam. Przydało mi się to w aktorstwie. To jest piękny zawód dla niesamowicie wrażliwych ludzi z jednej strony, a z drugiej – i to jest jakaś paranoja – dla supersilnych, wytrzymałych, odpornych. Przez te wszystkie lata na wielu planach zdjęciowych spotkałam różnych ludzi i nasłuchałam się mnóstwa złych i chamskich uwag na swój temat. Wystarczy przypomnieć sobie niedawne afery mobbingowe w szkołach teatralnych.

Poza tym internet otworzył na oścież drzwi dla hejtu.

To prawda. Nigdy wcześniej ludzie nie mieli możliwości, żeby w tak bezwzględny i brutalny sposób wyrażać swoje „opinie”. Anonimowość sprawiła, że przekroczono wszystkie granice: przyzwoitości, uczciwości, kultury. Ludzie ochoczo biorą udział w oczernianiu, ocenianiu, krytykowaniu, hejtowaniu, bo nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności. Na szczęście na mnie to nie działa. Nie czytam komentarzy pod moim adresem. Po pierwsze, nie ma nic nudniejszego niż czytanie o samej sobie. Po drugie, rodzice, chcąc nie chcąc, dobrze mnie przygotowali do tego, co mnie w życiu spotkało. Byłam zahartowana, wkraczając w świat dorosłych. A wracając do twojego pytania, wydaje mi się, że to prawdziwe poczucie własnej wartości dała mi właśnie praca zawodowa i to wszystko, co się wokół mnie wydarzyło. Dostałam mnóstwo dobrej energii od widzów i to sprawiło, że wiem, co robię, wiem, w czym jestem dobra. Znam swoje słabe punkty i atuty, potrafię tym żonglować. Umiem to wykorzystać albo ukryć, zatuszować.

Całą rozmowę przeczytasz we wrześniowym numerze Pani. Już w sprzedaży!

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 09/2021
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również