Znacie japońskie ciasteczka mochi? Sprężyste, elastyczne, na wierzchu jakby lekko popudrowane… Ja je uwielbiam! I bardzo przemawia do mojej wyobraźni określenie mochi skin – skóra gładka, sprężysta, dobrze nawilżona, aksamitna w dotyku. Jak u małego dziecka.
W odróżnieniu od popularnego ostatnio efektu glass skin – zaczerpniętego z koreańskiej pielęgnacji i skupionego na uzyskaniu wrażenia lśniącej niczym tafla szkła skóry – mochi skin powinna być raczej matowa, aksamitna, o zdrowym, równomiernym kolorycie. I, co najważniejsze, sprężysta, miękka, jakby wypełniona od wewnątrz.
W praktyce oznacza to, że jest doskonale nawilżona, odpowiednio odżywiona i pozostaje w równowadze, czyli nie widać na niej ani obszarów przesuszonych, ani z nadmiarem sebum. To efekt, którego nie osiągniemy makijażem. Ani jednorazowym zabiegiem, nawet u kosmetyczki. Ponieważ, żeby skóra wyglądała niczym sprężyste ryżowe ciasteczko, wymaga systematycznej, codziennej pielęgnacji odpowiadającej na jej potrzeby.
Rytuały nie muszą być skomplikowane ani wieloetapowe. Japońska pielęgnacja skupia się przede wszystkim na starannie dobranych produktach, które łagodnie i stopniowo dbają o piękno i zdrowie skóry, skupiając się przede wszystkim na profilaktyce. Jeśli więc będziemy się o nią troszczyć, dbając o nawilżenie i wspieranie ochronnego płaszcza hydrolipidowego, jest prawdopodobne, że uda nam się zasłużyć na komplement „mochi-hada”, co w Japonii oznacza „masz piękną skórę”.
Naszym celem jest nadanie skórze miękkości, elastyczności i odpowiedniego poziomu nawilżenia. Zacznijmy od krótkiego testu, podobnego do tego, który wykonuje się niemowlętom, aby sprawdzić, czy nie są odwodnione. Wystarczy chwycić w dwa palce fragment skóry i obserwować, czy po puszczeniu jej powierzchnia „sprężynuje” i od razu wraca do pierwotnego kształtu, czy rozpręża się powoli, a na powierzchni przez chwilę utrzymują się drobne zmarszczki. Jeśli jest sprężysta i elastyczna, brawo, tak trzymać! Jeśli jednak widać, że brak jej nawilżenia, to znak, że wymaga bardziej intensywnej pielęgnacji preparatami o wyższej zawartości substancji aktywnych.
Jak osiągnąć efekt mochi skin? Pielęgnując ją w taki sposób, aby zadbać o odpowiedni poziom substancji wiążących wodę w naskórku (tzw. NMF – natural moisturising factor), zapewnić szczelność ochronnej bariery hydrolipidowej, która nie tylko chroni przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi, lecz także zapobiega „ucieczce” wilgoci, a także wpierać produkcję włókien kolagenu i elastyny, białek odpowiedzialnych za jędrną i gładką strukturę skóry.
Krok pierwszy to oczyszczanie. Skuteczne, ale łagodne. Preparatami, które usuwają makijaż i zanieczyszczenia, ale nie naruszają naturalnej bariery skórnej. Mogą być to łagodne pianki, emulsje czy olejki w parze z delikatnymi żelami myjącymi. Ważne, żeby po myciu i demakijażu skóra nie była ściągnięta ani wysuszona, a czystości towarzyszyło przyjemne uczucie komfortu.
Kolejnym krokiem jest pielęgnacja – uwaga! – dwu- lub trzyetapowa. Nie wystarczy sięgnąć po krem. Kluczem do odpowiedniego nawilżenia skóry jest wklepanie w nią serum lub/i popularnej w krajach azjatyckich nawilżającego lotionu lub emulsji o płynnej, wręcz wodnistej konsystencji. Sera i emulsje pomagają zatrzymać wilgoć w skórze, nadając jej charakterystyczną dla mochi sprężystość i pulchność. Krem ma za zadanie wzmocnić barierę ochronną i zadbać o „zamknięcie” wody w naskórku.
Jeśli taka pielęgnacja stanie się naszym codziennym rytuałem, nagrodą będzie miękka, sprężysta i aksamitna w dotyku skóra, która nawet bez makijażu wygląda dobrze, ponieważ jest promienna, gładka, bez widocznych zmarszczek, ale też bez nadmiernego połysku. Może nie perfekcyjna, ja u małego dziecka, jednak zdrowa, zadbana i odporna.