Orinę Krajewską znamy z seriali "Barwy szczęścia", "Nad rozlewiskiem", filmów "Bodo" czy "Simona Kossak". Współzałożycielka Fundacji Małgosi Braunek "Bądź", organizatorka kongresów „Bądź w pełni zdrowia”. Od lat uczy się życia, w którym równie ważne są ciało, umysł, duch. Wie już, że nie zawsze będzie łatwo, ale warto pracować nad sobą.
Ludzie byli jej ciekawi od chwili, gdy pojawiła się na świecie. Jest córką aktorki Małgorzaty Braunek i pisarza Andrzeja Krajewskiego. Pary, którą połączyła nie tylko miłość, ale i podejście do życia. W wywiadach mówili o sobie, że są tym przypadkiem, gdy dwoje staje się jednym. Fascynowali się filozofią zen, podróżowali po świecie w poszukiwaniu duchowych doświadczeń. Dbali, by córka miała równie szeroką perspektywę. Orina rosła w domu, w którym liczyła się równowaga, spokój, rozwój. Czy to zagwarantowało jej emocjonalną stabilność, prostą drogę w dorosłość? Nie. Bo postanowiła iść swoją ścieżką, nie czyjąś. Poszukiwała celu, przeżywała kryzysy, potrzebowała pomocy. Dziś jest po jasnej stronie, ale wciąż pracuje nad sobą. Tyle że stara się to zmienić w fascynującą przygodę.
Twój STYL: W Pani Jeziora Andrzeja Sapkowskiego jest zdanie: „Przymioty ducha powinny iść w parze z walorami ciała. To daje doskonałość”. Co ci daje holistyczne podejście do zdrowia, życia w ogóle?
Orina Krajewska: Dzięki niemu przekonałam się, że mamy narzędzia, by poradzić sobie w trudnych chwilach. I że jedna zaprowadzona w sposobie życia zmiana może mieć wpływ na nas na różnym poziomie. Moja potrzeba, by szukać równowagi, wynika z tego, że często mi jej w życiu brakowało.
Rosłaś w domu, gdzie duchowość się liczyła, rodzice praktykowali zen, byli uważni, zastanawiali się kilka miesięcy, zanim wybrali ci imię. Orina znaczy „oświecona miłość”.
Moje dorastanie, mimo że w spokojnym otoczeniu, nie było wolne od wewnętrznych sztormów. W głowie dużo się działo, a na zewnątrz byłam niepewna i nieśmiała. Wątpiłam w swoje możliwości. Może dlatego szybko chciałam doświadczyć życia poza domem, zmierzyć się ze sobą. Po maturze postanowiłam wyjechać za granicę. Pewnie w ramach „zrywu niezależności” i jakiegoś buntu wobec rodziców, chociaż wtedy tak tego nie czytałam. Zamysł był taki, że zrobię sobie przerwę przed studiami, pomyślę, jakie wybrać. Chodziło mi po głowie aktorstwo, ale skończyłam też szkołę muzyczną i nie byłam w przygotowaniach do szkoły teatralnej zaawansowana. Pamiętam, jak w trakcie Warszawskich Spotkań Teatralnych obejrzałam spektakl wrocławskiego Teatru Pieśń Kozła. Obudził we mnie pasję. Myślę, że wtedy gdzieś na głębokim poziomie podjęłam decyzję, że to jest to, co chciałabym robić. Niesamowite, że po kilku latach spełniłam marzenie i jeden sezon pracowałam z tym zespołem. Postanowiłam, że zrobię rok przerwy, przygotuję się odpowiednio, a ponieważ od dawna chciałam też nauczyć się francuskiego, wyjazd do Paryża wydawał się dobrym planem.
Rodzice go poparli?
Tak. W Paryżu zamieszkałam u ich znajomych. Pracowałam jako niania, próbowałam uczyć się języka, co szło słabo, bo mówiłam głównie po angielsku. Spędzałam sporo czasu w międzynarodowym towarzystwie, zapisałam się na warsztaty teatralne. Kiedy po roku szykowałam się do wyjazdu, koleżanka opowiedziała mi o szkole aktorskiej w Londynie, którą skończyła. Pomyślałam: może nie zaszkodzi spróbować? Najwyżej się nie dostanę. W tym czasie przyjaciółka z Polski wybierała się do Londynu na wakacje. Złożyłam aplikację do szkoły, przyjęto mnie na pierwszy semestr, po którym odbywały się egzaminy wstępne. I pojechałyśmy.
Jak te doświadczenia na ciebie wpłynęły?
Poczułam, że świat jest na wyciągnięcie ręki. Że jest fascynująco różnorodny. To ważne szczególnie dziś, kiedy przerażają mnie podziały polityczne, społeczne. Za granicą nauczyłam się, że możemy się od siebie uczyć, nie tracąc swojej tożsamości – kulturowej czy historycznej. W fundacji z przyjaciółmi z ukraińskiego kolektywu Galas prowadzimy projekty integracyjne dla osób uchodźczych i społeczności lokalnej. W Warszawie organizujemy warsztaty „Wspólnej kuchni”. Często jest z nami pani Lubov Gryn z Kijowa. Gotuje według ukraińskiej tradycji. Nie zna polskiego, a jednak porozumiewamy się bez problemu. Podczas warsztatów zawsze myślę, że nie trzeba mówić w tym samym języku, żeby tak samo kroić marchewkę. Gdy wspólnie robimy coś prostego, wyłączają się mechanizmy obronne, mamy szansę zobaczyć drugiego człowieka takim, jaki jest, a nie przez pryzmat swoich przekonań, uprzedzeń. Bardzo mi zależy, żeby akcje solidarnościowe kontynuować, dawać głos osobom, które przyjechały do nas, uciekając przed wojną lub opresją. Dzisiaj tworzymy wspólną rzeczywistość. W podcaście „Wspólnej kuchni” rozmawiałam z gośćmi, którzy często mają za sobą trudne doświadczenia, ale też piękne rzeczy do przekazania.
Fundacja Bądź powstała po śmierci twojej mamy. Dlaczego zaangażowałaś się w pracę społeczną?
Na początku działanie brało się z buntu, z niezgody na to, jak wygląda system ochrony zdrowotnej, szczególnie onkologicznej. Ja, moja rodzina i osoby, które zakładały fundację, mieliśmy wiedzę uzbieraną podczas choroby mamy i potrzebę, żeby coś z nią zrobić. Teraz myślę, że może to było przeznaczenie. Dzięki zagłębieniu się w tematy związane z holistycznym podejściem do zdrowia weszłam na ścieżkę, na której ważne jest zadawanie pytań: czym w ogóle jest zdrowie? Jak je budować? Jak poprawiać jakość życia na co dzień? Dzisiaj uważam, że praca w fundacji wzięła się także z potrzeby nadania sensu temu, co się wydarzyło.
To bywa ratunkiem, gdy odchodzą bliscy. Po śmierci jednego z synów moi teściowie założyli fundację, pomagają w tworzeniu banku dawców szpiku. Ale pewnych przeżyć chyba nie da się przekuć w nic dobrego. Mówię to jako matka dziecka, które kilka lat cierpiało na depresję. Nie widzę pozytywów tego doświadczenia.
I nie musisz. Warto pozwolić sobie na stwierdzenie: w moim życiu zdarzyło się coś, co jest z mojej perspektywy beznadziejne. Pilnuję się, by nie wejść w myślenie magiczne: to się wydarzyło, żebym miała okazję do… Nie. Ciężka choroba w naszej rodzinie nie zaistniała po to, żebym mogła nad sobą pracować. Ale kiedy spróbowałam przypisać temu doświadczeniu sens, zrobiło mi się lżej. W maju premierę ma moja książka Zostawić stare za sobą – przewodnik po końcach i nowych początkach. Dotyczy straty i podpowiada, jak możemy sobie z nią radzić, ale przede wszystkim jak przywitać nowe. Pozwalam sobie na osobistą podróż, rozmawiam z psychologami, lekarzami o żałobie, rozstaniach, chorobach, ale też o świecie, jaki żegnamy i jaki chcemy przywitać. Jeden z rozdziałów powstał na podstawie wywiadów w ramach fundacyjnego projektu „Jestem i będę”. Wiele osób przyznało: choroba nie miała sensu, ale to, czego się nauczyłam/łem, jaką dziś jestem dzięki temu osobą – ma.
Być może czasem warto zanurzyć się w mrok. Agata Kulesza w wywiadzie porównała ten stan z leżeniem na podłodze, w skuleniu, w bólu – zanim się wstanie. Doświadczyłaś tego?
To dla mnie duże wyzwanie. Ale już wiem, że im bardziej sobie na to pozwalam, tym szybciej przychodzi ulga. A im mocniej odpycham żal, smutek, bezradność, tym dłużej tkwię w martwym punkcie. Transformujący był dla mnie moment, kiedy po zakończeniu ważnej dla mnie relacji dałam sobie przyzwolenie na płacz, trudne emocje. Nie starałam się ich omijać. Pozwoliłam, żeby wybrzmiała każda, która była w tamtym czasie paląca. A potem zauważyłam, że za oknem jest ładnie i warto wyjść na spacer. Trudna, ale ważna lekcja.
Podobnie jak depresja. Wiesz, czym jest, mówisz o tym otwarcie. To naturalna umiejętność?
Nie. Musiałam nauczyć się mówienia o kryzysach, stanach depresyjnych, lękowych. Doświadczenie depresyjne dotknęło mnie jeszcze przed śmiercią mamy. Czułam się źle, byłam bezustannie sfrustrowana. Po powrocie ze szkoły teatralnej okazało się, że życie nie układa się według mojego scenariusza. Nie zgadzałam się na to, nie rozumiałam, dlaczego nie dostaję ról. Z perspektywy widzę, że byłam bierna. Gdybym nie zdecydowała się na zwrot, nie zadała sobie poważnych pytań: jaki mam wpływ na swoje życie, czy stan, w którym jestem, mnie niszczy? – nie wiem, gdzie bym dzisiaj była.
Zwrot, czyli…?
Zapisałam się na terapię indywidualną, później grupową. Poznałam wartościowych ludzi, zrozumiałam, że istnieją sposoby, żeby sobie pomóc. Dzięki pracy w fundacji, poszukiwaniom, książkom, podcastom zyskałam przekonanie, że trudne doświadczenia były potrzebne, na kryzysach nauczyłam się, jak o siebie zadbać. Ta ścieżka zamieniła się w zaciekawienie, a później już w pasję związaną z rozwojem osobistym. Teraz kluczowe jest dla mnie: jak być lepszą, stabilniejszą osobą. I czy mogę przekroczyć własne ograniczenia.
Cały wywiad do przeczytania w najnowszym numerze magazynu "Twój STYL"