Simonetta Lysy-Pastor i Krzysztof Pastor. Na randkę? Tylko na balet
Fot. Szymon Szcześniak

Simonetta Lysy-Pastor i Krzysztof Pastor. Na randkę? Tylko na balet

Połączyła ich wspólna taneczna pasja. Krzysztof Pastor i Simonetta Lysy-Pastor opowiadają o miłości, która zaczęła się dawno temu i która nie zna granic.

Simonetta:

Każda relacja przechodzi przez różne fazy. Na początku jest cudownie i bajkowo, potem zaczyna się normalne życie, dzieli się wspólnie radości i trudności. Poznajemy się lepiej, zaczynamy zauważać to, co wspólne, a co inne. Choć oboje jesteśmy impulsywni i zdarzają się między nami jakieś spory, nieporozumienia, wszystko szybko idzie w zapomnienie. Akceptujemy to, że jesteśmy różni, rozumiemy, że inne były też nasze historie, wychowanie, doświadczenie. Urodziłam się we Włoszech w rodzinie o wielonarodowych korzeniach, od 11. roku życia uczyłam się tańca w Londynie. Krzysztof wychował się w Gdańsku, w komunistycznej Polsce, potem wyemigrował. Wcześnie założył rodzinę, miał już dwoje dzieci. Kiedy skończyłam szkołę baletową w Londynie, wyjechałam do Het Nationale Ballet w Amsterdamie. To tam wkrótce potem pojawił się Krzysztof. Ale gdy ma się 18 lat, nie zwraca się uwagi na 9 lat starszego kolegę, w dodatku bardziej doświadczonego życiowo. Praca w balecie to długie próby, wieczorne występy, częste wyjazdy na przedstawienia. Większość czasu spędza się razem. Wielu tancerzy pochodzi z różnych krajów, więc grupa baletowa zastępuje rodzinę. Z czasem poznałam Krzysztofa lepiej, zaprzyjaźniliśmy się, a potem zakochaliśmy w sobie. Gdy już zostaliśmy parą, dość szybko pobraliśmy się, potem przyszły na świat dzieci. Najpierw Olivia, a dwa lata po niej Jan. Zdecydowałam się zostać z nimi w domu. Gdy byli już trochę starsi, zaczęłam pracować w niepełnym wymiarze czasu, uczyłam tańca. Potem przenieśliśmy się do Warszawy, bo Krzysztof przyjął propozycję kierowania baletem Opery Narodowej. Teraz koło się zamyka, bo znów pracujemy razem, choć inaczej, ale oboje robimy to, co kochamy (…) 

 

Krzysztof:

Pamiętam, gdy pierwszy raz, już jako chłopak Simonetty, pojechałem do jej domu do Włoch. Onieśmieliła mnie bajkowa posiadłość w Toskanii, rodzina, bardzo elegancka mama. Byłem po przejściach, miałem dwoje dzieci z poprzednich związków, nie uważałem, że jestem dobrą partią. Ale, o dziwo, jej mama szybko mnie zaakceptowała. Widziała, że się kochamy. Nie byłem także skory do małżeństwa. Pewnego dnia staliśmy w ogrodzie, a ja zachwycałem się, jaki jest niesamowity. Mama powiedziała, że ten ogród potrzebuje pięknej ceremonii. Rok później wzięliśmy ślub w pobliskiej miejscowości Chianciano Terme. Mama pełniła funkcję tłumaczki, wprawdzie rozumiem po włosku, ale nie na tyle, aby płynnie mówić. Simonetta zna kilka języków: z mamą mówi po angielsku, a z najmłodszą siostrą już po włosku. Zna jeszcze hiszpański i francuski, no i całkiem nieźle radzi sobie po polsku. Matka teściowej była znaną pisarką, Amerykanką o angielsko-irlandzkich korzeniach, a dziadek Włochem. Z kolei nieżyjący już ojciec Simonetty, znany skrzypek, urodził się w Argentynie, ale pochodził z rodziny o ukraińskich korzeniach.
Nasze wesele, według włoskich standardów, było skromne, około setki gości. Potem wyjechaliśmy w podróż poślubną na wulkaniczną wyspę Panareę. Z rodziną Simonetty żyjemy bardzo blisko, ona ma brata i dwie siostry. Doskonale wspominam wspólne wakacje, kiedy wynajęliśmy stateczek na wybrzeżu Turcji i pływaliśmy po morzu. Żona kocha podróżować, ja mniej. Ale gdy zaplanuje wakacje, zawsze wybiera interesujące miejsca: safari w RPA, Zanzibar, Maroko. Gdy Olivia miała roczek, odwiedziliśmy także ojca żony w Argentynie (…)

Cały materiał z cyklu „Partnerzy" w najnowszym numerze PANI. Już w sprzedaży!

PANI teaser0621

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 06/2021
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również