Rozmowy

"Wypłakałem morze łez". Robert Gonera mówi Twojemu STYLowi o załamaniu nerwowym, terapii i uzdrowieniu

"Wypłakałem morze łez". Robert Gonera mówi Twojemu STYLowi o załamaniu nerwowym, terapii i uzdrowieniu
"Ludzie, nie musicie się bać, nie musicie się męczyć. Im szybciej sięgniecie po pomoc, tym mniej życia sobie zmarnujecie", mówi w wywiadzie Robert Gonera.
Fot. Akpa

Robert Gonera tak bardzo utożsamiał się z każdą graną postacią, że jej emocje przeżywał jak własne. To go przerosło, przeżył załamanie nerwowe, pisano o jego problemach psychicznych. Był jednym z pierwszych, którzy ujawnili, jaką cenę płaci się za aktorstwo totalne. Ale umiał się pozbierać. Nam Robert Gonera mówi, dlaczego warto być szczerym ze sobą, przyznać się do słabości, odbyć terapię. Nie ma nic wstydliwego w obronie własnej wrażliwości.

Twój STYL: Korzystał pan z pomocy psychiatry. Trudno było podjąć taką decyzję?

ROBERT GONERA: Decyzja sama się podjęła, bo przeżyłem załamanie nerwowe. Rodzina namówiła mnie, żebym poszukał pomocy. Był 2007 rok, zrobiłem to otwarcie, nie udawałem, że wyjechałem na Seszele. Naruszyłem społeczne tabu: wtedy niewiele osób, zwłaszcza mężczyzn, przyznawało się do problemów psychicznych. Mężczyzna i załamanie nerwowe – to był oksymoron. Kiedyś Krzysztof Krauze sparafrazował chińskie powiedzenie, które w istocie jest klątwą: obyś żył w ciekawych czasach. "Obyś był pierwszy" – powiedział. On pierwszy wśród znanych przyznał się do raka prostaty, więc wiedział, co mówi. Ja też już wiem, że bycie pionierem jest trudne.

To była sensacja, wszyscy dowiedzieli się, że Gonera ma problem, sporo informacji było nieprawdziwych, na przykład ta, jakobym spał w samochodzie. Zapłaciłem ogromną cenę za przyznanie się do tego, że mam kłopoty. Nie tylko ja, również moje dzieci, które wtedy były w przedszkolu. Do dziś, choć jestem świetnie zorganizowany i staram się wzorowo wypełniać obowiązki, czasem słyszę jeszcze: Gonera? No fajnie, ale czy on pojawi się na planie, bo podobno coś u niego nie halo...

Po wyjściu ze szpitala uczestniczył pan w długoterminowej terapii. Wielu osobom brak do tego wytrwałości, pytają: co mi to da?

To agentka namówiła mnie na wizytę u wspaniałej terapeutki. Przeżywałem kryzys, waliło się moje małżeństwo, miałem nadzieję, że dzięki terapii posklejam związek, uratuję rodzinę. Dopiero w jej trakcie zorientowałem się, że muszę... przede wszystkim uratować siebie. Terapeutka pomogła mi dostrzec źródło wielu moich problemów, które – jak często bywa – znajdowało się bardzo blisko. Zrozumiałem, skąd brał się mój lęk, który próbowałem wypierać, wiem, że mam do niego prawo. Każdy może odczuwać strach, choćby związany z przemianami cywilizacyjnymi, czasem nie umiemy za nimi nadążyć. Następuje załamanie, przymusowe zwolnienie tempa. To kryzys, ale i szansa, by sobie uświadomić, że powinniśmy coś zmienić. "Nie pozwól, aby dobry kryzys się zmarnował", mawiał Winston Churchill. Wziąłem sobie to do serca. Jestem odpowiedzialny, więc wciąż pozostaję pod opieką specjalisty. Mam kogoś, kto zauważy kolejny mój kryzys szybciej niż ja.

Gdy zapisywałam się na terapię, zapytano, czy wolę spotykać się z kobietą czy mężczyzną. Dla pana miało znaczenie?

Pierwszą terapię miałem z kobietą, mój obecny lekarz jest młodym, silnym mężczyzną. Może o pewnych sprawach łatwiej rozmawia się z mężczyznami, ale w terapii najważniejszy jest wspólny język. Wykwalifikowani terapeuci wiedzą, jaką stworzyć atmosferę, by pacjent czuł się dobrze, do każdego mają indywidualne podejście. Już sam fakt, że ktoś uważnie słucha twoich wynurzeń, jest ulgą, na tym polega klasyczna terapia freudowska: mówisz o intymnych sprawach w poczuciu, że nikt cię nie oceni. Bo podstawowym problemem osoby dotkniętej kryzysem psychicznym jest brak akceptacji i poczucie winy...

Cały wywiad przeczytasz w najnowszym, lipcowym wydaniu magazynu Twój STYL.

st_07_001 bez kodu

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również