Czy można znaleźć miłość na Tinderze? Joanna Jędrusik napisała o tym książkę! I drugą!
Joanna Jędrusik
Fot. archiwum prywatne

Czy można znaleźć miłość na Tinderze? Joanna Jędrusik napisała o tym książkę! I drugą!

Najpierw opisała, jak po rozstaniu z mężem odkrywała Tindera. Teraz opowiada o randkach z mężczyznami, których poznała na aplikacji podczas podróży po Stanach Zjednoczonych, Peru i Meksyku. Druga książka Joanny Jędrusik "Pieprzenie i wanilia" to prawdziwy bestseller!

Kiedy po raz pierwszy zalogowałaś się na Tindera?

Joanna Jędrusik: Gdy rozstałam się z mężem. To było jeszcze przed rozprawą rozwodową, bo trzeba na nią długo czekać, ale nie miałam wątpliwości, że moje małżeństwo to skończona sprawa. Z jednej strony czułam się wtedy smutna i samotna, a z drugiej miałam ochotę na odrobinę rozrywki oraz rozmowę z kimś innym, niż moi znajomi.

I wpadłaś na pomysł, że tą rozrywką może być aplikacja randkowa?

Najpierw moje koleżanki podsunęły mi taką myśl, wyśmiałam ten pomysł i stwierdziłam, że chyba zwariowały. A dwa dni później miałam już konto na Tinderze (śmiech). Byłam ciekawa, co to takiego i skąd cały ten szum.

Pamiętasz swój pierwszy „match”*?

Nie, ale pamiętam pierwsze przewinięcie kciukiem w lewo - to był koleś, który miał zdjęcie zrobione w rzeźni, a obok niego, po obu stronach wisiały tusze mięsa. Rozporcjowane świniaki. Więc mój początek na Tinderze był dość szokujący (śmiech). Pamiętam też pierwszą wiadomość, którą dostałam: „Cześć, jak się odnajdujesz na tej informatycznej autostradzie?”. Potem przekonałam się, że idiotyczne zaczepki są na porządku dziennym. Zaczęłam nawet robić zrzuty ekranu i wysyłać te teksty koleżankom. A potem wrzucać na swojego Facebooka. Ostatecznie uznałm, że uzbierało się tego za dużo i powstał z tego Fanpage Swipe me to the end of love, bo uznałam, że warto pokazywać ludziom takie absurdy, żeby mogli się pośmiać.

To było kilka lat temu. Dzisiaj sposoby zaczynania rozmowy na Tinderze są inne?

Polacy oswoili się z tą aplikacją, ale tak naprawdę niewiele się zmieniło. Dalej osiem na dziesięć wiadomości to „cześć”, jedna „ cześć, co słychać, ja mam dużo pracy, a jak to tobie mija poniedziałek?” i dopiero ostatnia rzeczywiście może być interesującym wstępem do rozmowy. Czyli np. nawiązuje do tego, co napisałam w swoim profilu, pokazuje, że faktycznie zainteresowała go moja osoba. To powinno odpowiedzieć chłopakom na powtarzające się często pytanie, czemu tak wiele kobiet nie odpisuje im na wiadomości - jeśli im nie chce się wymyślać nic ciekawego, to dlaczego miałybyśmy z nimi rozmawiać?

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Asia Jędrusik (@asiajedrusik)

 

A jaka była twoja pierwsza randka?

Samej randki za dobrze nie pamiętam, poza tym, że zawiózł mnie na nią mój wkrótce-były mąż, bo co prawda nie byliśmy już razem, ale wciąż utrzymywaliśmy ze sobą kontakt. To spotkanie nie było na tyle nieudane, żebym musiała ratować się ucieczką, ale po jednym piwie powiedzieliśmy sobie „na razie” i było oczywiste, że więcej się nie zobaczymy.

Nie zniechęciłaś się wtedy?

Nie, ponieważ nie wiedziałam, czego się spodziewać. Co prawda byłam dorosłą kobietą, ale nie miałam zbyt dużego doświadczenia w relacjach damsko-męskich. Wcześniej chodziłam z dwoma chłopakami w liceum, a potem spotkałam mojego byłego męża, więc praktycznie nigdy nie byłam na randce. Założyłam, że skoro w sieci spotkam do pewnego stopnia przypadkowych ludzi, to nie mogę oczekiwać, że z każdym z nich będę się dobrze dogadywała. I tak było. Zdecydowanie najczęściej spotkanie kończyło się na jednej kawie czy drinku, i raczej rzadko dochodziło do kolejnych.

Ponoć mężczyźni na Tinderze przewijają prawie każdy profil w prawo bez czytania, chcąc zwiększyć swoje szanse na randkę. To prawda?

Niestety tak… Ja napisałam, że jestem lewaczką i ateistką, a odzywali się do mnie kolesie o kompletnie innych poglądach. Co znaczy, że przewijali w prawo tylko na podstawie zdjęcia. Część z nich nawet się potem otwarcie do tego przyznawała. Ja wiem, że statystycznie na 10 przewiniętych w prawo mężczyzn będę miała 6 dopasowań, a oni tylko jedno. Dlatego często wychodzą z założenia, że szkoda czasu na analizowanie opisów, skoro i tak potencjalnie zostaną odrzuceni. Chociaż długość opisu na Tinderze to raptem kilka zdań… Problem robi się wtedy, gdy taki osobnik nie zdradza się w aplikacji z własnym światopoglądem i wszystko wychodzi dopiero na spotkaniu. Zdarzyło mi się, że na randce ktoś okazywał się np. hardkorowym antysemitą, rasistą albo homofobem i to był dla mnie szok.

 

W Meksyku chłopak na pierwszej randce przepuści cię w knajpie w drzwiach przodem, ale przy okazji złapie za tyłek. 

Twoja pierwsza książka, „Pięćdziesiąt twarzy Tindera”, to autoreportaż, opowiadasz o własnych doświadczeniach, opisujesz sceny seksu, a to wymaga odwagi. Czemu ją napisałaś?

Trzy lata temu, kiedy po kilku miesiącach jeżdżenia po Stanach Zjednoczonych oraz Ameryce Południowej i Środkowej przyjechałam do Warszawy, dostałam propozycję napisania książki. Wcześniej pracowałam w korporacji, a mój fanpage o Tinderze był tylko zabawą i nie traktowałam go poważnie, więc bardzo mnie ten pomysł zaskoczył. Okazało się jednak, że moje przemyślenia i opowiadane przy piwie historyjki o spotkaniach spodobały się jednemu z kolegów, który pracował w wydawnictwie i uznał, że to świetny materiał na książkę. Po powrocie zza oceanu nie miałam pracy, za to dużo wolnego czasu, więc stwierdziłam, że czemu by nie spróbować? Potrzebowałam wyrzucić z siebie wiele rzeczy i potraktowałam pisanie tej książki jako element autoterapii.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Asia Jędrusik (@asiajedrusik)

 

Kto był odbiorcą?

Ku mojemu zaskoczeniu nie tylko młode kobiety, wśród czytelników znalazło się sporo mężczyzn, a nawet starszych osób. Dostałam np. odręcznie napisany, kilkustronicowy, wzruszający list od pani Małgorzaty, przemiłej emerytki, która była pod wrażeniem po lekturze "50 twarzy Tindera". Część z tych osób sięgnęła po moją książkę, ponieważ miała swoje własne doświadczenia z Tinderem i chciała je porównać, ale byli też tacy, którzy chcieli się dowiedzieć, co to w ogóle za aplikacja i czy warto z niej korzystać. Dostawałam wiadomości od pań i panów po pięćdziesiątce, którzy pisali, że przeczytali, bo są ciekawi, czym młodzież dziś się zajmuje.

Twoja druga książka, „Pieprzenie i wanilia”, opisuje, jak rzucasz pracę w korporacji, sprzedajesz mieszkanie, kupujesz bilet lotniczy w jedną stronę i ruszasz we wspomnianą wcześniej podróż do obu Ameryk. Tam też korzystałaś z Tindera. Zauważyłaś różnice?

W Polsce jest względna równowaga płci, 45% kobiet i 55% mężczyzn, a np. w Stanach ten stosunek to 30 proc. do 70. Mężczyzn na Tinderze jest znacznie więcej, więc nie narzekałam na brak „matchów” (śmiech). Tam znacznie rzadziej trafiałam na osoby, które byłyby mi obce światopoglądowo, bo Amerykanie bardzo jasno deklarują, czy popierają Demokratów, czy Republikanów potrafią w swoim profilu napisać rozwiewające wątpliwości. „Fuck Trump”. Same spotkania przebiegały podobnie jak w Europie. Zazwyczaj padały pytania o to, skąd pochodzę, czym się zajmuję i co studiowałam, które niestety często sprawiają, że człowiek czuje się jak na rozmowie kwalifikacyjnej.

Opisy i zdjęcia na profilach też są podobne?

Amerykanie są trochę bardziej wysportowani. Rzadziej niż u nas można trafić na profile miśków, a częściej na fotki stałych bywalców siłowni, którzy z upodobaniem fotografują się w obcisłych ubraniach lub bez koszulki. Tamtejsi mężczyźni nie pozostawiają zbyt wiele dla wyobraźni (śmiech). A zamiast licznej na naszym Tinderze reprezentacji kibiców piłki nożnej są fani baseballa, którzy sprawiają dużo mniej fanatyczne wrażenie. Chociaż w Stanach nie ma dresiarzy czy kibiców Legii, to jak najbardziej można się natknąć na profile facetów „na jedno kopyto” z wiecznie powtarzającymi się opisami w stylu „carpe diem” albo „I am who I am” (tłum: "jestem jaki jestem"). Dokładnie jak w Polsce.

A jednak w swojej książce piszesz, że bardzo wiele zależy od miejsca zamieszkania, a konkretnie od stanu. Bo inaczej zachowywali się zapracowani nowojorczycy, a inaczej sympatyczni chłopcy ze Seattle.

Rzeczywiście, Nowy Jork i San Francisco sprawiały wrażenie miast bardziej oficjalnych, gdzie można spotkać sporo mężczyzn w garniturach, spiętych biznesmenów i pracowników korporacji. W Luizjanie na Tinderze dało się zauważyć dużo artystów, a Waszyngton to miejsce gdzie było wielu facetów, którzy po pracy angażują się w różne projekty społeczne, chcą zrobić coś dobrego dla świata. LA to mekka niespełnionych aktorów i chłopaków kochających surfing czy rolki, którzy są niczym klisza ze „Słonecznego patrolu”, a w Seattle, które jest moim ulubionym miastem w Stanach, łatwo znaleźć bezpretensjonalnych i sympatycznych robotników, bo sporo jest tam dużych zakładów, m.in. Boeinga, stoczni i tartaków. Podobało mi się, że oni są dumni ze swojej pracy, bo w Polsce nikt nie chełpi się tym, że jest zatrudniony np. w hucie.

Kiedy czyta się twoją pierwszą książkę wyraźnie widać, że użytkownicy Tindera są samotni. W USA też miałaś takie wrażenie?

Tak, szczególnie w Nowym Jorku, który jest pod tym względem dość depresyjnym miastem. Tam ludzie rzadko prowadzą życie towarzyskie, bo nie mają na to czasu. Czynsze są horrendalnie wysokie, jest drogo, więc wszystkim brakuje kasy i muszą bardzo dużo pracować. Pracownik korporacji w Warszawie zazwyczaj ma własne mieszkanie na kredyt i może sobie pozwolić na różne przyjemności, a osoba na podobnym stanowisku w NY wynajmuje, musi spładzać kredyt studencki i oszczędza każdego dolara. Nam sprzedawany jest obraz Stanów Zjednoczonych jako krainy mlekiem i miodem płynącej, a to jest kraj pełen kontrastów oraz ogromnej biedy, brudu i brzydoty. 70 proc. Amerykanów żyje od pensji do pensji, a po pandemii 40 milionom wynajmujących mieszkania grozi eksmisja. Sytuacja nie wygląda różowo także jeśli chodzi o płatną edukację i służbę zdrowia, bo większości obywateli nie stać na ukończenie studiów ani nawet na wykupienie relatywnie dobrego ubezpieczenia zdrowotnego, bo tam nie ma nic za darmo. 30% wszystkich Amerykanówma średnio 20-30 tysięcy dolarów długu w postaci kredytu studenckiego, który kończą spłacać średnio po 20 latach od zaciągnięcia. Nie istnieją nawet płatne urlopy macierzyńskie, co stawia kobiety chcące mieć dzieci w koszmarnej sytuacji.

 Nam sprzedawany jest obraz Stanów Zjednoczonych jako krainy mlekiem i miodem płynącej, a to jest kraj pełen kontrastów oraz ogromnej biedy, brudu i brzydoty. 70 proc. Amerykanów żyje od pensji do pensji, a po pandemii 40 milionom wynajmujących mieszkania grozi eksmisja. 

Będąc w podróży i umawiając się na randki przez Tindera chciałaś poznać lokalną kulturę i zwyczaje. A czego szukali mężczyźni podczas spotkań z tobą?

Myślę, że tego samego, co ja. Czyli rozrywki, spędzenia miło czasu z drugą osobą. Amerykanom podobało się, że podróżuję po ich kraju, często pytali mnie o wrażenia, chcieli mi opowiadać o swoim mieście lub mnie po nim oprowadzać. Fakt, że nie byłam stamtąd dodawał mi atrakcyjności, najwyraźniej nie codziennie spotyka się w Stanach turystki z Polski. Dla obu stron było oczywiste, że jeśli cokolwiek się między nami wydarzy, będzie jedynie przelotne i niezobowiązujące. Poza tym Amerykanie często używają Tindera w innych celach, niż randki - piszą, że nie mają czasu na związek, a nie są zainteresowani przelotnym seksem, więc chętnie umówią się po prostu na kawę, pogadać. Ale potrafią też wprost przyznać, że są otwarcie niemonogamiczni , co w Polsce zdarza się rzadko.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Asia Jędrusik (@asiajedrusik)

 

Czyli stawiają na szczerość. Moje koleżanki, które korzystają Tindera, często narzekają, że dopiero na spotkaniach dowiadują się, że facet ma żonę czy dziewczynę, o której wcześniej „zapomniał” wspomnieć.

W Polsce 41 % użytkowników Tindera, nie tylko mężczyzn, jest w związkach. I rzeczywiście, nie wszyscy się do tego przyznają. Jeśli widzisz, że ktoś ma na zdjęciu profilowym fotkę zachodzącego słońca czy Davida Hasselhoffa z gołą klatą, , to oczywistym jest, że ukrywa swoją tożsamość, żeby nie zostać przyłapanym na korzystaniu z aplikacji. Ale sporo mężczyzn od razu deklaruje, że ma żonę, nie zamierza jej zostawiać i szuka tylko dobrej zabawy. Dla nich szczerość też jest korzystna, bo dzięki temu mniejsze ryzyko, że wpakują się w relację, w której kochanka będzie miała wygórowane oczekiwania.

Ze Stanów pojechałaś do znacznie bardziej odległego kulturowo Peru. Tam Tinder też jest popularny?

Jeśli z niego korzystałam, to umawiałam się z turystami. Poznałam kilku Peruwiańczyków, ale to raczej były przyjazne spotkania, nie randki. Tamtejsi mężczyźni mają dość konserwatywne podejście do relacji damsko-męskich i umawiali się ze mną z ciekawości, ale odstraszała ich jakakolwiek inicjatywa wychodząca z mojej strony, bo nie są do niej przyzwyczajeni. Nie mówię o sferze intymnej, potrafili być spłoszeni nawet kiedy proponowałam, żeby zmienić lokal albo przejmowałam inicjatywę w rozmowie.

W Meksyku też tak było?

Tam ten konserwatyzm jest odrobinę mniejszy i nie aż tak widoczny na pierwszy rzut oka, ale Meksykanie są wychowywani w kulcie macho i po bliższym poznaniu to jest wyraźnie odczuwalne. Tam np. chłopak na pierwszej randce przepuści cię w knajpie w drzwiach przodem, ale przy okazji złapie za tyłek. Chociaż… kobiety potrafią zrobić to samo! W Meksyku dotyk jest na porządku dziennym, więc z jednej strony często ktoś przekracza twoje granice, z drugiej, nie zawsze robi to w seksualnym kontekście. 

Po powrocie do Polski przestałaś korzystać z Tindera. Dlaczego?

Przejadło mi się to wszystko. Poza tym, kiedy napisałam książkę, to Tinder zaczął być pracą. Co dwa miesiące wchodzę tam, odnawiam konto, rzucam okiem i analizuję, czy coś się zmieniło. Ostatnio zaglądam też na Facebook Dating, czyli aplikację, którą FB uruchomił w Polsce w Halloween. Myślę, że ma szansę przebić popularnością Tindera, który odkąd zaczął mieć płatne opcje robi się coraz słabszy.

Wyjaśnisz?

W tańszej wersji płatnej masz możliwość wrócenia do poprzedniego wyboru i zmiany decyzji oraz powiększyć zakres poszukiwań powyżej 100 km od miejsca, w którym jesteś. Możesz też ukryć swój wiek. A w wersji superpłatnej od razu wyświetlają ci się osoby, które przewinęły cię w prawo. Czyli oszczędność czasu, która zabija całą zabawę. W dodatku od tego ile zapłacisz zależy jak często aplikacja pokazuje cię innym użytkownikom, a to już nie fair.

Dowiedziałaś się czegoś o sobie dzięki Tinderowi?

Wspominałam ci wcześniej, że do momentu rozwodu , niewiele wiedziałam o mężczyznach i o sobie w ich kontekście. Dzięki spotkaniom z facetami poznanymi w sieci przekonałam się np., że jestem niesamowicie nieśmiała, co było dla mnie sporym zaskoczeniem, bo w kontaktach nie-randkowych tak bardzo tego nie odczuwam. A tu nagle bałam się odezwać. Dosłownie! Często zdarzało mi się na randce usłyszeć, że ledwo mnie słychać, bo tak cicho mówię. Kolejnym zaskoczeniem było to, jak pozytywnie odbierają mnie inni. Kiedy się rozwodzisz, to jest ci smutno i źle, zaczynasz wpadać w kompleksy, ale jak spotykasz kolejnych mężczyzn, którzy powtarzają, że jesteś super i miło spędza się z tobą czas, to można podbudować swoje ego. Miło było dostać taką informację zwrotną

pieprzenie-i-wanilia-tinder-na-wakacjach-b-iext63607078

Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również