Wywiad

Dorota Kolak: "Ze związkiem nie jest tak, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności dostajemy go w prezencie"

Dorota Kolak: "Ze związkiem nie jest tak, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności dostajemy go w prezencie"
Fot. Filip Zwierzchowski

Mawia o sobie „prowincjonalna aktorka dużych ról z popularnością osiedlową”. Ale nie dajmy się zwieść tej kokieterii. Dorota Kolak to aktorka wybitna i popularna. A jej role konstruowane są tak, że zawsze wychodzimy z kina poruszeni.

W 1980 roku wychodzi pani za mąż i kończy krakowską PWST. Mąż, Igor Michalski, kończy łódzką filmówkę. Na dwa lata przenosicie się z Krakowa do teatru w Kaliszu. Wyobrażam sobie, że panuje tam atmosfera jak z „Aktorów prowincjonalnych” Agnieszki Holland.

DOROTA KOLAK: Nie do końca – z tej prostej przyczyny, że myśmy poszli do tego teatru sporą grupą. Byli koledzy z mojego roku i z reżyserii. Przypominało to raczej obóz młodzieżowo- treningowy. Myśmy bardzo dużo pracowali, opiekowała się nami dyrektor Próchnicka, moja pedagog z Krakowa, która dawała nam bardzo dużo pracy. Pracowaliśmy od nocy do nocy i znów od nocy do nocy. W nocy, popijając alkohol, naprawialiśmy polski teatr, bo oczywiście, to od nas się wszystko miało zacząć. (uśmiech) Po drodze jest stan wojenny i ta nasza grupa po prostu się rozsypuje. Odchodzi pani dyrektor, nasi koledzy rozjeżdżają się do różnych teatrów w Polsce. Każdy szuka swojego miejsca. Mnie i Igora przyjmuje do Teatru Wybrzeże mój teść Stanisław Michalski.

Pamięta pani Gdańsk stanu wojennego? SKOT-y na ulicach, palące się koksowniki. Atmosferę lęku, niepewności…

Mieszkaliśmy wtedy na Przymorzu. Do dziś pamiętam, że przejeżdżając kolejką miejską obok stacji Stocznia, widzieliśmy siedzących na dachu stoczniowców, którzy na tym dachu pisali kredą: Wytrzymamy! Bądźcie z nami! (Dorocie Kolak łamie się głos)

Ten stan wojenny siedzi w człowieku głęboko...Wie pani, ja jestem tchórzliwą jednostką, wielu rzeczy się boję, jestem podszyta lękiem i do dziś mam do siebie żal, że nie poszłam wtedy pod stocznię, choć mąż mnie bardzo namawiał. Czuło się, że w Gdańsku jest ogromna siła.

W teatrze byli niezwykli ludzie: Halina Winiarska, Jurek Kiszkis (internowany w stanie wojennym), Halina Słojewska. To oni biorą nas pod blok Wałęsy na Zaspie, kiedy on dostaje Nobla. Stoimy w grupie aktorów Wybrzeża w tłumie ludzi pod blokiem, krzyczymy uradowani, rozpiera nas duma, szczęście. Pamiętam tylko flesze sprzed tych 40 lat, ale wtedy zaczęłam czuć, że nadchodzi jakaś zmiana, że coś się rodzi, że jest nadzieja, że coś się zmieni. Czuliśmy, że w tym garnku kipi od emocji, że stan wojenny to przydusił, ale to się odrodzi, to się kiedyś uda zmienić.

Pamięta pani pierwsze mieszkanie w Gdańsku?

Oczywiście, służbowy pokój ze ślepą kuchnią i ślepą łazienką na parterze, z dodatkowymi lokatorami w postaci karaluchów, które regularnie wychodziły z piwnicy. Ale to było nieważne. Cieszyliśmy się, że mamy samodzielne mieszkanie. To było wtedy wielkie szczęście. (uśmiech) Przez chwilę w tamtych czasach myślałam, że teatr jest najważniejszą częścią mojego życia. I on chyba rzeczywiście był. Bardzo dużo grałam, spełniałam się w zawodzie. Byłam szczęśliwa, że dostaję role i że mam u boku Igora. Miałam przy sobie kogoś, kto był niezawodny, opiekuńczy, szalenie odpowiedzialny, a jednocześnie pełen poczucia humoru, szaleństwa, radości życia.

Mąż równoważył pani lęki?

Zdecydowanie tak. Miał w sobie ten rodzaj wolności, dezynwoltury, która pozwalała mu na nieprzejmowanie się rzeczami drobnymi, nieistotnymi. Mój mąż ma tę cudowną cechę nieprzejmowania się „pierdołami”, czego ja nie mam. Igor ma jasno wyznaczone priorytety i nie zbacza z obranej drogi. Mój związek od początku był fundamentem, na którym wszystko budowaliśmy. Był na zawsze. Czego nie mogłam powiedzieć o teatrze. Tu pewności nie miałam. Czy to będzie trwało, czy będę miała pracę, czy będę mogła realizować moje filmowe lub teatralne marzenia...

Ze związkiem też nigdy nie mamy pewności, że będzie na zawsze. A państwo są już razem 41 lat. To chyba rzadkość, szczególnie w świecie teatralno-filmowym?

Nie mam takiego wrażenia, że jesteśmy wyjątkiem. Wielu naszych sześćdziesięcioparoletnich znajomych ma podobne staże.

To młodsze pokolenie szybciej z siebie rezygnuje, szuka szczęścia często tam, gdzie go nie ma. Ze związkiem nie jest tak, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności dostajemy go w prezencie. My nad naszym wykonaliśmy solidną pracę, każdy w innym okresie swojego życia. Jesteśmy z Igorem kompletnie inni i może ta inność powoduje, że to wszystko trwa. I jest dobrze.

Ma pani dużo przyjaciół?

Policzyłabym ich na palcach jednej ręki. Na pewno do najbliższych należą mój mąż, moja córka, moja siostra i dwie przyjaciółki. To wszystko. Ja całe życie mam tak, że zamiast zwierzać się koleżankom, wolę wrócić do domu i opowiedzieć wszystko Igorowi. Nie jestem łatwa w przyjaźni. Jestem nieufna. A jak już zaufam, to potem wystarczy naprawdę niewiele, by znowu mnie do siebie zniechęcić jakimś zdaniem albo gestem. (uśmiech)

Siostra jest podobna do pani?

Chyba tak. Obie jesteśmy wsobne, może dlatego tak dobrze się dogadujemy, że byłyśmy dla siebie wystarczające na wczesnym etapie życia. A potem obie urodziłyśmy córki i one nas też zbliżyły. Czyli trudno dotrzeć do pani serca? Trudno. Ja sobie też często zadaję pytanie, dlaczego jestem tak nieufna, zamknięta w sobie. 

Ta cecha przeszkadza w zawodzie?

Trudno to wyjaśnić, ale mam wrażenie, że wszystko, czego mi w życiu brakuje, rekompensuję sobie, grając. Na przykład szaleństwo. Jestem ułożona i taka zwyczajnie porządna (śmiech), w życiu codziennie sprzątam, gotuję, wynoszę śmieci, a potrzebę szaleństwa spełniam na scenie. Ten obszar, którego czasem moim koleżankom zazdroszczę, realizuję poprzez role. Kiedy jadę na plan, realizuję się też towarzysko. Jest gęsto od emocji. Śmiejemy się, rozmawiamy, spieramy. Niestety nagle koniec zdjęć – wszystko się kończy. Wsiadam do pociągu i wracam do Gdańska. Taki moment wyciągnięcia z wody. Może dlatego, kiedy taki projekt się zamyka, mam poczucie osamotnienia i opuszczenia.

Kiedy wraca się z planu filmu albo po przedstawieniu w Nowym Teatrze, gdzie gra pani gościnnie, przychodzi moment szczęścia, spełnienia?

Nie, to jest raczej moment, kiedy wreszcie mogę wypuścić trochę powietrza z poczuciem: „Dobra, dałam radę”.

Jest pani dumna z siebie?

Tak nie mogę powiedzieć, bo film jest zawsze w drodze... Jeszcze go nie widzę przez kolejnych kilka miesięcy. My, aktorzy, jesteśmy tylko podwykonawcami. Nie znamy końcowego efektu, nie wiemy, jak zostanie zmontowany. Zawsze więc czeka się na tę ostateczną wersję.

Lubi pani oglądać siebie na ekranie?

Niestety, nie umiem się zaangażować w oglądanie. Oglądam na zimno, technicznie: „to źle”, „i to źle”, „dlaczego on to tak zmontował”, mruczę pod nosem. „To trzeba było zrobić inaczej”, „no tak, gdybyś wiedziała, tobyś zrobiła...”, „po co on to tak skrócił”... zawsze jestem z siebie niezadowolona.

A my, widzowie, oglądamy „Zjednoczone stany miłości” czy „Zabawę, zabawę” i wchodzimy w te historie do końca. Zanurzamy się w te dramaty, jesteśmy obezwładnieni pani aktorstwem. Rola lekarki, prof. Teresy Malickiej, w filmie Kingi Dębskiej „Zabawa, zabawa” siedzi we mnie do dziś bardzo głęboko. Pani czuje, kiedy dostaje rolę tak ważną społecznie?

Nie. Zrozumiałam to, kiedy ten film wszedł na ekrany i się okazało, że ktoś mnie zaczepia na przystanku. Że jakiś młody człowiek w kolejce do samolotu podchodzi do mnie i opowiada mi swoją historię. Jakaś pani na przystanku, ktoś w pociągu, inna pani w sklepie. I nagle uświadamiam sobie, jak wiele osób widziało ten film. Co on uruchomił. Niestety, nie zdarzyło mi się, żeby usłyszeć , że film odmienił czyjeś życie, spowodował, że ktoś przestał pić. Raczej podchodzili ludzie, którzy mieli dużą potrzebę opowiedzenia swojej historii, swojego dramatu.

Powiedziała pani niedawno, że pandemia przypomniała pani czasy stanu wojennego. Podobny lęk, poczucie zagrożenia, niepewności.

Tak, na początku pandemii towarzyszyło mi poczucie zagrożenia, niepewności, lęku. Poczucie tego, że nie wiem, co będzie jutro, ale jednak było to coś zupełnie innego niż stan wojenny. Bo stan wojenny spowodował, że gdzieś w podziemiu skonsolidowaliśmy się w buncie i prawdzie. Zbieraliśmy siły, wierzyliśmy, że to musi kiedyś piep**nąć. Kumulowała się w nas twórcza siła. Natomiast w czasie lockdownów ta energia została kompletnie rozproszona. Jeżeli ktoś z kolegów mi mówi, że w czasie zamknięcia właściwie wydarzyło się coś dobrego, bo wreszcie miał czas dla siebie, to ja tak nie miałam. Byłam co prawda w luksusowej sytuacji, bo na początku pierwszego lockdownu wyjechaliśmy z mężem, córką, zięciem i wnuczkiem na Kaszuby. Mieliśmy siebie i przyrodę, ale nie czułam szczęścia i spokoju. Myślałam bez przerwy: „Co będzie dalej, jak to będzie, czy kiedykolwiek wrócimy do teatru, do filmu. Kiedy to się skończy?”. Czułam smutek i brak nadziei.

Żeby przetrwać, musiała pani przyjąć jakąś postawę obronną. Co to było?

Przetrwać! Zamrozić się i przetrwać. Miałam nawet katastroficzne myśli, że wszystko, co do tamtej pory zrobiłam, to już są moje ostatnie rzeczy. Że już nigdy nie wrócę do teatru, że...

To jest ta pani ciemniejsza strona osobowości?

Tak, zdecydowanie ciemniejsza. Ratował mnie oczywiście mąż, który mówił: „Będzie dobrze. Będą premiery! Dobra, teraz nie, ale za chwilę się ruszy. Przetrwamy! Wrócimy do teatru! W maju nas otworzą! Nie martw się na zapas. Odpoczywaj, kobieto, na leżaku i przestań się zamartwiać. Czy ty nie możesz się cieszyć?”. Trzymałam się tych słów jak kół ratunkowych. Moją kotwicą był i jest też mój czteroletni wnuczek, który cieszył nas każdym wypowiedzianym słowem czy zabawnym gestem. Jest cudownym, mądrym chłopcem.

Cały wywiad przeczytasz w najnowszym, lutowym wydaniu magazynu PANI.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również