Wywiad

Katarzyna Dąbrowska: "Nigdy się nie poddaję. I bardzo to w sobie lubię"

Katarzyna Dąbrowska: "Nigdy się nie poddaję. I bardzo to w sobie lubię"
Rozmawiamy z Katarzyną Dąbrowską o roli w serialu 'Behawiorysta', o Instagramie, życiu prywatnym, zdobywaniu ról.
Fot. Akpa

"Kiedy coś mi nie wychodzi, kiedy zaliczam upadki czy porażki, nie załamuję się. Idę dalej”, mówi aktorka. Katarzyna Dąbrowska opowiada o nowej roli , zdrowym nałogu, miłości do rocka i kobiecej sile. 

Lubisz siebie oglądać na ekranie? Jesteś dla siebie łaskawa czy krytyczna?

KATARZYNA DĄBROWSKA: Kiedyś byłam wobec siebie bardzo krytyczna, nieustannie oceniałam swój wygląd i swoją grę. Dziś jestem już dojrzalsza i patrzę na siebie łaskawszym okiem. Oglądam siebie przede wszystkim pod kątem zawodowym, żeby sprawdzić, co udało mi się "przerzucić" na ekran. Zawsze ciekawi mnie finalny efekt projektu. Bo prawda jest taka, że my, aktorzy, zazwyczaj widzimy to, co się dzieje na planie zdjęciowym tylko w kontekście naszych postaci. Interesuje mnie, jak materiał został zmontowany, jak zagrali koledzy. Ostateczny kształt każdej produkcji zawsze jakoś się różni od moich wyobrażeń. Ale wracając do oceniania – dość szybko nauczyłam się oddzielać siebie i swoje poczucie atrakcyjności od wizerunku mojej postaci. Lubię się do roli zmieniać, zobaczyć się w innym wydaniu. W "Behawioryście" pojawiam się w odsłonie mocno "odatrakcyjnionej". Nie mam z tym problemu, nie patrzy mi się na to ciężko. Raczej podziwiam robotę pionów charakteryzacji i kostiumów. Fajnie, że te nasze produkcje idą w stronę, która kojarzy mi się z tymi zagranicznymi. Wreszcie nie upiększamy wszystkiego, nie wygładzamy, tylko staramy się złapać jakiś poziom wiarygodności.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Katarzyna Dąbrowska (@kasiadabrowska)

W serialu "Behawiorysta" grasz kobietę po przejściach, w wielkim kryzysie i depresji.

Tak, Brygidę poznajemy w momencie wielkiego załamania nerwowego. Jej związek się rozpada, a ona próbowała targnąć się na swoje życie. Przygotowując się do zagrania tej roli, sporo czytałam o depresji. Zależało mi na tym, by oddać stan mojej postaci w sposób prawdziwy. Sporo też rozmawialiśmy z Łukaszem Palkowskim, z charakteryzatorką i kostiumografką, i postanowiliśmy, że wizerunek Brygidy musi być spójny z jej wnętrzem. Przyznam, że sama miałabym problem, żeby uwierzyć w taką postać, gdybym na ekranie widziała kobietę z pomalowaną rzęsą. Osoba w takiej sytuacji nie myśli o tym, jak wygląda. W którymś momencie Brygida mówi, że jedynym powodem, dla którego nie podejmie kolejnej próby samobójczej, jest jej córka.

To prawda, że aby wiarygodnie wcielić się w tę postać, przestałaś ćwiczyć, żeby twoje ciało "oklapło"?

Jestem osobą energiczną i czułam, że muszę tej energii mieć trochę mniej. Nie służyło mi uprawianie sportu, który normalnie jest moim sposobem na reset. Zazwyczaj po zdjęciach wskakiwałam w buty do biegania i biegłam kilka kilometrów. Tym razem musiałam być wyciszona, apatyczna i lekko zapadnięta.

Ciekawą przygodą z wizerunkiem miałaś też na planie show "Twoja twarz brzmi znajomo". Które z wcieleń tak mocno poczułaś pod skórą?

Amy Winehouse. Aż 8 godzin trwało przeobrażenie mnie w nią. Amy była więc wyzwaniem, niezapomnianym zadaniem i fajną muzyczną przygodą. Udział w tym programie traktowałam jak świetną zabawę, ale też niezły trening aktorski i wokalny.

Ta miłość do muzyki zaczęła się u ciebie bardzo wcześnie.

To prawda, od muzyki wszystko się zaczęło. Lubiłam śpiewać i jako dziecko chciałam pójść do szkoły muzycznej. Nie było takiej w mojej rodzinnej Nidzicy. Ostatecznie trafiłam do Domu Kultury, gdzie spotkałam świetnych nauczycieli, którzy rozbudzili moją pasję artystyczną. Robiłam tam kabaret, teatr, miałam zajęcia muzyczne. Startowałam też w konkursach recytatorskich i wokalnych. Jednym z pierwszych był Konkurs Piosenki, Prozy i Poezji Francuskiej organizowany przez moje liceum, który, ku swojemu zaskoczeniu, wygrałam. A potem pojechałam na etap ogólnopolski w Lubinie i niespodziewanie znów zgarnęłam główną nagrodę. Dla mnie, młodej dziewczyny z Nidzicy, ten konkurs i towarzysząca mu atmosfera były niezwykłe. Otrzymałam Grand Prix w kategorii amatorów. Poznałam tam moje przyszłe koleżanki aktorki, a wówczas studentki, Magdę Kumorek, Joannę Liszowską, Anię Dereszowską. Coraz mocniej zaczęła we mnie kiełkować myśl o studiach aktorskich. Gdy stanęłam przed wyborem: studia wokalne czy aktorskie, wybrałam aktorstwo. Bo kojarzyłam wiele śpiewających aktorek, a wokalistek, które grają w teatrze – nie.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Katarzyna Dąbrowska (@kasiadabrowska)

Co ci w duszy gra?

Często biorę udział w koncertach poświęconych piosence literackiej, tej napisanej przez mistrzów słowa – Osiecką, Młynarskiego, Przyborę. Zdarza mi się też grywać koncerty, którym bliżej do jazzu czy bluesa. Wychowałam się jednak na muzyce rockowej, którą tata puszczał mi od najmłodszych lat. I mam w sobie takie rockowe zacięcie.

Największa aktorska przygoda?

Zawsze mówię, że z produkcjami, rolami jest trochę jak z dziećmi – każde się kocha jednakowo (śmiech). Trudno wybrać. Wiele fajnych wyzwań za mną. Bardzo się cieszę, że przydarzył mi się ten "Behawiorysta", bo miałam szansę pokazać się z zupełnie innej strony. W tym zawodzie różnorodność jest ogromnie ważna. Ale mam nadzieję, że ta największa zawodowa przygoda jeszcze przede mną.

Daleko sięgasz w aktorskich marzeniach?

Ostrożnie z marzeniami, bo jak się je wypowiada na głos, to mogą się spełnić! A tak serio – staram się na nic nie nastawiać.

Nie robię planów, bo często fiksując się na coś, nie zauważamy tych innych, ciekawszych szans. Przegapiamy je. Staram się być otwarta na to, co się wokół dzieje, co się pojawia. Nie jestem też w stanie wszystkiego zaplanować. 

W tym zawodzie jesteśmy zależni od wielu różnych ludzi. I nie raz coś, co już-już miało się wydarzyć, wcale się nie zdarzyło, a przyszło coś dużo fajniejszego. Z perspektywy czasu niejednokrotnie widzę, że lepiej, że stało się tak, jak się stało. Ale kiedy już marzę, marzę szeroko. 

I zdradzę ci, że marzy mi się rola w kinie, w której mogłabym wykorzystać swoje wokalne umiejętności. Czasami miewam też zdjęcia próbne do zagranicznych produkcji – byłoby wspaniale, gdyby mi się taka przygoda kiedyś przytrafiła. Ten zawód to taki nieustanny konkurs.

Czasem to też konkurs na popularność. Czy Instagram, liczba fanów i obserwatorów wpływa dziś na angaż aktorek tak jak modelek?

Słyszałam takie plotki, ale nikt mi tego nie poparł dowodami. Nie zdarzyło mi się, żeby zadzwoniła do mnie agentka i powiedziała, że nie otrzymałam roli, bo mam za mało obserwatorów na Instagramie. Ani w drugą stronę: nigdy nie dostałam pracy tylko za to, że mam dużo followersów (śmiech). Mam nadzieję, że o tym, kto dostaje angaż, nadal decydują przede wszystkim umiejętności.

Mówisz, że ten zawód to dużo pracy i mnóstwo porażek. One cię zniechęcają czy motywują?

Porażki są nieodłączną częścią i życia, i zawodu. Nie dotyczy to tylko mnie i aktorstwa. Czy każdemu człowiekowi w życiu wszystko się udaje? Raczej nie. Jedno się udaje bardziej, drugie mniej, a trzecie wcale. Mam to szczęście, że od czternastu lat jestem na etacie w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Mówię o tym w kategoriach szczęścia, bo bycie w teatrze zespołowym uczy nieco innego podejścia do tego zawodu, uczy tego, że mylenie się nie jest niczym złym. Nasza praca w trakcie prób polega właśnie na tym, żeby się nie bać mylić, żeby proponować i odrzucać jakieś rozwiązania, a potem szukać dalej. Wtedy dochodzi się do najlepszych rezultatów. W życiu i w aktorstwie mylenie się jest nam potrzebne do tego, żeby się rozwijać.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Katarzyna Dąbrowska (@kasiadabrowska)

Uważasz się za silną kobietę?

Tak, bo się nie poddaję. Lubię to w sobie, to mój atut.

Kiedy mi coś nie wychodzi, kiedy zaliczam upadki czy porażki, nie załamuję się. Idę dalej. Naprawiam, szukam rozwiązania i znów prę do przodu. Ostatnio wpadłam do garderoby w fatalnym nastroju. Dopadło mnie przeziębienie, a dodatkowo przeżywałam zawodowe niepowodzenie. Koleżanka na mój widok krzyknęła: „Kaśka, ja cię takiej nie znam! Nawet jak ci się coś złego wydarzy, to ty się na to ewentualnie wkurzysz i idziesz dalej”. Rzeczywiście tak jest.

Tamten dzień to był wyjątek, potwierdzający regułę. Nie łamię się, pewnie jest to zasługa wychowania, obserwacji mojej mamy i babci, które nie narzekały, tylko szukały rozwiązania. Bez względu na okoliczności radziły sobie.

Wystawiłaś na aukcję WOŚP wyjątkowy wieczór z tobą.

Pomyślałam, że najcenniejsze, co mogę ofiarować, to wspólnie spędzony czas. Zaprosiłam więc zwycięzcę licytacji do teatru na naszą najnowszą premierę – "Gdybym cię nie poznał" w reżyserii Jarka Tumidajskiego. To piękna miłosna opowieść o przeznaczeniu i o tym, jaką rolę odgrywa w życiu przypadek. Ja w tym przedstawieniu także śpiewam, bo moja bohaterka w różnych wariantach swojego życia jest albo aspirującą wokalistą, albo spełnioną artystką robiącą muzyczną karierę. Po spektaklu zabiorę zwycięzcę z osobą towarzyszącą na kolację do ulubionej włoskiej knajpy.

Przez kilka lat nałogowo biegałaś. To był rodzaj terapii, spotkania z własnymi myślami?

To zawsze był mój sposób na medytację i forma odstresowania się. Robię to coraz rzadziej, bo mieszkam w centrum, a w Warszawie często jest duży smog. W ostatnim czasie biegam głównie wtedy, kiedy jestem na Mazurach. Ale ponieważ sport jest mi w życiu potrzebny, przerzuciłam się na siłownię. Nigdy nie ćwiczyłam w taki sposób, więc dopiero zaznajamiam się z tym, co znaczy tego rodzaju trening, ale mój trener twierdzi, że szybko się uczę (śmiech). Lubię się ruszać, sport w każdej formie jest wspaniałym czyścicielem głowy. W szkole podstawowej chodziłam do klasy o profilu sportowym i ten ruch się we mnie zakodował. Pomaga mi, relaksuje i jest dla mnie rodzajem zdrowego nałogu.

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również