Wywiad

Krystyna Demska-Olbrychska i Daniel Olbrychski o miłości i wspólnym przeżywaniu świata: "Los miał na nas plan"

Krystyna Demska-Olbrychska i Daniel Olbrychski o miłości i wspólnym przeżywaniu świata: Los miał na nas plan
W 2023 roku para odebrała statuetkę Srebrnych Jabłek przyznawaną przez magazyn PANI
Fot. Agencja AKPA

Zgody w domu pilnuje pies Pippi. Nie znosi, gdy ludzie się kłócą. A małżeństwo Krystyny i Daniela Olbrychskich to związek wciąż pełen namiętności, pasji, żaru. Przy tej temperaturze uczuć eksplozje są nieuniknione: ona krzyczy, on wychodzi, pies prowadzi mediacje. Po chwili zapominają, o co poszło. Jak mówią, to nie dramat, lecz ich prywatna komedia w trzech aktach. Niedawno napisali, a później przeczytali wspólnie Dary losu – książkę o miłości, przyjaźni i wspólnym przeżywaniu świata.

W Krajobrazie po bitwie, Potopie, Ziemi obiecanej stworzył kreacje niezapomniane. Daniel Olbrychski był ulubieńcem mistrzów: Hoffmana, Leloucha, Wajdy, Zanussiego. Aktorem podziwianym nie tylko w Polsce. Nie dziwi, że Krystyna Demska-Olbrychska kochała się w nim już jako nastolatka. Ale wspólne życie zawdzięczają losowi, który miał swój plan. Gdy się spotkali, byli dojrzałymi ludźmi z innych miast, w innych związkach. Najpierw namiętność pokonała dystans i dotychczasowe relacje. Później przyszła przyjaźń

Krystyna Demska-Olbrychska: "Koleżanki wątpiły w sukces i trwałość tej naszej wzajemnej fascynacji"

Twój STYL: Nagraliście Dary losu w wersji audiobookowej. Jak wam się pracowało?

Krystyna: Na początku miałam wątpliwości. Dla Daniela studio to naturalne środowisko – mikrofon, słuchawki, cisza, skupienie. On ma za sobą setki nagrań. Ja pierwszy raz byłam po tej stronie, ale od razu poczułam, że to coś wyjątkowego. Odbyłam podróż przez emocje, które rosły w trakcie czytania. Czasem śmiałam się, czasem głos mi się łamał, bo przypominały się trudne chwile. Przy pierwszych nagraniach Daniel był przy mnie, siedział z boku i słuchał, a ja udawałam, że jego obecność mnie nie peszy.

Daniel: Krysia czuła tremę, ja byłem wzruszony. Znałem tekst, ale w jej interpretacji zabrzmiał inaczej. Delikatniej, intymniej. Jakby czytała list.

Jednak wspólną książkę napisaliście właściwie… osobno.

Krystyna: Początkowo mieliśmy pisać razem, ale każde chciało to robić po swojemu. Lubimy słowa. Ja czasem piszę coś na Facebooku – wspomnienia, krótkie refleksje o „tu i teraz”. Zdarza się, że ktoś je podchwyci, skomentuje. Czasem to ludzie, których szanuję, cenię, często – nieznajomi, a bywa, że tacy, których chciałabym poznać. Zdarza się też hejt, przykre, złośliwe ataki pełne nienawiści. Myślę wtedy: „O, czyli to ma sens. Warto wiedzieć, wśród jakich ludzi żyjemy”.

Albert Camus uważał, że „człowiek jest sumą swoich wyborów”. Dary losu pokazują, że za was niektóre podejmowało życie.

Krystyna: Kiedyś byłam przekonana, że wszystko zależy ode mnie – decyduję i kuję swój los. Im dłużej żyję, tym bardziej upewniam się, że on ma swój plan wobec nas. Może tak działa przeznaczenie? Już jako trzynastolatka czułam, że Daniel jest dla mnie „tym” mężczyzną. Mówiłam to głośno (mam świadków). Kilka razy biegałam do kina na Małżeństwo z rozsądku, żeby go oglądać na ekranie. Kiedy spotkaliśmy się jako dorośli, miałam 39 lat, wiedziałam, że to moment, by się zatrzymać, już nie szukać dalej. I to był dar losu, trzeba mieć refleks i odwagę, by go nie przegapić.

Odwagę?

Koleżanki wątpiły w sukces i trwałość tej naszej wzajemnej fascynacji. Koledzy – nie.

Daniel Olbrychski: "Dopiero TA kobieta sprawiła, że w moim życiu wszystko jest na swoim miejscu "

Daniel miał opinię casanovy...

Daniel: Zaraz casanovy! Miałem kilka stałych związków i kilka cudownych romansów. Ale dopiero TA kobieta, którą spotkałem ponad 30 lat temu, sprawiła, że w moim życiu wszystko jest na swoim miejscu i w odpowiednich proporcjach. Chyba ktoś tam, na górze, mnie lubi.

Ktoś na górze, czyli kto, Bóg?

Daniel: Wiara… trudne słowo. Człowiek chce wierzyć, a jednocześnie wątpi. Ale wątpliwość to nie słabość, tylko dowód, że się myśli. Rubinstein mówił, że przeżył wszystko – rzeczy piękne i straszne, a... „Teraz nie mogę się doczekać, by sprawdzić, czy TAM coś naprawdę jest”. Potem rozsypali jego prochy, jak sobie życzył, nad Izraelem i nie ma nawet grobu.

Krystyna: Dla mnie wiara to nie przekonanie. Czasem wchodzę do pustego kościoła, żeby usiąść i pomilczeć. I w ciszy czuję, że On jest. Nie w rytuale, nie w złocie ołtarza, tylko w spokojnym rytmie świata. Poczucia tego rytmu uczył mnie przyjaciel, ksiądz Konrad Herrmann. Miał w sobie pogodną pewność, że świat ma sens. Nie dlatego, że ktoś to udowodnił. Zazdrościłam mu wiary, która nie potrzebuje dowodów. Konrad nie wiedział, jaki jest Bóg, ale wiedział, że jest. To mu wystarczało. Moja wiara to raczej pragnienie niż pewność.

Czy to dlatego, że wasza wiara wciąż jest w procesie, nie macie ślubu kościelnego?

Krystyna: Z Kościołem – instytucjonalnie – nam nie po drodze. Wiadomo, co myślimy o jego romansie z władzą. Gdyby żył ksiądz Konrad Herrmann, pewnie w końcu stanęlibyśmy przed ołtarzem.

Daniel: Maja Komorowska wciąż nas do tego namawia.

Krystyna: Dla niej to ważne – była zresztą świadkiem na ślubie kościelnym Daniela i Zuzi Łapickiej. Kiedy Zuzia umarła, Maja zatelefonowała do nas o ósmej rano. Myślałam, że dzwoni z kondolencjami, a ona mówi: „Krysiu, wiem, że ci ciężko, ale teraz możecie już wziąć ślub kościelny. I polecam się na świadka”. Obudziłam Daniela: „Maja zwariowała”. A on na to: „Nie, ona tak mówi z miłości. Dla niej ważne jest, żebyśmy nie żyli w grzechu”. Ślub cywilny mieliśmy dawno, po cichu.

Daniel: Pamiętam, jak postanowiłem się oświadczyć. Chciałem zrobić wrażenie, spotęgować swoją atrakcyjność, żeby Krysia nie powiedziała „nie”. Przypiąłem więc do poły szlafroka wszystkie moje „komandory”, czyli krzyże zasługi polskie, francuskie, niemieckie.

Krystyna: Pamiętam te oświadczyny. Wracam do domu z zakupów, drzwi otwiera Daniel w płaszczu kąpielowym, do którego ma przypięte medale. „Wyglądasz jak ruski generał” – zaśmiałam się. A Daniel klęka i mówi: „Uważam, że powinnaś wyjść za mnie za mąż”. Cisza. „Powiedziałaś, że wyglądam jak ruski generał, a generałowi się nie odmawia”.

Krystyna Demska-Olbrychska o związku z Danielem: "To była namiętność – taka, że nie mogliśmy bez siebie wytrzymać"

Wasz związek zaczął się od wspólnej pracy.

Daniel: Wszystkiemu winna sztuka Listy miłosne – nomen omen. Reżyserka Ania Matysiak prosiła, żebym zagrał z Basią Wrzesińską. Krysia znała Basię, przyjaźniły się. Spotkaliśmy się i zobaczyłem, jak Krysia, która była kierowniczką organizacyjną Teatru Współczesnego we Wrocławiu, potrafi uporządkować chaos, stworzyć przestrzeń, gdzie wszystko działa. Zaproponowałem jej, żeby zajęła się moimi sprawami zawodowymi. Powiedziałem: „Zrezygnuję z agentki francuskiej, włoskiej, ze wszystkich. Zajmuj się tym ty”. Ale tak naprawdę zaczęło się od... dobrego seksu. Listy miłosne były zaraz potem, już w konsekwencji.

Krystyna: To była namiętność – taka, że nie mogliśmy bez siebie wytrzymać. Mieliśmy różne życia, w innych miastach, ale ciągle szukaliśmy okazji, żeby się spotkać. A potem to już poszło – od namiętności do miłości i przyjaźni. Więcej nie powiem. Dziś panuje moda na obnażanie prywatności. Ludzie z radością pokazują światu to, co dawniej zostawało w czterech ścianach. Kiedy ktoś znany i lubiany fotografuje żonę z cellulitem na udach i wrzuca zdjęcia do sieci – niby z czułością, niby w imię „autentyczności” – a potem dumny jest z tysięcy obserwatorów, bo ludzie lubią zaglądać innym pod kołdrę, to mnie po prostu dziwi. Uważam, że są w życiu sfery, które warto zostawić skryte, tylko dla siebie. Nie ze wstydu, raczej z potrzeby posiadania intymnych sekretów, tajemnic tylko dla dwojga. Intymne sekrety bywają fascynujące.

Krystyna Demska-Olbrychska: "Mamy to szczęście, że u nas ogień się nie wypalił, nie przygasł"

Pierwsze lata: ogień, chemia, pożądanie – te zdarzają się każdemu. Ale trzy dekady razem to rzadkość. Czy istnieje reguła, która gwarantuje trwałość związku?

Krystyna: Mamy to szczęście, że u nas ogień się nie wypalił, nie przygasł. Bywa, że z tego żartujemy i trochę się nawet dziwimy. Ale płonie.

Daniel: Nie ma żadnych reguł, które coś gwarantują. Kiedy mieszkałem we Francji, „Paris Match” miał obsesję na punkcie miłości – co tydzień na okładce para marzeń. Kiedyś Johnny Hallyday z żoną i podpis: „Ils s’aiment, ils ne se quitteront jamais” – „kochają się, nigdy się nie rozstaną”. A na końcu numeru wrzucone tuż przed oddaniem gazety do druku inne zdjęcie – ten sam Johnny, ale już z nową partnerką. Tak właśnie wygląda życie – zaprzeczenie wszelkich zasad.

Krystyna: Nie ma systemu, recepty, bo gdyby istniała, to par takich jak my byłyby setki. A tak sam fakt, że po tylu latach siedzimy tu razem, światu wydaje się czymś niezwykłym.

Daniel: Może liczy się wspólne spojrzenie na świat, politykę, zbliżony gust do życia? Bo to też jest rodzaj miłości, że podoba nam się ten sam dom, światło, ta sama cisza. Że oboje lubimy ludzi, choć ja mam do nich więcej cierpliwości. Krysia mniej. Potrafi kogoś lubić, a potem drobiazg i bach, już po wszystkim. Ale nawet lubię tę ostateczność w niej. Bo „my” to nie jest zgodność charakterów, to chęć, by mimo różnic wciąż siadać przy jednym stole.

Daniel Olbrychski: "Krysia trzyma wszystko w ryzach"

Podobno „miłość dojrzewa nie w szczęściu, lecz w burzy”. Tak twierdził Romain Rolland. Mówicie, że macie różne charaktery. Zdarzały się w waszym związku burze?

Krystyna: Daniel mówi, że bywam apodyktyczna. Może ma rację. Lubię porządek, lubię postawić na swoim. Nazywam to konsekwencją. Niektórych irytuje, ale częściej pomaga. Porządek daje mi spokój, ale jego czasem doprowadza do szału.

Daniel: Jak uważał Adam Hanuszkiewicz – kobieta z mężczyzną nie porozumieją się do końca, bo to zbyt duża różnica płci. Mam bardziej wybuchowy charakter niż Krysia. Jerzy Hoffman, który słusznie obsadził mnie w roli Kmicica, mówił, że najpierw posiekałbym kogoś na kawałki, a potem starannie pozszywał. Czasem więc buntuję się przeciwko tej jej „konsekwencji”, ale potem widzę, że to ona trzyma wszystko w ryzach.

Krystyna: O co się sprzeczamy? O głupoty. Idziemy gdzieś razem, patrzę na niego i mówię: „Na miłość boską, jak ty się ubrałeś?! Nie te buty do tych spodni, zdejmuj to natychmiast!”. I już awantura.

Daniel: Dziś pokłóciliśmy się o godzinę spotkania z tobą. Jestem pedantyczny w kwestiach punktualności – w moim zawodzie to świętość. I pomyślałem, że Krysia pomyliła termin. Dla mnie to byłby grzech ciężki.

Krystyna: W takich sytuacjach mam więcej luzu – całe życie pracowałam w teatrze, gdzie wszyscy coś planują, coś odwołują, aktorzy mają po kilka zajęć naraz. Ale to też jest bliskość – te małe wkurzenia, po których zawsze przychodzi śmiech. Bo nie potrafimy długo się gniewać. Mamy wspólną sypialnię, wspólne wieczory, książki. Czasem czytamy każdy swoją, czasem tylko słuchamy, jak to drugie przewraca kartki. Zdarza się, że Daniel po jakimś spięciu teatralnie wstaje, bierze kołdrę i mówi: „Idę spać do gabinetu”. I wtedy zaczyna się dramat ... psa

Daniel: Bo Pippi, która śpi z nami, nie wie, z kim zostać. Biega między pokojami jak mediatorka. To nasza małżeńska komedia w trzech aktach: ja wychodzę, pies kręci się zdezorientowany, po kwadransie wracam – i nikt już nie pamięta, o co chodziło.

Krystyna: Pippi przywraca pokój. Patrzy na nas z wyrzutem, jakby mówiła: „Naprawdę, jeszcze wam się chce, znów sprzeczka?”. Mamy też kota Orfeusza, który jest uzdrowicielem. Kiedy boli mnie głowa albo jestem smutna, kładzie się obok i dotyka mnie łapką, jakby chciał uleczyć. Niestety wtedy suczka go przegania. W naszym domu nawet zwierzęta mają swoje emocjonalne role.

Daniel: Uczą czułości. Reagują nie na słowa, tylko na ton. Wystarczy, że powiem coś ostrzej do Krysi, a Pippi już warczy, jakby przypominała: „Uważaj, człowieku, z kim rozmawiasz”. To mnie rozbraja. Myślę, że miłość dojrzała nie polega na tym, by mieć rację, tylko by mieć kogoś, przy kim można się mylić. Dom, w którym nikt się nie kłóci, to dom, w którym nic się nie dzieje. Nasz żyje. Są w nim pies, kot, ptaki i wiewiórki, które przychodzą na taras jak do włoskiej trattorii. Nie ma tu ciszy muzeum, jest pulsująca codzienność.

Krystyna Demska-Olbrychska o dojrzałej miłości:  "Każdy dzień jest próbą zaufania, czułości, obecności"

Jak się wypracowuje taką dojrzałą dobrą miłość?

Krystyna: Nasza składa się z drobiazgów. Z powtarzalnych, małych rytuałów. Każdy dzień jest próbą zaufania, czułości, obecności.

Daniel: W pracy jest tak samo. Oczywiście spotkałem ludzi, bez których nie byłoby mnie tu, gdzie jestem: Wajdę, Hanuszkiewicza, Hoffmana. Oni otwierali drzwi, o których nawet nie wiedziałem, że są. Ale za każdym razem, kiedy przez nie przeszedłem, zaczynała się walka. Sukces niczego nie gwarantuje. Po premierze, po nagrodzie, po brawach trzeba znów stanąć na scenie i udowodnić, że to nie był przypadek. Mam 80 lat, gram w siedmiu spektaklach i w każdym muszę TO zrobić od nowa.

Byłam na premierze Żaru w Teatrze Polonia. Wyszłam z poczuciem, że oglądam aktorstwo absolutne.

Daniel: Widziałaś wersję, która się udała. Dzień wcześniej, po próbie generalnej, wróciłem do domu pewny siebie, a Krysia powiedziała, że świetnie, po czym wymieniła całą listę rzeczy do poprawy. Myślałem, że eksploduję. Po gniewie przyszła cisza i myśl: ona widzi szczegóły, których ja, będąc w środku, nie dostrzegam. No więc poprawię.

Krystyna: Zdarza się, że przesadzam celowo. Wiem, że jak powiem coś zbyt ostro, Daniel się zagotuje, obrazi, ale weźmie to pod uwagę. Może czasem artystę trzeba lekko podrażnić, żeby sięgnął wyżej. Hanuszkiewicz powiedział: „Krytykujesz tylko tych, na których ci zależy”. Miał rację.

Czyli miłość to też sieć relacji, ludzie, którzy stają się wspólni?

Krystyna: Tak, wtedy naprawdę żyje się razem. Wspomniany ksiądz Konrad Herrmann był moim przyjacielem, a z czasem stał się bliski Danielowi. Kiedy odszedł, Daniel przeżył to tak samo jak ja. Prawdziwa przyjaźń przenika wszystko, co wspólne. Podobnie Laryska. Przyszła do nas 22 lata temu jako dziewiętnastoletnia dziewczyna z Ukrainy, jeszcze nie mówiła dobrze po polsku. Dziś jest częścią rodziny. W zeszłe święta napisała nam: „Jestem szczęśliwa, mam miłość, dzieci/ Szczęśliwa jestem cały czas/ Ja najbogatsza jestem w świecie/ Znalazłam Was i Kocham Was”. Płakałam wzruszona.

Daniel: Robi śniadania jak artystka. Na talerzu powstaje obraz: pomidorki jak biżuteria, jajko jak słońce. Patrzę i myślę: tak wygląda troska.

Ale życie to również trudne chwile, mogą więź wzmocnić lub ją osłabić.

Krystyna: Trudne są zawsze pożegnania. Choroby, odejścia przyjaciół – te momenty nas rozdzierają, ale też jednoczą, bo wtedy naprawdę czujesz, że dzielicie ten sam los. Pamiętam, jak Marlena Milwiw, moja przyjaciółka, trafiła do szpitala. Powiedziałam: „Jadę do niej”. Daniel miał problemy z biodrem, ledwo chodził, ale tylko spojrzał i powiedział: „Jadę z tobą”.

Daniel: W takich chwilach wszystko staje się proste. Nie ma analizy, nie ma dyskusji. Gdy kogoś kochasz, jest działanie.

Krystyna: Dlatego bez słowa wymieniam w domu żarówki, bo wiem, że Daniel tego nie zrobi. Jest zupełnie bezużyteczny w kwestiach technicznych. Dopiero tydzień temu nauczył się obsługiwać smartfon – i to tylko w podstawowym zakresie. Nie używa internetu, psuje komputery, gubi piloty.

Nie powierzyłabyś mu płacenia rachunków?

Krystyna: Nigdy! Kiedyś chodziłam na pocztę z grubym plikiem blankietów i urzędniczka w okienku pytała: „Pani płaci za cały blok?”. Teraz jest łatwiej – przelew, klik, spokój. Dla Daniela świat internetu i aplikacji to science fiction.

Daniel Olbrychski: "Największe szczęście w życiu, to po prostu żyć"

Czy starości można się nauczyć, przygotować do niej, czy jednak zawsze zaskakuje?

Krystyna: Nie lubię słowa „starość”, nie pamiętam o swoim wieku. Rozmawiam z kimś młodszym, a on mówi do mnie z przesadnym szacunkiem. Myślę: „Zwariował?”. Wciąż czuję się młodo. Jestem dziewczyną ze zwariowanymi pomysłami, które bardziej przystoją nastolatce niż osobie po siedemdziesiątce. Na przykład kiedy mamy chwilę, wsiadamy w samochód i jedziemy do Francji. Dwa tysiące kilometrów z jednym noclegiem. A w drodze powrotnej już ciągiem. Daniel tydzień wcześniej nie pije kawy, żeby potem zadziałała jak narkotyk.

Daniel: Bo ty przesypiasz połowę drogi. Albo tylko oglądasz krajobrazy.

Krystyna: Wciąż mam naturę psotnicy. Byliśmy niedawno w Gładyszowie z Magdą Schejbal, którą znam od jej urodzenia. Daniel jak zwykle rozmawiał o ważnych sprawach, a my z Magdą, znużone tą poważną rozmową, przestawiłyśmy zegar na wieży. Całe miasteczko obudziło się wcześniej. Cieszyłyśmy się obie jak dzieci.

Daniel: Krystyna potrafi przestawić nie tylko zegar, ale i całe życie! Może właśnie o to chodzi, żeby nigdy tego dziecka nie tracić? Największe szczęście w życiu, to po prostu żyć.

Tekst ukazał się w magazynie Twój STYL nr 02/2026