Wywiad

Michalina Łabacz: "Dom to dla mnie przestrzeń, do której wracam po siebie"

Michalina Łabacz: Dom to dla mnie przestrzeń, do której wracam po siebie
Michalina Łabacz
Fot. Agencja AKPA

Jej debiut był jak trzęsienie ziemi. Blisko 10 lat po premierze "Wołynia" Wojciecha Smarzowskiego Michalina Łabacz nadal zachwyca. W najbliższych miesiącach zobaczymy ją w kilku nowych produkcjach, m.in. w serialu "Scheda" Anny Kazejak na platformie Max.

Michalina Łabacz o roli w serialu "Scheda"

PANI: Czy dziedziczy się tylko to, co można policzyć, zapisać w testamencie i podzielić? A może dziedziczy się też ciszę przy stole, sposób milczenia matki i czułość, którą przekazał ojciec? Czym dla ciebie była ta serialowa historia o dziedziczeniu i czym jest scheda, którą niesiesz w swoim własnym życiu?

MICHALINA ŁABACZ: W serialu scheda jest dramatem, niechcianym spadkiem, który trzeba udźwignąć. Zamiast łączyć, zaczyna dzielić i odkrywa kolejne tajemnice. Ale to też próba. Próba zobaczenia, kim się stajesz, kiedy wszystko, co wiedziałaś, przestaje być pewne. W moim życiu dziedziczenie to nie rzeczy. To raczej sposób patrzenia na świat.

W serialu „Scheda” dziedziczenie przychodzi jak grom. Umiera dziadek, patriarcha, strażnik wspomnień i porządków i nagle wszyscy zaczynają coś liczyć. Ale przecież scheda to nie tylko liczby. To również przekleństwo. Albo niewypowiedziana historia. Czy twoja bohaterka Ola nie przyjęła czegoś, czego nie chciała? I czy przez nią ty również musiałaś coś przyjąć, z czym wcześniej nie chciałaś się spotkać?

Scheda w tym serialu to bomba pod stołem. Siedzimy przy nim wszyscy, pijemy herbatę, jemy zupę, udajemy, że nic się nie dzieje. A potem — bum. Testament. Otwiera się szuflada i wysypuje nie tylko papier, ale i wszystko, co w tej rodzinie było tłumione: żal, wstyd, niespełnione ambicje, zdrady, nieopłakane dzieciństwo. Ola miała przyjechać na chwilę, załatwić parę spraw i wrócić do swojego świata —filtrów, świateł, perfekcyjnie kadrowanych chwil. W jeden dzień jej życie wywróciło się na drugą stronę. Musiała podjąć decyzję i wziąć sprawy w swoje ręce, zawalczyć, zadbać nie tylko o siebie, ale i o rodzinę. To jest to, co najważniejsze w naszej historii. Każdy mierzy się ze swoją własną schedą. Moja bohaterka nie czeka, działa, jednocześnie jest niejednoznaczna i potrafi zaskoczyć. Lubię w niej pewność siebie, lekką zołzowatość i tajemnicę, którą w sobie niesie. Chyba mam szczęście do takich bohaterek. To kolejne wyzwanie i rola, która sprawiła mi wiele radości. Poruszamy tematy uniwersalne, temat rodziny zawsze będzie dla mnie bardzo ważny.

Michalina Łabacz: dziewczyna z Suwałk

A co sama dostałaś w spadku? Od Suwałk, od babek, od mamy, ojca i co z tego jest w tobie do dziś?

Im jestem starsza, tym wyraźniej czuję, skąd jestem. Nasz dom jest położony nad Czarną Hańczą, a ogród dochodzi prawie do samej rzeki. Woda mnie uspokaja. Zawsze tak było. I to wszystko zostało we mnie z dzieciństwa, z tego biegania po ogrodzie, brudnych stóp, sadu pełnego śliwek, jabłek i wiśni. Im dalej jestem, tym mocniej to doceniam. W kuchni królowała babcia. To dzięki niej lubię gotować. I nie chodzi o samo jedzenie. Chodzi o rytuał. Tworzyliśmy wielopokoleniowy dom, coś, co teraz wydaje się już niemal nieosiągalne. To dla mnie przestrzeń, do której wracam po siebie. W takich chwilach czuję, że scheda może być otuleniem.

Gdybyś dziś zamknęła oczy – tak zupełnie – i mogła poprosić babcię o jedno danie, co by to było?

Mam dwie wspaniałe babcie, które wybitnie gotują. Na pewno babka ziemniaczana. I nie chodzi tylko o smak. Chodzi o ten gest, kiedy kroją ją na duże kawałki. O to, jak pachnie w całym domu.

Dwie kobiety, dwa filary, dwie historie. Co ci dały?

Siłę. I czułość. Są różne, ale obie silne. Takie kobiety, które trzymają świat w całości. Które przeszły przez wiele, ale nie zatraciły miękkości. Wydaje mi się, że właśnie to od nich dostałam – tę równowagę między byciem samodzielną a umiejętnością kochania.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Michalina Łabacz (@michalinalabacz)

Michalina Łabacz: "Każdy ma do przejścia swoją własną drogę"

A rodzice? Co im zawdzięczasz?

Moi rodzice wierzyli we mnie zawsze, chyba zanim jeszcze ja potrafiłam to zrobić. Nie musiałam im niczego udowadniać. Bardzo mnie wspierali. Chociaż kiedy zdawałam do Akademii Teatralnej po raz trzeci, nic im nie powiedziałam. Nie chciałam ich stresować. Zrobiłam to po swojemu. Od dzieciaka lubiłam chodzić własnymi ścieżkami. Lubiłam być niezależna, tak jest zresztą do dzisiaj.

Pierwsze podejście – z nadzieją. Drugie – pewnie z rozpędu. Trzecie – w tajemnicy. Jakie to uczucie: iść za głosem, który jest twoim najgłębszym pragnieniem, i dwa razy usłyszeć: nie? Czy wtedy naprawdę można jeszcze wierzyć, że się nadajesz?

To są trudne momenty. Zaczynasz wątpić w siebie, zadawać pytania, co z tobą jest nie tak i czego ci brakuje. To naturalne, że pojawiają się wątpliwości. Teraz wiem, że w ogóle nie o to chodzi. Takie sytuacje uczą jeszcze więcej. Umacniają i pewnie są nawet potrzebne. Świeżo po maturze dostałam się do Studium Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Spędziłam tam cudowne dwa lata. Spotkałam wspaniałych ludzi i wiele się nauczyłam. Myślę, że każdy ma do przejścia swoją własną drogę i nie bez przyczyny dostałam się do szkoły dopiero za trzecim razem, inaczej może nie byłabym tu, gdzie jestem.

Zawsze wiedziałaś, że chcesz być aktorką?

Jest takie nagranie: mam trzy lata, stoję przed kamerą i mówię, że będę piosenkarką. To była moja pierwsza scena. Moje dziecięce przekonanie. Jeździłam na festiwale, chodziłam do studia piosenki, ale gdzieś podskórnie czułam, że się do tego nie nadaję. Nie miałam w sobie pewności, że to jest mój główny język. A scena, teatr to już było coś innego. Tam można się schować, przemówić cudzym głosem. Tam mogę być kimś innym bez konsekwencji. Nie chodzi o ukrycie się, ale o zanurzenie w inne istnienie. To jest fascynujące. Że mogę wejść w postać, która zrobiłaby coś, na co ja nigdy bym się nie odważyła. Mogę dotknąć emocji, których się wstydzę. I wyjść stamtąd cała. Może nawet bogatsza.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Michalina Łabacz (@michalinalabacz)

A dziś? Dziś – kiedy patrzysz na siebie z tej drogi, która miała tyle przystanków, tyle „nie” i tyle „spróbuję jeszcze raz” – co myślisz o tamtej dziewczynie, która trzeci raz po cichu wsiadała w pociąg do Warszawy?

Myślę, że była odważna. Że miała w sobie siłę. I że nawet kiedy nie wiedziała, czy się uda, to szła dalej. Powiedziałabym nawet, że fajnie to sobie wszystko wymyśliła.

Warszawa. Pamiętasz ten pierwszy moment, kiedy wiedziałaś, że tu zostajesz? Że to miasto – obce, przytłaczające, rozległe – staje się twoim domem?

Stałam na skrzyżowaniu przy domach centrum, odebrałam telefon, że dostałam się do Akademii Teatralnej, i… nie wiedziałam, w którą stronę iść. Pierwsza myśl: jak ja sobie poradzę? Jak się odnajdę w tym chaosie? A dziś? Nie wyobrażam sobie mieszkać gdzie indziej. Wsiąkłam. Zostałam.

Pierwszy rok szkoły teatralnej to dla wielu czas niepewności, rozchwiania. Czas, kiedy każdy dzień testuje, czy naprawdę jesteś tym, kim chciałaś być. Też czułaś się zagubiona czy przeciwnie – osadzona?

Miałam w sobie duży spokój. Dwa lata w Studium Wokalno-Aktorskim w Gdyni dały mi grunt. Do tego mieliśmy wyjątkowego opiekuna – Andrzeja Strzeleckiego. Byliśmy jego rokiem, rokiem rektora. Dawał poczucie bezpieczeństwa. Taki fundament, że cokolwiek się wydarzy, poradzimy sobie. Kiedy przyszedł „Wołyń”, to właśnie on powiedział mi: „Misia, nie bierz dziekanki. Damy radę. Pogodzimy wszystko”. I tak właśnie było.

Jak to jest, gdy spełnia się marzenie, które jeszcze nie zdążyło dojrzeć? Wiedziałaś, w co się pakujesz?

Chyba nie do końca. Widziałam tylko kartkę na tablicy: „Casting do filmu Wojtka Smarzowskiego. Zapraszamy także studentów pierwszego roku”. I poszłam. Bez planu. Bez wyobrażenia. Nigdy wcześniej nie stałam przed kamerą. Nie wiedziałam, czym to pachnie. Ale kiedy zaczęłam grać Zosię, poczułam, że dojrzewam razem z nią. Ona w kilka miesięcy musiała przeżyć coś, co innym zabiera całe życie. I ja chyba też wtedy przeszłam coś podobnego. To był skok na głęboką wodę. Ale najpiękniejszą z możliwych. Mimo tematu, mimo bólu czułam się zaopiekowana. Wojtek kocha aktorów, to się czuje w każdym jego geście. Choć każda scena była dla mnie pierwsza - emocjonalnie, technicznie - zamiast się w tym zgubić, miałam tylko jedno: chęć być Zosią. By widz mógł uwierzyć. Pamiętam, jak pewnego dnia po jednej ze scen Wojtek spojrzał na mnie i powiedział: „Będzie pani zadowolona”.

Czasem ktoś nas widzi wcześniej, niż my sami siebie potrafimy zobaczyć. W twoim życiu to był Jan Englert. Mistrz. To właśnie ciebie zaprosił do Teatru Narodowego. Aktorzy marzą o tym przez lata.

Najpierw był moim profesorem. Całym rokiem uwielbialiśmy te spotkania. Ogromny warsztat, inteligencja, poczucie humoru i niesamowite historie z życia, którymi nas obdarowywał. Czekaliśmy na te zajęcia. Pod koniec drugiego roku zaproponował mi zastępstwo w Teatrze Narodowym. A później zrobiłam z nim dyplom…

A kiedy ten mistrz, którego jeszcze niedawno słuchałaś z drżeniem, mówi: „Jutro przychodzisz do pracy”, co się czuje? Czy w takim momencie da się w ogóle jeszcze odróżnić strach od szczęścia?

Oficjalnie dowiedziałam się na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Pojechałam tam zagrać tylko poranny spektakl, pozakonkursowy, jury było na wieczornym, który grała koleżanka, dublerka w roli. Na próbie dowiedziałam się, że mam etat w Teatrze Narodowym, jesienią zaczynam próby do spektaklu „Garderobiany” z Januszem Gajosem i Janem Englertem. Mimo braku udziału w festiwalu, na który czeka się tak niecierpliwie przez te wszystkie szkolne lata, czułam się wygrana.

Michalina Łabacz: "Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny"

Zastanawiam się, jak dokonujesz wyborów? Bo masz na koncie same dobre role. Czym się kierujesz, kiedy mówisz: „tak” albo: „nie”?

Scenariusz, reżyser, rola, obsada. Ale też intuicja. Takie przeczucie: czy chcę w tym być, czy chcę to przeżyć, zaangażować się na wiele miesięcy, często nawet dłużej. Miałam propozycje, których nie przyjęłam, na przykład po „Wołyniu” pojawiło się sporo wojennych klimatów. Czułam jednak, że nie chcę się w tym zamknąć. Zosia była dla mnie bardzo intensywna. Wiedziałam, że potrzebuję oddechu, innego świata. To nie była łatwa decyzja, chciałam grać. Na szczęście mogłam sobie na nią pozwolić, miałam teatr. Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Jeśli coś do ciebie przychodzi, to zawsze jest w tym cel. A jeśli coś odrzucasz, to też z jakiegoś powodu.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Michalina Łabacz (@michalinalabacz)

Wszystko musi mieć powód? W spektaklu „Opowieści Lasku Wiedeńskiego” jest scena, w której stoisz naga dwa metry od widowni. Intymność w najczystszej postaci. Czy to było trudniejsze, niż się spodziewałaś?

Zaskakująco – nie. Byłam pewna, że ta scena coś we mnie uruchomi, że poczuję dyskomfort, zawahanie, wstyd. A przyszło to… lekko. Naturalnie. Myślę, że to zasługa wielu rzeczy: reżyserki Małgosi Bogajewskiej, zespołu, atmosfery. Kiedy przyszła premiera, nie myślałam o widowni. Przeciwnie, poczułam się spokojna. To jest moje ciało, mój kostium. Przecież są sceny trudniejsze niż nagość fizyczna. Takie, w których trzeba obnażyć się od środka. Emocjonalne rozdarcia. Po premierze „Opowieści Lasku Wiedeńskiego” miałam wolny poniedziałek. Przepłakałam cały dzień. Po prostu coś musiało ze mnie zejść. Cała ta gromadzona energia, napięcie, wszystko to, co się we mnie działo przez tygodnie, musiało znaleźć ujście.

 

Michalina Łabacz: "Staram się chronić swoją prywatność"

Co wtedy pomaga? Partner? Przyjaciółka? Bliskość? A może samotność?

Zazwyczaj staram się mierzyć z tym wszystkim sama, żeby po prostu odpocząć, uciec, złapać oddech, muszę mieć chwilę dla siebie. Zachować w tym wszystkim jakąś higienę. Myślę, że dzisiaj mam dużą świadomość tego, skąd to się bierze, te wszystkie dziwne stany, przecież ten zawód składa się głównie z emocji. Ale największym wsparciem są oczywiście moi bliscy i mój partner. Mam duże poczucie bezpieczeństwa i zrozumienia. To bardzo cenne.

Od 10 lat jesteś w szczęśliwym związku. Co musi się wydarzyć między dwojgiem ludzi, żeby przetrwać tyle wspólnych sezonów, zwłaszcza w świecie, w którym wszystko jest tymczasowe?

Każdy ma swoją własną receptę na szczęście. Potrzebne jest na pewno duże zrozumienie, wsparcie i zaufanie. Staram się chronić swoją prywatność. Sama wyznaczam granice. Jest to mój świat, do którego zawsze wracam i zapraszam tylko najbliższych.

Co zostało z dziewczyny z Suwałk, tej pierwszej, tej sprzed decyzji, przed wyborem zawodu, zanim świat przyszedł z całą swoją intensywnością?

Mam nadzieję, że została we mnie w całości, bo szczerość i bycie sobą są dla mnie najważniejsze. Tego nie chciałam nigdy stracić. Babcia powtarzała mi od dziecka: najważniejsze to być dobrym człowiekiem. I chyba wciąż to we mnie brzmi. Nie zawsze świat odpowiada tym samym, ale ważne, że mogę spojrzeć sobie w oczy i wiedzieć, że zrobiłam wszystko w zgodzie ze sobą. Że nie muszę niczego żałować i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała.

Michalina Łabacz (2)
fot. Agencja AKPA

Kim jest Michalina Łabacz?

Michalina Łabacz - Absolwentka warszawskiej Akademii Teatralnej i Studium Wokalno Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej przy Teatrze Muzycznym w Gdyni. Debiutowała jako studentka w „Wołyniu” Wojciecha Smarzowskiego. Za rolę Zosi została nagrodzona na festiwalu w Gdyni, dostała też nominację do Orła. Później oglądaliśmy ją m.in. w „Belfrze”, „Pod powierzchnią”, „Małym Grand Hotelu”, „Weselu”, „Rojście”, a wkrótce będzie miała miejsce premiera seriali „Heweliusz” i „Scheda”.
Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 08/2025
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również