Simona Kossak. Outsiderka z puszczy. Rozmowa z Joanną Kossak.
Simona Kossak wybrała życie na pustkowiu. Wolała zwierzęta niż ludzi
Fot. Archiwum Lecha Wilczka

Simona Kossak. Outsiderka z puszczy. Rozmowa z Joanną Kossak.

Zraniona, odrzucona i zawiedziona wybrała surowe życie w Puszczy Białowieskiej, z dala od ludzi. Sensem jej istnienia stała się bezwarunkowa miłość do zwierząt i przyrody. O Simonie Kossak, słynnej biolożce, opowiada jej siostrzenica Joanna Kossak.

Jak Simona Kossak, panienka z krakowskiej rodziny słynnych malarzy, trafiła do białowieskiej puszczy?
Joanna Kossak: Przyjechała tu, bo nie chciała mieć do czynienia z ludźmi. Kiedy zaczęła pracować w tutejszym Zakładzie Badania Ssaków, mogła dostać mieszkanie służbowe. Nie chciała. Znalazła Dziedzinkę, leśniczówkę oddaloną ponad trzy kilometry od siedzib ludzkich, w środku puszczy, bez prądu, z wodą w studni. Interesował ją tylko kontakt ze zwierzętami. Żeby mieć takie nastawienie, trzeba zostać odrzuconym, zranionym, zawiedzionym. Takie było jej doświadczenie.

Też zamieszkałaś w puszczy. 
Simona była dla mnie ostateczną, absolutną, totalną wyrocznią. Chciałam żyć tak jak ona.    

Twoje pierwsze wspomnienie o niej?
Mam kilka lat. Simona siedzi na krześle. Czeszę jej długie włosy piękną, starą szczotką ze srebra i włosia. Spokój i szczęście. Simona była dla mnie matką. Ostoją i ukojeniem. Dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Czekałam, aż wróci do domu i od razu biegłam do niej. Bo mieszkałyśmy w dwóch różnych budynkach Kossakówki. Simona z babcią Elżbietą zajmowały Jerzówkę. A ja z mamą, starszą siostrą Simony, pokój z kuchnią w domu, w którym mieszkały wcześniej Maria Pawlikowska-Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec, siostry mojego dziadka, Jerzego.

Dlaczego wybrałaś akurat ją?
Gloria, moja matka, z poważnymi zaburzeniami osobowości, nie sprawdziła się w roli rodzica. Robiła rzeczy, które zwłaszcza dla dziecka były horrorem. A Simona nigdy nie podniosła na mnie głosu ani ręki… Miała bezgraniczną cierpliwość i wielki talent wychowawczy. W naszej rodzinie tradycyjnie stosowano zimny wychów. Dzieci stanowiły nieprzyjemną i męczącą konieczność związaną z przedłużeniem rodu. Zajmowały się nimi bony i niańki. Babcia Elżbieta jako matka też nie była mistrzynią. Ukończyła szkołę żeńską przy klasztorze Sióstr Sacre Coeur, gdzie panienki z najlepszych domów były karmione spleśniałym chlebem i na kolanach szorowały posadzki lodowatą wodą. Wszystko po to, żeby je wzmocnić i nauczyć pokory. Elżbieta była zarówno twarda, jak i zimna.  

Jak zaczęło się nieszczęście Simony?
Nie urodziła się chłopcem. Kiedy wcześniej przyszła na świat moja matka Gloria, ciągle można było mieć nadzieję, że następny będzie chłopiec. Kolejna dziewczynka była porażką i rozczarowaniem.

Simona z rozszczepieniem podniebienia
i krzywicą nie spełniła oczekiwań rodziny i została całkowicie odrzucona. Pozostawiona sama sobie najwięcej czasu spędzała ze zwierzętami, których w Kossakówce i wielkim ogrodzie wokół domu było mnóstwo.

Zawinili jej rodzice?Elżbieta i Jerzy nie byli podli czy okrutni. Zawiniły tradycja i trudne warunki. W poprzednim pokoleniu Wojciech miał trójkę dzieci: Lilkę, Magdalenę i Jerzego. Zarabiał fantastycznie, a jego żona Maria była cudowną matką. Simona i Gloria miały pecha, trafiły na moment, kiedy po wojnie rodzina była w fatalnej sytuacji. Jerzy odmówił stanowiska na Akademii Sztuk Pięknych, a także portretowania ówczesnych kacyków: Bieruta czy Cyrankiewicza. Bo przecież wszyscy chcieli być namalowani przez Kossaka. Kossakowie malowali Franza Josefa i Wilhelma Keisera. W czasie okupacji równie stanowczo, jak jego ojciec, odmówił malowania Hansa Franka. Cała rodzina mogła za to pójść do gazu, ale Frank jakoś to przebolał.

s092_2567-2772 kopia
Simona Kossak z lochą Żabką w Dziedzince
archiwum Lecha Wilczka

Jak sobie radzili?
Jerzy miał na utrzymaniu trzy córki: Isię z pierwszego małżeństwa, Glorię i Simona, żonę oraz potężny dom z trzynastoma pokojami. Po wojnie nikogo nie było stać na kupowanie drogich płócien, więc stworzył fabryczkę. Zatrudnił pracowników, którzy produkowali je hurtowo: “Napoleon pod piramidami” nr 2141 czy “Ułan z dziewczyną” nr 1570. Jerzy z rzadka tam zaglądał. Czasem, jak zdarzało się wyjątkowe zlecenie albo kogoś lubił, coś poprawił albo domalował. Nie podpisywał obrazów, używano faksymile. W ten sposób 80 proc. płócien sygnowanych przez Jerzego, ma z tym wybitnym artystą niewiele wspólnego. Po jego śmierci zrobiło się jeszcze gorzej. Elżbieta mogła sprzedać to, co było w domu. Ale była tak wychowana, że tego zrobić nie może. Wzięła się do ciężkiej pracy. W Kossakówce wyprawiano chemikaliami skórzane fartuchy rzeźnickie, produkowano światełka odblaskowe i plastikowe piłkarzyki.

Jak układały się relacje między Simoną i Glorią?
Gloria brylowała. Jak miała pięć czy sześć lat, już potrafiła coś fajnego narysować. A to w rodzinie Kossaków się liczyło. Pozwalano jej w pracowni czyścić pędzle, robić podmalówki. Była dopuszczana i faworyzowana. Wcześnie zaczęła też ujawniać niepokojące symptomy, których babcia Elżbieta nie potrafiła rozpoznać. W końcu osoby psychopatyczne są wyjątkowo inteligentne i doskonale manipulują otoczeniem. Gloria jako 12-latka wynosiła z domu srebra i inne drobiazgi, których braku babcia nie zauważała. Została wyrzucona z liceum plastycznego za skandaliczne zachowanie.

Z czasem pogłębiały się różnice między siostrami: Gloria była po matce piękna i zgrabna, a Simona niewyraźnie mówiła i miała krzywe nogi. Nie znosiły się, a moja matka niszczyła ją na każdym kroku.

Simona wiedziała, że biologia jest jej przeznaczeniem?
Tak, ale obowiązkowe na egzaminach wstępnych fizyka i matematyka skutecznie ją odstraszały – była kompletną nogą w przedmiotach ścisłych. Zdawała do szkoły aktorskiej. Wada wymowy ją wykluczyła. Dobrze pisała, uwielbiała czytać, to poszła na polonistykę. Po roku  postanowiła wrócić do swojego największego marzenia. Obkuła znienawidzone matmę i fizykę i zdała na biologię, gdzie zajęła się wreszcie tym, co ją zawsze pasjonowało, psychologią zwierząt.

s104_f286-3719 kopia
Kruk, oswojony przez Simonę, często był oskarżany o kradzieże w okolicznych wsiach
archiwum Lecha Wilczka

 

Miała przyjaciół? 
Świetnie sobie radziła wśród rówieśników. Była szefową samorządu studenckiego, współtworzyła Akademicki Klub Jeździecki, została nawet wybrana królową juwenaliów, ale nie miała chłopaka. Wtedy Gloria, która w przeciwieństwie do niej miała wielu adoratorów, prowadzała się z pewnym bonvivantem z krakowskiej arystokracji. Przystojny lew salonowy i łamacz serc. Kiedyś podczas dyskusji o Simonie, Gloria powiedziała mu, żeby o niej zapomniał, bo nie ma szans. Nadepnęła mu na ambicję – założyli się. Przez dziewięć miesięcy zapraszał Simonę do kina, na spacery, przejażdżki konne. Robił to oficjalnie kiedy się pojawiał, szedł do babci z kwiatami i pytaniem, czy może porwać córkę. W końcu przyszedł z pierścionkiem zaręczynowym i poprosił Elżbietę o rękę córki.

Simona się zakochała?
Znając jego wcześniejsze historie z kobietami, była na początku nieufna, ale skoro tyle czasu o nią zabiegał, uwierzyła mu i uległa. Mieli wziąć ślub. Kilka dni później wróciła cała w skowronkach z zajęć i zastała dom pełen kumpli Glorii. Był też jej narzeczony. I tu zaczęły się dziać rzeczy dla niej niezrozumiałe. Jej ukochany zaprowadził ją do Glorii i przy wszystkich stwierdził, że nastąpiło consummatum. Gloria zażądała potwierdzenia od Simony. Przytaknęła nie wiedząc, o co chodzi. I wtedy on roześmiał się: “Słyszałaś? Wygrałem zakład, gdzie moja skrzynka wódki?”. Niewyobrażalne upokorzenie i serce zmielone  na miazgę. Postanowiła uciec. Chciała pojechać w Bieszczady albo Tatry, ale nie było tam wolnego etatu dla naukowca. Był w Białowieży.

Jak przyjęłaś wiadomość, że wyjeżdża?
 Z jej wyjazdem skończył się dla mnie okres ochronny. Simona nauczyła mnie czytać, kiedy miałam niecałe trzy lata, ale liczyć tylko do pięciu (w końcu nienawidziła matematyki). Mój ojczym, niezbyt wykształcony koszykarz, kiedyś czytał głośno gazetę i popełnił błąd. Na swoje nieszczęście go poprawiłam. Wtedy postanowił nadrobić moje braki w matematyce. Kablem od żelazka. Miałam liczyć każde uderzenie do dziesięciu. Zgroza myliła mi nawet te pierwsze pięć cyfr. Nie wiem, ile kolejek zaliczyłam. Miałam pręgi od stóp po szyję. Do dzisiaj na widok najprostszych liczb wpadam w stupor. Stosował przemoc nie tylko wobec mnie, ale także wobec mojej matki. Ale już przed pierwszymi wakacjami po wyjeździe Simona zadzwoniła: “Kajtuś, chcesz do mnie przyjechać?”. Byłam przeszczęśliwa.

Twoje pierwsze wrażenie na Dziedzince?
Raj na ziemi. Leśniczówka była podzielona na dwa mieszkania. Jedno zajęła Simona, drugie fotograf przyrody i pisarz z Warszawy, Lech Wilczek. Oboje sprowadzili się tam jesienią. Simona była przekonana, że z powodu skrajnie prymitywnych warunków do wiosny będzie miała lokatora z głowy. Lech, który również zostawił za sobą jakieś bolesne sprawy damsko-męskie, podobnie myślał o niej. Jak przyjechałam tam pierwszy raz, nie przepadali za sobą.

Co ich zbliżyło?
Miłość do zwierząt. Lech przyjaźnił się z dyrektorem warszawskiego Zoo i dostał od niego lochę dzika, jeszcze oseska. Trzeba było ją karmić co kilka godzin. Oboje pracowali: Simona w ZBS, Lech chodził po lesie i robił zdjęcia. Kiedy zaproponował dzielenie się opieką nad loszką, zgodziła się. Kiedy przyjechałam po raz drugi, już była pełna harmonia. Obydwoje mieli hysia na punkcie dzikich zwierząt. Leczyli je, czasem oswajali, a czasem przywracali naturze.

Przez lata, oprócz lochy i psów, na Dziedzince żyły  oślica, kruk, borsuki, lisy, kuny, sarny, łańka, łosie, rysica, sowy i bociany, miliony kur i pawi, pięć gatunków bażantów i dziesiątki innych zwierząt. Dla mnie to był prawdziwy raj na ziemi.

Na Dziedzinkę trafiła również matka Simony...
Jak jechała po raz pierwszy, zabrała ze sobą dwa wozy meblowe. Chciała mieć ze sobą drobiazgi: fotele, porcelanę, kryształy, ukochane obrazy, stoliczki, gerydoniki... Potem regularnie przyjeżdżała wiosną i późną jesienią wracała do Krakowa. W 1975 roku byłam sama na Dziedzince, bo babcia już chorowała na raka wątroby. W sierpniu dostaliśmy telefon, że zmarła. I tak dochodzimy do kolejnego bolesnego doświadczenia Simony, czyli... wydziedziczenia. Nie wiem, jak jakikolwiek notariusz mógł uprawomocnić coś takiego. Pamiętam babcię pod koniec życia - leżała w szpitalu, przy wzroście 173 cm ważyła 33 kg. Była na morfinie. Nie mogła być w pełni władz umysłowych. Okazało się, że za wydziedziczeniem stała moja matka, Gloria.

Simona nie chciała podważyć testamentu?
Była zbyt dumna i zraniona. Zamówiła wóz meblowy i odesłała wszystkie rzeczy babci do Krakowa. Chociaż mogła się domyślać, że moja matka wszystko prędzej czy później sprzeda. Nie mogłam tego zrozumieć. To był mój pierwszy konflikt z Simoną, jeszcze taki dziecięcy. Byłam przekonana, że nie wolno jej odsyłać tych rzeczy. Po śmierci babci moja matka uznała, że wreszcie jest wolna i może rozwinąć skrzydła. Jej zachowania stawały się coraz bardziej niebezpieczne. Simona, wzywana przeze mnie, przyjeżdżała na interwencje. Ale to działało tylko na chwilę. Matka nie panowała nad sytuacją. Ludzie, których sprowadzała, rozkradali to, co w Kossakówce jeszcze zostało. Byli niebezpieczni zarówno dla niej, jak i dla mnie i mojej siostry, Dagmary. Błagałam Simonę, żeby ubezwłasnowolnić matkę i ratować to, co zostało. Ale nie chciała.

Miałaś do niej żal?
Nie, ale też mniej ją wtedy rozumiałam. Na przykład nie mogłam pojąć, że powiesiła sobie na ścianie w Dziedzince “Damę z łasiczką” wyciętą z pudełka po czekoladkach. Oprawiła ją w ramki. Wychowana w świecie oryginałów, uważałam, że to obciach. A ona mi tłumaczyła, że kocha ten obraz i taki może mieć, więc taki ma. Dzisiaj to rozumiem. To tylko przedmiot.

Kossakowie mieli to szczęście, że trzy pokolenia pilnowały ich własności i jeszcze ją wzbogacały, a czwarte wszystko rozkurzyło w pioruny. I co z tego? Taka jest kolej rzeczy. Powiedziałabym nawet, że to zdrowe.

W książce biograficznej Anny Kamińskiej “Simona” pojawia się pytanie, jaki właściwie miał charakter związek Lecha i Simony.
Pod koniec lat 80. miałam okazję niechcący przekonać się, jaki miał charakter. Bo oni rzeczywiście nigdy nie afiszowali się z intymnością. Spałam w pokoju Simony. Miałam wtedy bóle reumatyczne, które wybudzały mnie w nocy i nie pozwalały zasnąć do rana. Dzięki temu dane mi było ujrzeć, jak około godziny drugiej w nocy Simona wstaje w giezełku i cichutko, na palcach drepcze do pokoju Lecha. Bo pod koniec lat 70. Lech zrobił drzwi między ich częściami domu. Potem doszły mnie odgłosy, radosnego figlowania, dalekie od rutynowego seksu. Po godzinie czy dwóch, Simona bezszelestnie wracała do łóżka. I tak co noc. Myślałam: minęło 26 lat, a oni tak nadal? To było dla mnie fantastyczne, kojące odkrycie.

Pasowali do siebie?
Mieli wspólny własny świat i misję i byli podobnie uparci. Uwielbiałam ich rozmowy. Debatowali do upadłego. Zdarzały się też batalie o drobiazgi. Kiedyś przez tydzień sprzeczali się o Toto Lotka i rachunek prawdopodobieństwa. Nie było Internetu. Żeby sprawdzić swoje teorie obstawiali się książkami, wisieli na telefonie na korbkę u znajomych w Białowieży, żeby skontaktować się z profesorem od rachunku prawdopodobieństwa. Albo czy w tej torebce z mąką jest pół kg mąki, czy nie ma. Mieli też zupełnie inne potrzeby estetyczne. 

Jak to godzili?
Dopóki mieli oddzielone mieszkania, podział na ich osobiste strefy był jasny. Simona stworzyła kobiecy buduar. Tapety w klasyczne angielskie różyczki zdobywała gdzieś w Pewexach. Sama je kładła. Nie było możliwości przyklejenia ich do nierównych ścian z desek, to zamówiła listewki, którymi je przymocowywała. Tapicerowała meble. I miała różyczki na meblach, na porcelanie i na firaneczkach z falbankami. A u Lecha gawra niedźwiedzia. Stół z wielkiego krążka dębowego. Krzesła ciosane z pni. Skóry baranie. I galimatias: kwas do akumulatora obok słoika z miodem, odczynniki do wywoływania zdjęć, gaźnik, a w tym bezcenne negatywy. Jak połączyli swoje mieszkania, klamoty Lecha rozpoczęły cichą inwazję na teren Simony. Ona wtedy bezwzględnie wkopywała to z powrotem. On się oczywiście obrażał. 

Często się obrażał?
Lekki w życiu nie był. Nie można mu było powiedzieć, że się myli. A robił dużo rzeczy zupełnie nieracjonalnych. Po albumie fotograficznym „Uroda ryb” wydanym w 1971 roku i po nim zerwał umowę z wydawnictwem z powodu jakości druku. Miał rację, ale potem przez długie lata niczego nie wydał. W pewnym momencie utrzymanie Dziedzinki z Lechem i całym dobrodziejstwem inwentarza spadło na Simonę. Żeby temu podołać, pani doktor habilitowana, urlopy spędzała na saksach zbierając jabłka w niemieckich sadach. Musiała przy tym po mistrzowsku podtrzymywać przekonanie Lecha, że jest głową gospodarstwa. Gdyby dała mu do zrozumienia, że jest na jej utrzymaniu nigdy więcej by go nie zobaczyła. Były też kobiety Lecha w Warszawie. Jedną z nich Simona nazywała Czarną Małpą. Nie mogłam pojąć jej pobłażliwości. Tłumaczyła, że to zaledwie epizody bez znaczenia…

Rezygnowała z siebie, żeby zachować ten związek?
Nigdy. Była potężną, twórczą i absolutnie niezależną osobowością. To był prosty rachunek, co możesz stracić, a co zyskać. Wystarczyło mu mówić, że ma zawsze rację, jest nieomylny i wspaniały. W zamian za to miała przy sobie genialnego artystę, przyrodnika, bratnią duszę żyjącą, jak ona. Nie byłabym w stanie jej naśladować – prędzej Lechowi łeb bym urwała.

Po śmierci Simony Lechu wyznał mi, że przez ponad 30 lat ich wspólnego życia nigdy jej nie powiedział, że ją kocha. Wyznał to z wielkim żalem. Następne lata do śmierci w 2018 roku poświęcił na budowaniu swojego Tadż Mahal
kolejnych wersji potężnego albumu-opowieści „Spotkanie z Simoną Kossak”.

Brakowało jej poczucia własnej wartości?
Potrzebowała oficjalnego usankcjonowania. Od obrony magisterium, każdy kolejny stopień naukowy był dla niej twardym dowodem, że rodzina się myliła uznając ją za genetyczny odpad w linii Kossaków. Tytuł profesora zwyczajnego stał się jej ostatecznym tryumfem dającym jej prawo do noszenia nazwiska Kossak. Promieniała szczęściem i dumą. Na uroczystość wręczenia nominacji kupiła sobie pierwszą od wyjazdu z Krakowa spódnicę. Wtedy mi zaczął się kruszyć jej pomnik. Myślałam: "Jesteś gigantem! Nie potrzebujesz niczyjego potwierdzenia na to!”.

s076_f282-3643q kopia
Simona z oddaniem troszczyła się o otaczające ją zwierzęta
archiwum Lecha Wilczka

 

A jednak poszła na wojnę z myśliwymi…
Simona była wojownikiem. A wojownik to osoba skrajna, która ma cel do osiągnięcia. Jej celem była przyroda. Dlatego wypowiedziała wojnę tradycji myśliwskiej. Co spowodowało ataki na nią. Bo przecież myślistwo w Polsce jest jak golf w Stanach. W tonie. Uznano, że kala własne gniazdo, bo jej ojciec, dziadek i pradziadek nie tylko polowali, ale dokonywali apoteozy myślistwa. Poczynając od Juliusza i jego serii rycin "Rok Łowcy", przez Wojciecha po Jerzego, wszyscy portretowali znane postacie w wersji myśliwskiej i wszyscy byli myśliwymi. Simona również miała papiery myśliwskie i broń, ale musiała je mieć jako pracownik Instytutu Badawczego Leśnictwa – specjalistka od łowiectwa. Nigdy w życiu niczego nie zabiła.

Ale to było dopiero preludium przed kolejną z wielkich traum Simony. 
Jest 1993 rok. Przepiękna, śnieżna i mroźna zima. Łomot do drzwi. Staje w nich zasapany strażnik Białowieskiego Parku Narodowego i prosi o pomoc. Jego kolega podczas patrolu złapał się w żelazny potrzask. Lech i Simona idą. Okazało się, że to profesjonalne amerykańskie pułapki do ochrony stad na farmach przed drapieżnikami. Cokolwiek się w to łapie, nie ma szans. Simona zebrała trzy takie pułapki. Jedną z nich zawiozła na policję, żeby zgłosić, że na terenie rezerwatu ktoś kłusuje. Dzień później na policję zgłosili się naukowcy z jednej z białowieskich placówek naukowych, żeby zgłosić kradzież „aparatury badawczej” z rezerwatu. Tłumaczyli, że stawiają te pułapki, żeby zaobrożować zwierzęta, dla celów telemetrii. Ale wszystkie wilki odłowione w ten sposób padły.

I co się stało?
Zbiera się nadzwyczajna rada naukowa Białowieskiego Parku Narodowego. Simona jedzie tam ze szczękami. Pokazuje. A cała rada naukowa zwraca się przeciwko niej. Stwierdzili, że kierują nią wyłącznie zawiść zawodowa i wola wyeliminowania z Białowieży zawodowej konkurencji. Temat morderczych potrzasków został całkowicie zignorowany. Wróciła zapłakana i zdruzgotana. Kiedy odmówiła oddania tych szczęk, sprawa trafiła do prokuratury z panią Kossak oskarżoną o kradzież pomocy naukowych. Zwróciła się o pomoc do Ministerstwa Środowiska. Ostatecznie zaostrzono kontrolę komisji ds. etyki metod badawczych i zablokowano odłowy tą metodą. Powstrzymała naukowe barbarzyństwo, ale fakt, że za stanięcie w obronie zwierząt jej własne środowisko zwróciło się przeciwko niej kompletnie ją zdruzgotał.

s068_f215-2564 kopia
Sarny zawsze były jej największa miłością
archiwum Lecha Wilczka

 

Znalazła jakąś kolejną ucieczkę?
Zaczęła pisać. Dwa lata robiła dokumentację do swojej książki. Ale była tak zgorzkniała, sfrustrowana i przepełniona niechęcią do ludzi, że zrobiła coś, czego nie mogłam zrozumieć. "Saga Puszczy Białowieskiej” to ogromna praca dokumentalna, która nie ma ani jednego przypisu. Pytałam ją, dlaczego tak zrobiłaś: "A niech sobie sami szukają". To było działanie w bólu. Wiele rzeczy wtedy zrobiła przez to zgorzknienie. Kiedy jej serdeczni przyjaciele, Bożena i Jan Walencikowie, chcieli dać taki sam tytuł swojemu super-serialowi "Saga Puszczy Białowieskiej”, uznała to za plagiat i konkurencję. Skończyła się przyjaźń. Ostatecznie film Walencików nazywa się "Saga prastarej puszczy". 

Doszło też do konfliktu między wami…
Moja matka wyrządziła Simonie rzeczy straszne. Ja byłam fizycznie do niej podobna. Nigdy nierozbrojona trauma sprawiła, że Simona zaczęła mnie postrzegać przez widmo swojej siostry. Cokolwiek robiłam było odczytywała w najgorszym możliwym świetle. Kiedy mój ból sięgnął zenitu, napisałam do niej list, którym chciałam ją odzyskać. Cztery strony maczkiem. Napisałam: “Byłaś mi jak matka, jesteś moją największą miłością i najważniejszym człowiekiem w życiu...". Odczytała go jako sarkastyczną, gorzką ironię. Więcej się nie zobaczyłyśmy. Sześć lat później okazało się, że ma zaawansowanego raka.

Cierpiałaś po tym rozstaniu? 
To wyrwa, którą noszę do dziś. Ale nie winię jej.  Te wszystkie bolesne doświadczenia spowodowały, że kierunek był jeden - odchodzenie. Żeby być jak najdalej od tego, co cię krzywdzi i rani. Doświadczenia ją hartowały. Wytworzyła twardy pancerz z kolcami jadowymi. Jak jeżowiec, który nadepnięty potrafi być niebezpieczny. Bo tylko tak może przetrwać, bo jest przecież mięczakiem. Siła traum ją przerosła. Jej pancerz był coraz twardszy i kolczasty. Stał się zabezpieczeniem nie do sforsowania. 

SIMONA KOSSAK (1943–2007), profesor zwyczajna nauk leśnych, biolożka. Rodzinny Kraków porzuciła dla leśniczówki w Puszczy Białowieskiej. Napisała nową, rewolucyjną kartę nie tylko w dziejach swojej rodziny słynnej dzięki malarzom, ale także w dziedzinie zoopsychologii. Autorka „Sagi Puszczy Białowieskiej”.

JOANNA KOSSAK Urodzona w 1965 r. w Krakowie. Córka Glorii Kossak, wnuczka malarza Jerzego Kossaka. Malarka. Od 1992 r. mieszka i tworzy w Puszczy Białowieskiej. 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 06/2019
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również