"Chcemy być razem „aż do grobowej deski”, kochamy się, wychowujemy razem dzieci. Ale nie mamy zamiaru formalizować naszego związku – choć nie wszystkim się to podoba". Nowy trend? Nie taki nowy...
W starożytnym Rzymie akceptowano długotrwały związek monogamiczny oparty wyłącznie na obustronnym porozumieniu, a nie na formalnym zawarciu ślubu. Stąd wywodzi się nazwa "rzymskie małżeństwo", określająca stałe, ale niesformalizowane relacje. Stają się one coraz powszechniejsze w naszym społeczeństwie, choć różnie bywa z ich akceptacją bywa różnie – tradycjonaliści uważają, że liczy się tylko małżeństwo zawarte w USC czy w kościele i oficjalnie potwierdzone urzędowym aktem.
Liczba Polaków decydujących się na nieformalne związki w ciągu ostatniej dekady się podwoiła – według danych Głównego Urzędu Statystycznego z 2023 r, w naszym kraju żyje na takich zasadach ponad 600 tysięcy osób. Zwolennicy "rzymskich małżeństw" przekonują, że relacje oparte na prawdziwym uczuciu i wzajemnym zaufaniu mogą być równie trwałe, jak te "przypieczętowane" dokumentem. Przeciwnicy ostrzegają, że pociąga to za sobą wiele problemów formalno-prawnych. Zgodnie z polskim prawem osoby żyjące w nieformalnym związku (konkubinacie), nie mają uprawnień typowych dla małżeństwa – nie przysługują im prawa do dziedziczenia, wspólnego majątku czy przyjęcia nazwiska partnera. Również w kwestiach medycznych czy rodzicielskich nie są tak samo chronione. Dlatego muszą zadbać o uregulowanie tych kwestii w inny sposób, na przykład zawierając umowy cywilnoprawne czy przygotowując zawczasu testament.
Nie lubię, jak ktoś narzuca mi zasady, cenię wolność i chcę sama o sobie decydować. Ślub i wszystkie formalności z nim związane uważam za przeżytek. Może kiedyś, dla naszych rodziców i dziadków to miało większe znaczenie – pamiętam, jak moja mama czy ciotki pogardliwie wyrażały się o ludziach żyjących "na kocią łapę". Na szczęście to już przeszłość, nikt nie wytyka nas palcem dlatego, że nie wzięliśmy ślubu. Wśród naszych znajomych większość par żyje na takich zasadach, to małżeństwa są teraz wyjątkami.
Mieszkam z Bartkiem od ponad pięciu lat, jest nam ze sobą naprawdę dobrze i żaden ślub by tego nie zmienił. Odbyliśmy poważną rozmowę na temat naszej relacji i oboje stwierdziliśmy, że żaden papier nie jest nam potrzebny. Większości wydatków dzielimy na pół – w końcu oboje pracujemy i podobnie zarabiamy. A gdybyśmy kiedyś postanowili się rozstać, po prostu to zrobimy, bez ciągania się po sądach i załatwiania formalności rozwodowych. Ale na ten moment jesteśmy szczęśliwi. I wystarcza nam wyznawanie sobie miłości w cztery oczy, a nie przed jakimś urzędnikiem.
Miałam za sobą nieudane małżeństwo, kiedy spotkałam Michała. Nie spieszyło mi się do kolejnego ślubu – i w końcu nigdy go nie wzięliśmy. A jesteśmy razem już ponad 20 lat i stworzyliśmy kochającą się, powiedziałabym "solidną" rodzinę. Mamy dwie cudowne córki, które noszą nazwisko Michała, psa i starego kota, mieszkanie w Warszawie i domek na Mazurach. Kiedy urodziła się nam pierwsza córeczka, moi rodzice naciskali, żebyśmy sformalizowali związek.
Mama, jak zawsze pragmatyczna, bała się, że wspólny majątek, na który oboje pracujemy, mógłby przepaść, jeśli Michałowi coś by się stało albo gdyby mnie zostawił. Martwiła się o przyszłość dziecka. Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy wytłumaczyliśmy jej, że wszystkie sprawy finansowe są pozałatwiane, a każde z nas napisało też testament, więc nie musi się obawiać, że ja czy dzieci zostaniemy "na lodzie". Upoważniliśmy się nawzajem do dostępu do dokumentacji medycznej. I na co dzień w ogóle nie odczuwamy tego, że formalnie nie jesteśmy małżeństwem. Zbudowaliśmy związek znacznie trwalszy niż ten, który miałam z moim eks-mężem (jak widać akt małżeństwa nie uratował nas przed rozstaniem). Nikt już nie pyta nas, kiedy ślub. Tylko czasem, kiedy spotykam nowych ludzi, zastanawiam się, czy powinnam mówić o Michale "mój partner", "mój chłopak", a może "mój mąż", choć formalnie nim nie jest…
Kiedy córka powiedziała mi, że zdecydowali się z Piotrkiem na rzymskie małżeństwo, na początku nie wiedziałam, co mają na myśli. A gdy okazało się, że zamierzają żyć bez ślubu, poczułam ogromnie rozczarowanie i równie wielki niepokój. Zawsze marzyłam, żeby zobaczyć ją ubraną w białą suknię, idącą przez kościół u boku ojca, w otoczeniu rodziny i przyjaciół. Wyobrażałam sobie, jak będziemy świętować ten ważny moment w życiu. Dla mnie ślub to dużo więcej niż – jak powiedziała Sylwia – zwykła formalność. To symbol trwałości, stabilizacji, odpowiedzialności za druga osobę, bezpieczeństwa, którego zawsze dla niej pragnęłam.
Ciągle wspominam swój ślub – to było piękne, doniosłe przeżycie. Do tej pory wszyscy w naszej rodzinie pobierali się w kościele i sądziłam, że córka będzie kontynuować tę tradycję. A jeśli urodzą im się dzieci – czy będzie je mogła ochrzcić, skoro nie ma ślubu? To spędza mi sen z powiek. Martwię się też, że gdyby się rozeszli, ona pozostanie bez ochrony i wsparcia, które daje tradycyjne małżeństwo. Wiem, że dziś wiele par żyje w ten sposób. Świat się zmienia, tradycje nie mają już takiego znaczenia jak kiedyś, młodzi chcą układać sobie życie na własnych zasadach. Staram się zaufać ich wyborom, nawet jeśli nie do końca je rozumiem. Ale przychodzi mi to z trudem. Mam tylko nadzieję, że Sylwia będzie z Piotrkiem szczęśliwa, że on zapewni jej bezpieczeństwo i miłość. I że będą razem na dobre i na złe, mimo, że nie złożyli sobie formalnej przysięgi.