Wywiad

Andrzej Piaseczny: "Mój partner dał mi uśmiech trwającego szczęścia"

Andrzej Piaseczny: Mój partner dał mi uśmiech trwającego szczęścia
Fot. AKPA

Jego piosenki „Chodź, przytul, przebacz”, „Śniadanie do łóżka” czy „To, co dobre” śpiewała cała Polska. Słynna „Miłość” była publicznym wyznaniem… miłości. Andrzej Piaseczny po raz pierwszy w tak intymnej rozmowie!

Andrzej Piaseczny: "Mam 54 lata i przyspieszam nieustająco"

PANI: Idąc na nasze spotkanie, minęłam punkt Lotto. Do „wzięcia” 32 miliony! Zagra pan?

ANDRZEJ PIASECZNY: Już zagrałem. (śmiech) Przed chwilą, online. Jestem troszkę leniem. Myślę, że mógłbym oddawać się lenistwu z coraz z większą przyjemnością. Pieniądze szczęścia nie dają, ale bardzo ułatwiają życie.

O, tak! Jest pan teraz w trasie koncertowej. Jako milioner przestałby pan grać?

Absolutnie nie. Na pewno ułożyłbym wszystko zupełnie inaczej. Nieograniczony budżetowo zafundowałbym sobie oraz mojej publiczności dużą w formie, acz niekoniecznie w liczbie występów, trasę koncertową z wielką orkiestrą i wspaniałymi gośćmi. Spełnienie marzeń muzycznych, które mimo upływu czasu wciąż w duszy kołaczą. Zresztą przemijanie, upływ czasu to wątek, który często przewija się w rozmowach z moimi najbliższymi współpracownikami. Wiele lat temu myślałem, że gdy już będę miał pięćdziesiątkę, to zwolnię. Dzisiaj mam 54 lata i przyspieszam nieustająco. Paradoks! Mam nadzieję, że gdzieś istnieje granica. Chciałbym umieć wyhamować. Mniej pracować, a więcej czasu wyrwać dla siebie i rodziny.

Puśćmy na chwilę wodze wyobraźni… Co zrobiłby pan z tymi milionami?

Zadbałbym o komfort mojej rodziny, żeby nie musieli martwić się o przyszłość ani narzekać na teraźniejszość. Sam mam skłonność do zamartwiania się o bliskich. Na pewno nie kupiłbym zamku nad Loarą ani willi w Toskanii. Mam przyjaciela, który jest bogatym, a przy tym mądrym człowiekiem, i kiedyś powiedział: „Mieć to tylko kłopot”. Uznałem, że ma rację. Więc nieobciążony posiadaniem wakacyjnych rezydencji zacząłbym jeszcze intensywniej podróżować, choć już nie z plecakiem, jak kiedyś, tylko bardziej komfortowo.

Andrzej Piaseczny wraca wspomnieniami do przeszłości

Pamięta pan pierwszą kwotę, którą zarobił?

Nie pamiętam, ponieważ nigdy nie byłem zachęcany do tego, żeby zacząć szybko zarabiać. Pochodzę ze zwykłego domu, mama była nauczycielką, tato pracował w zakładach chemicznych, prowadziliśmy zwyczajne życie, ale rodzice stawali na głowie, żeby nam niczego nie brakowało. Mój starszy brat zbierał truskawki gdzieś na plantacji, bo sam chciał. Mnie to ominęło. Do momentu, kiedy tato odziedziczył pole pod Puławami, gdzie rodzice założyli „plantację” porzeczek.

Bomba!

Tak i nie. Kiedy zaczynały się wakacje, trzeba było jechać na dwa tygodnie do babci Eleonory i własnoręcznie zbierać porzeczki. Wtedy uważałem to za koszmar. Z perspektywy czasu moje wspomnienia nabrały kolorytu wyjątkowości. Owszem, wstawaliśmy bladym świtem, żeby dojechać na pole, ale od rana grało „Lato z radiem”. Leciały przeboje Wodeckiego, Jantar, Bajmu i 2 plus 1, a Krzysztof Kolberger czytał poezję. Za pieniądze zarobione na porzeczkach rodzice fundowali sobie i nam różne przyjemności. Raz był to kolorowy telewizor Jowisz, innym razem wczasy w Bułgarii, do której podróżowaliśmy dużym fiatem po dziurawych drogach. Na studiach w wakacje zacząłem jeździć do Szwecji. Chciałem zarobić i posmakować świata. Imałem się przeróżnych zajęć, od zbierania truskawek po robotę na farmie. To była moja pierwsza poważna praca. Pamiętam, jak strzygłem krowy, żeby nie było im za gorąco. (śmiech) Raz po takim trzymiesięcznym pobycie w gospodarstwie przyszła mi do głowy myśl, że tak też mogłoby wyglądać życie.

Piasek – rolnikiem?! Ile miał pan lat?

21, może 22. Zaskoczę panią, ale łatwo adaptuję się do różnych sytuacji. Nie miałbym problemu z tym, żeby zostać rolnikiem. Byłem już wtedy po pierwszych, udanych próbach muzykowania, wydawać by się mogło, że odnalazłem swoją drogę, a mimo wszystko zadałem sobie takie pytanie.

 

Andrzej Piaseczny o swoim życiu na wsi

Antycypował pan przyszłość... Od 25 lat mieszka pan na wsi. Gdy pierwszy raz w życiu zobaczył pan to miejsce, serce zabiło mocniej?

Dokładnie tak było. Pod koniec studiów wędrowałem z przyjaciółmi po przepięknych Górach Świętokrzyskich. Przez większą część tamtego dnia szliśmy przez lasy. W pewnym momencie na szczycie jakiegoś wzniesienia wyszliśmy na polanę, z której rozpościerał się bajkowy widok, prawie identyczny z tym, który mam dzisiaj z domu. Wtedy serce mi zabiło, a sprawa kupna ziemi sfinalizowała się troszkę później.

Wracając do Lotta, mam wrażenie, że to moje ciągłe koncertowanie jest formą bębna losującego, bo przecież tak zarabiam na życie. Nie powiedziałbym o sobie, że jestem majętnym człowiekiem, ale niczego mi nie brakuje. Moje potrzeby nie są wybujałe, ale... jakiś czas temu pomyślałem, że ostatni raz muszę przebudować dom. (śmiech)

Mamma mia!

No właśnie! Kiedy czytelnicy PANI przeczytają to, co zaraz powiem, popukają się w głowę i będą mieli rację. Otóż 25 lat temu, na etapie powstawania tego domu, wymarzyłem sobie stumetrowy pokój tylko dla mnie. Architekt, kolega z liceum, zaprojektował mi taką przestrzeń, ale ostatecznie z niej zrezygnowałem. Niedawno pomyślałem sobie, że ja wcale nie muszę podróżować. Przed chwilą mówiłem pani coś innego, wiem. Człowiek sprzeczności! Ale… mnie jest bardzo dobrze na tej Kielecczyźnie. Może przyjdzie taki czas, że będę chciał smakować to miejsce na co dzień? Zmienność pór roku, zapach powietrza, wilgotność, kolory światła... Kiedy o tym rozmyślałem, dotarło do mnie, że od wieków nie grałem na fortepianie. I teraz powinienem opowiedzieć pani anegdotę…

Zatem robimy dygresję.

Gdy na studiach zdawałem egzamin końcowy z fortepianu, przewodniczący komisji - bardzo dobry i miły człowiek - podszedł do mnie i powiedział: „Dostaniesz trójkę, ale musisz mi obiecać, że nigdy publicznie nie będziesz grał na fortepianie”. Obiecałem. Miałem świadomość, że moje umiejętności są mizerne. Po 25 latach doszedłem do wniosku, że chciałbym wrócić do tego grania.

Dlatego potrzebuje pan tej przestrzeni?

Zgadła pani. Mam naturę sentymentalną. Staram się zważyć proporcje pomiędzy tym, co dla mnie, a tym, co dla bliskich, których kocham. Od nas samych zaczyna się spokój i komfort naszych domowników. Moja najukochańsza na świecie siostrzenica ma na imię Zosia. Od naszej pierwszej – z jej strony świadomej – wymiany uśmiechów jest moim oczkiem w głowie. W połowie Brytyjka, przepięknie mówiąca po polsku. Ma 12 lat, marzy o tym, żeby zostać hydrobiologiem i najlepiej na świecie czuje się u mnie na wsi. W czasie ostatnich wakacji w ogrodzie u sąsiada odkryła nowe oczko wodne z rybkami. Od tej pory marzeniem Zosi jest wędkowanie. Przed domem z jednej strony jest cudowna przestrzeń, pomyślałem, że byłoby to idealne miejsce na staw ekologiczny z filtrami roślinnymi i z rybkami. Umówiłem się już na spotkanie z architektem. Robię to dla Zosi. Może kiedyś będzie chciała tu osiąść i żyć? Widzi pani, co mi się robi z okiem?

Wzruszył się pan.

Może to jest nadmiar sentymentalizmu? Gdyby mnie pani zapytała, dlaczego szkli mi się oko, kiedy opowiadam o stawie, musiałbym odpowiedzieć: „Nie wiem”. Tylu rzeczy nie wiem, że aż wstyd! Mówię to głośno, bo „wisi” nad nami słowo „mistrz”. Matko Boska, jak mi daleko do mistrza, proszę mi wierzyć. Kolejna historia. Pandemia, czas się zatrzymał, siedzieliśmy zamknięci w domach, ja z rodziną na wsi, co okazało się błogosławieństwem. Życie toczyło się online. Za pośrednictwem łącza internetowego wziąłem udział w jednym z programów i zapytany, jak żyję, co robię, jak się czuję, emocjonalnie odpowiedziałem: „Wiecie co, w tym roku po raz pierwszy, odkąd mieszkam na wsi, widziałem jak kwitną śliwy”. Byłem tym odkryciem poruszony. Od dawna mam w nosie tzw. komentarze, w ogóle nie zaglądam w te rejony, ale wtedy jakimś trafem nie ustrzegłem się przed przeczytaniem: „No, debil! Debil po prostu. Wszystko się wali, on mówi, że śliwy kwitną”. (śmiech)

Bo… kwitły! I to musiało być piękne.

Żachnąłem się w pierwszym odruchu, a potem pomyślałem, że w prostocie tego zdania jest jakaś prawda. Wszystko jest po coś. Zawsze powtarzam najbliższym: „Równajmy w górę. Róbmy to, co ładniejsze, lepsze, mimo że świat podąża w przeciwnym kierunku”. Ale… nie chcę się bać, być głupi. Czasem nawet lubię w sobie tę głupotę.

To nie głupota, tylko wrażliwość. Mistrz, który był dla pana ważny?

Miałem przyjemność, frajdę i szczęście współpracować z Sewerynem Krajewskim, Ewą Bem, Krzyśkiem Krawczykiem, Stanisławem Sojką i innymi wielkimi nazwiskami, ale doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że moje życie zostało ukierunkowane przez małych mistrzów z małych miasteczek. Janusza Górskiego, który mnie zaprosił do zespołu muzycznego, Justyna Sułkowskiego, który uczył mnie grać na pianinie, żebym mógł zdać egzaminy na wymarzone studia, Teresę Krasicką, która uczyła mnie śpiewać, zanim cokolwiek zaczęło mi się muzycznie udawać, pokazując, co mogę, a czego nie powinienem. Mali Mistrzowie. Później spotykałem kolejnych ludzi, którzy zostali moimi mistrzami przez współpracę, a czasem odmowę współpracy. Te odmowy były równie ważne, dużo mnie nauczyły.

 

Andrzej Piaseczny o partnerze: "Dał mi uśmiech szczęścia"

A w życiu prywatnym?

Nigdy nie bałem się mówić, że całe życie byłem maminsynkiem. Jestem do tej pory, chociaż dzisiaj nasze relacje są zupełnie inne. Role się odwróciły. Przez lata mama dawała mi parasol ochronny, teraz ja trzymam ten parasol nad nią. Mama mieszka u mnie od wielu lat, bo wymaga opieki, i to jej podporządkowany jest rytm domu. Jak w każdej rodzinie, zdarzają nam się lepsze i gorsze dni. Nie chełpię się ani tym bardziej nie skarżę. Dla mnie to jest naturalne. Natomiast mój przyjaciel i wieloletni partner jest osobą, która dała mi… (milczenie) Zastanawiam się nad właściwym zdaniem... Mój partner dał mi uśmiech szczęścia. Trwającego szczęścia. Niezależnie od tego, czy jestem w domu i budzimy się razem, czy jestem gdzieś indziej i budzimy się osobno. (milczenie) Jak pani wie, nie opowiadam dużo o życiu prywatnym. Przestrzeń rodzinną chciałbym uchronić przed wścibstwem. Natomiast są takie momenty w życiu, kiedy człowiek chce wypowiedzieć to jedno krótkie, ale ładne zdanie: „Mój partner dał mi uśmiech trwającego szczęścia”.

Piękne! W „Miłości” równie pięknie pan śpiewa: „Nie możesz zasnąć i przestać śnić. A życie chciałbyś dzielić tylko z nim”. A potem: „Nikt nie może się bać swej miłości” i „Nikt nie musi się ze swą miłością kryć”. Kiedy w Radiu Zet powiedział pan, że to piosenka o panu, zawrzało. Poważne media pisały: „To pierwszy w Polsce coming out tak znanego piosenkarza i jako taki ma wymiar nie tylko osobisty, ale też społeczny”. Pięćdziesiątka była dla pana symboliczna.

Przez ostatnie dekady wiele się zmieniło w przestrzeni społeczno–politycznej. 25 lat temu świat wyglądał inaczej. Gdybym wtedy powiedział o tym głośno, dzisiaj nie rozmawialibyśmy prawdopodobnie, ponieważ nigdy nie doszedłbym w muzyce do tego miejsca, w którym jestem. Gdy sytuacja zaczęła się zmieniać, pozostało pytanie, czy mnie samemu jest to do czegoś potrzebne.

Było?

Jedynie dla jakiejś przejrzystości, uczciwości. Jak mówiłem, lubię życie osobiste zostawiać w sferze prywatnej. Natomiast wiem, że dla wielu ludzi było to ważne i coś zmieniło w ich życiu. W czasie wakacji jeździłem na różne koncerty, między innymi dożynkowe. Na marginesie: dożynki to piękna tradycja. 20 lat temu do głowy by mi nie przyszło, że kiedyś tak powiem. A jednak... (śmiech) Po koncertach rozdawałem autografy i zdarzało się, że podchodził do mnie chłopak czy mężczyzna i mówił na ucho: „Dziękuję, że wyszedł pan z szafy. Mojej rodzinie bardzo to pomogło zrozumieć mnie i zaakceptować”. Wierzę w akceptację. Może jestem idealistą? Nie byliśmy z ojcem kumplami, nie było między nami szczególnej bliskości, raczej lekki dystans, ale moje życie rodzinne zawsze było dobre. Wierzę, że miłość w rodzinie jest, choć czasami bywa trudna.

Czego dotyczyła pana najważniejsza rozmowa z ojcem?

Nie było ich wiele. Zabrzmi to dosyć smutno, ale taka jest prawda. Mój tato chorował na raka i jego ostatnie dni były bardzo ciężkie. Ponieważ nie byliśmy silnie zżyci, okazałem się jedyną osobą, która mogła mu spokojnie zadać pytanie: „Tato, a gdzie chcesz być pochowany?”.

Wiedział, że umiera?

Wiedział. Odbyliśmy nawet krótką rozmowę na ten temat. Powtórzę się: świat na początku lat 90. wyglądał zupełnie inaczej. Moi koledzy z zespołu przychodzili na próby i opowiadali anegdotki z niedzielnego obiadu: „Synu, a co ty będziesz robił w życiu? - Tato, przecież będę muzykiem. - No dobrze, ale co ty będziesz ROBIŁ? Jak ty będziesz zarabiał na życie?!”. Moich rodziców również nie ominęły takie lęki. Brat studiował prawo, więc moje studia pedagogiczne – z wykształcenia jestem nauczycielem – były dla nich rodzajem „zabezpieczenia”. Kiedy ojciec leżał w szpitalu, byłem już bardzo rozpoznawalny. Gdy do niego przychodziłem, pielęgniarki z ciekawością zaglądały do pokoju. Ojciec to widział. W pewnym momencie powiedział: „Słuchaj, synu, cieszę się”.

Andrzej Piaseczny: "Życie ze mną nie jest łatwe"

To piękne.

Znowu się szklę... 15-20 lat później zacząłem od czasu do czasu myśleć: „A co by było, gdyby ojciec żył? Czy cieszyłby się z mojego miejsca na ziemi?”. Nie wiadomo. Ojcowie często mają swoje plany wobec synów. Myślę zresztą, że charakter mam po ojcu. Ekierka i cyrkiel. Do tego natręctwa różnego rodzaju. Życie ze mną nie jest łatwe. (śmiech) Bardzo się temperuję oczywiście i potrafię być do rany przyłóż, ale w pierwszym odruchu ustawiam cały dom. Ma być tak, tak i tak!

Z takim temperamentem co pan będzie robił na tej wsi?

Wszystko i nic. Bardzo lubię swój ogród i łąkę. Dużo tam grzebię samodzielnie. Trochę miejsca zajmują grządki i rabatki kwiatowe, ale generalnie ogród ma strukturę parkową. Wymyśliłem sobie pole granatowych hortensji. Zasadziłem, ale nie chciały rosnąć. Po trzech latach zacząłem czytać, czego te hortensje potrzebują, żeby pięknie zakwitły. Wykopałem je, przygotowałem miejsce idealne, jak mi się wydawało, posadziłem z powrotem, przyjęły się i… znów nie chciały rosnąć. Minęły kolejne trzy lata. Pomyślałem, że należy im się trzecia szansa. Tym razem poszedłem po rozum do głowy i zamierzam przesadzić je na taki teren, gdzie na pewno urosną. Mówimy o przestrzeni zajmującej półtora hektara. Gdy sadzi się tam jeden krzak, to go nie widać. Dziesięć wygląda jak jeden. Więc tych krzewów do przesadzenia jest ponad 50. Połowa prac już za mną. Dziś w nocy wracam w domu, rano mam spotkanie z architektem w sprawie stawu, a po spotkaniu zakasuję rękawy i chwytam za łopatę. Rano przy śniadaniu rytualnie sprawdzamy pogodę. Jutro świeci słońce.

Myśli pan o przyszłości czy żyje tu i teraz?

Życie tu i teraz jest rozsądniejsze. A z drugiej strony gdybym powiedział, że żyję tu i teraz, zaprzeczyłbym swojej opowieści o ostatnim – mam nadzieję! - remoncie domu czy stawie dla Zosi. Więc przyszłością też żyję. Wierzę, że we właściwym czasie zdążę wyhamować. Mam upierdliwy charakter, niestety. Gdy w końcu usiądę w fotelu i popatrzę na ogród, zawsze widzę mankamenty: tu trzeba coś wyrwać, tam przyciąć, a to wyrównać. Chciałbym umieć utemperować swoje chciejstwa. Usiąść przed domem, popatrzeć na kolorowe liście i pomyśleć, że gdy opadną, pojawi się wspaniały widok na góry. Byliśmy w Lizbonie, gdy doszło do tragicznego wypadku kolejki, w którym zginęło 17 osób. Siedzieliśmy w kawiarni, gdy nagle rozdzwoniły się telefony z Polski: „Gdzie jesteście?!”. Nie wiemy, co jest nam pisane. Zawsze jednak powtarzam przyjaciołom: „Słuchajcie, planujemy długie, dobre życie”. A jeśli nie zdążymy czegoś zrobić? Trudno.

Kim jest Andrzej Piaseczny?

Andrzej Piaseczny - Rocznik 1971. Znany również jako Piasek, piosenkarz, autor tekstów, osobowość telewizyjna. Studiował wychowanie muzyczne w Wyższej Szkole Pedagogicznej (dziś Uniwersytet Jana Kochanowskiego) w Kielcach. Wokalista zespołu Mafia. Od 1998 r. artysta solowy, wydał ponad 10 albumów. Przez 13 lat grał Kacpra Złotopolskiego w kultowym serialu TVP2. Kapitan drużyny w programie „Bitwa na głosy”, juror w „Tańcu z gwiazdami”. Laureat Superjedynek, Wiktora, Fryderyka, Telekamery. Od 25 lat mieszka na wsi w Górach Świętokrzyskich ze swoją mamą i długoletnim partnerem.

 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 11/2025