Maciej Zembaty. Sztuka upadania. Henryk Waniek wspomina przyjaciela.
Fot. ARTUR PAWLOWSKI/REPORTER/EAST NEWS

Maciej Zembaty. Sztuka upadania. Henryk Waniek wspomina przyjaciela.

Śmiertelnie zabawny, kompletnie nieprzewidywalny. Potrafił zjednywać sobie ludzi i rozmieszać ich do łez. Ale jego życie pełne było dramatycznych zakrętów. Macieja Zembatego wspomina jego przyjaciel, malarz i pisarz Henryk Waniek. 

W książce “Szalone życie Macieja Z” piszesz: “Po Macieju niewiele zostało na papierze”.  
Henryk Waniek:
Niestety, nie zrobił wszystkiego, co mógłby, i to jest prawda rozdzierająca. Do tego w całej spuściźnie, jaką pozostawił, niewiele jest twardych dowodów na jego możliwości. Dokonanie najbardziej znane szerokiej publiczności stanowi serial "Siedem życzeń”, którego był współscenarzystą oraz w którym użyczał głosu kotu Rademenesowi. Poza tym dwie książki, tłumaczenia piosenek Leonarda Cohena, kilka płyt, niekompletne ślady w archiwum radiowym. Bo tworzył cieszący się ogromną popularnością Radiowy Magazyn Zgryz i serial radiowy "Rodzina Poszepszyńskich”. Oba emitowane w Programie III. I jeszcze jego legenda, która się zaczyna się od przesławnej piosenki "Marsz Pogrzebowy" do muzyki Chopina, nagrodzonej na Festiwalu Piosenki w Opolu w 1965 roku. Pokpiwał w niej z boskiego Chopina, igrając jednocześnie ze społecznym tabu, jakim jest śmierć. Nie ostatni raz. 

 

Tę legendę budowały też koncerty.
Jego intensywną działalność koncertową ktoś złośliwy mógłby wpisać we wtedy popularne zjawisko chałtury estradowej, ale trzeba powiedzieć, że występy Maćka nosiły silny ślad jego osobowości - osoby ciepłej, ”przytulnej", potrafiącej likwidować dystans. Pewna znajoma, która doskonale znała Macka, biegnąc kiedyś na jeden z takich koncertów wpadła na mnie i na moje zdziwienie odpowiedziała: "Ja na wszystkie koncerty Maćka chodzę jak na randki". O tym szczególnym nastroju dziś można tylko zapewniać.

 

Na czym polegała ta szczególność?
Żeby to opisać, przeciwstawiłbym Maćkowi człowieka, który w podobnym kierunku zmierzał - mianowicie Jacka Kleyffa. On też przeplatał piosenki historyjkami. Ale jemu to wychodziło gorzej - był trochę usztywniony, zawsze pozostawała jakaś bariera. W wypadku Maćka ona natychmiast pękała. Potrafił zjednywać sobie ludzi w mgnieniu oka. W żadnym wypadku jego występy nie przypominały tych Wojciecha Młynarskiego, który niby śpiewał, ale w gruncie rzeczy zawsze wygłaszał prelekcje i udzielał nauk. Coś obśmiewał, coś chwalił, coś ganił. Nie wiem, czy znalazłbym na polskim panteonie kogoś, kto pod tym względem mógłby się z Maćkiem równać. Stąd też element pewnej zawiści, która go otaczała. Wszyscy go lubili, ale nie wszyscy szczerze.

Nie chciał dokonać więcej? 
Wśród deklaracji Maćka wygłaszanych podczas koleżeńskich “wieczorynek”, jak nazywaliśmy nasze spotkania, pojawiały się pomysły na opowiadania, powieści, scenariuszy. Niestety, kończyło się na deklaracjach. Życie może mu nie pozwalało, żeby spokojnie na chwilę wyłączyć się z rutyny i zająć twórczością. Kiedy inspiracja jest silna, zagłusza w nas potrzebę walki przetrwanie, zachłanność czy niechęć, by wyjść na frajera. A tego też w Maćku było trochę.

Zachłanności czy niechęci, żeby wyjść na frajera? 
Maciek, wychowany jak by nie było w rodzinie galicyjskiej z tamtejszym pragmatyzmem materialnym, nie był zachłanny na dobra, ale miał świadomość, że życie wymaga pewnych zabezpieczeń. Pamiętał o tym, ale nie zabiegał szczególnie. Co prawda Andrzej Dudziński prowadząc spotkanie autorskie z okazji wydania mojej książki przypomniał, jak to któregoś razu Maciek z kieszeni dżinsów wyjął ogromny plik banknotów. Na Andrzeju zrobiło to wrażenie. Rzeczywiście, bywały takie sytuacje, kiedy Maciek był finansowo w lepszej kondycji, ale nie wydaje mi się, żeby o to mu chodziło. W końcu te finalne rozdziały swojego życia były skromne. Nie został milionerem.

To ostatnio powtarzający się scenariusz - artyści pod koniec życia znajdują się w kiepskiej sytuacji materialnej. 
Maciek był też lekkoduchem. Potrafił liczyć, ale niezbyt dokładnie. A poza tym wszyscy wiemy, choć nie wszyscy o tym pamiętamy, że los jest pewnego rodzaju loterią, w której ślepe okoliczności decydują, że bez względu na to, jak sprawni jesteśmy w jakiejś dziedzinie, to życie ma decydujący głos. Kto wie, czy to nie właśnie dlatego chciałem napisać tę  książkę, żeby powiedzieć, że nie da się zaplanować życia i w stu procentach tego planu zrealizować. Napisałem ją także z powodu sentymentu oraz prostego poczucia wdzięczności wobec faktu, że miałem to szczęście spotkać Macieja Zembatego, zaprzyjaźnić się, współpracować z nim przez długie lata i podglądać jego życie. Przez spory kawał czasu nazwałbym je naszym wspólnym życiem. Szczególnie w latach 70., kiedy prowadziliśmy tak intensywne życie towarzyskie, że granice między prywatnością a wspólnotowością się zacierały.

Twoja książka to także obraz tamtych czasów. 
Nadal słabo rozpoznanych. Bo najczęściej są opisywane przez osoby, które się na ten czas spóźniły - urodziły się grubo później i którym się wydaje, że jeśli będą uparcie powtarzać, że w roku '81 w sklepach był tylko ocet, to w końcu stanie się prawdą. Dlatego pozostają na razie te niby-prawdy, a złożoność i barwa tamtego czasu ciągle czeka na swojego portrecistę. Opisałem je tylko w niewielkim stopniu, bo to jest temat na obszerniejszą literaturę. Ale w trakcie pisania pojawiły się też inne dylematy - życie Maćka Zembatego było malownicze i pełne dramatycznych zakrętów. W związku z tym co raz to wychylała się wątpliwość, czy można to powiedzieć? Jestem obsesyjnym miłośnikiem prawdy - nie chciałem dać się ponieść subiektywnym interpretacjom, domysłom, fantazjom. Z drugiej strony, prawda może być raniąca. Szczególnie dla osób, które za najważniejsze uznają dobre imię czy, najczęściej fałszywe, poczucie poprawności.

Dyskusja przy okazji ukazania się biografii Ryszarda Kapuścińskiego Artura Domosławskiego była tego przykładem… Tam poszło o kobiety. W wypadku Macieja Zembatego pojawiają się choroba psychiczna, długi, niezrealizowane obietnice, narkotyki… 
Nawiązałem kontakt z jednym z dwóch synów Maćka, Wojtkiem, który jest pisarzem i mieszka w Tokio. Wojtek okazał się bardzo pomocny. Nie kwestionował tych delikatnych treści w moim tekście. Co więcej dodał inne, sobie znane historie wzbogacając moją wiedzę. Co rozumiałem jako przyzwolenie z jego strony na pisanie prawdy. Mogłem przestawić Maćka w całej paradoksalnej złożoności jego życia, które było pełne zarówno sezonowej sławy i pomyślności, jak depresji, zapaści i upadków.

Pod koniec życia podczas jednego ze spotkań powiedział mi, po tym jak potknął się i upadł: “Upadanie staje się moją specjalnością. Ale ćwiczę sztukę wstawania”.

Co wynikło z tego skomplikowanego obrazu? 
Przy okazji spojrzenia na jego los powracało do mnie pytanie, ile właściwie w życiu człowieka ambitnego, aktywnego, lubianego przez jednych, kwestionowanego przez innych, jest bezapelacyjnego losu czy przeznaczenia. Czegoś, co sprawia, że nie może inaczej gospodarować sobą czy zrealizować ogromnych potencjałów, które w sobie nosi. Myślę, że o tym niepełnym spełnieniu Maćka również zadecydowały czasy. Najpierw szaleństwo Solidarności w latach 1981-82, ale w stopniu może większym rok 1989, po którym usiłował się wpasować w ten nowy krajobraz polityczny i ekonomiczny.

Wydaje się przykładem chyba pokoleniowej naiwności w rozumieniu kojarzonego przez nas wtedy z wolnością kapitalizmu i niedocenianiu drapieżności wolnego rynku. 
Ja bym nawet szerzej rozumiał sens tej naiwności. Po pierwsze z natury i z wewnętrznego ukształtowania Maciek był osobą ufną, otwartą i trochę dziecięcą. I w tym sensie słowo "naiwność" jest moim pojęciu słowem pozytywnym, oznaczającym prawdomówność, szczerość, uczciwość, nawet wbrew swoim nietrafnie rozpoznanym interesom. W swoich planach biznesowych i sprawach finansowych Maciek był nieostrożny. Ale trzeba pamiętać, że wtedy już zaczęła mu dolegać pewna labilność psychiczna.

 

Pytanie, do jakiego stopnia problemy psychiczne, zdiagnozowane dość późno jako choroba dwubiegunowa, miały wpływ na jego los? 
Mniejsza o tę diagnozę. Wszyscy jesteśmy do pewnego stopnia dwubiegunowi od urodzenia. Wszystko kręci się wokół jasnego i ciemnego w człowieku. On chyba nie do końca wytrwał w podstawowym rozróżnieniu na zewnętrzną realność i wewnętrzną fikcję. Poniosły go wymyślone w egzaltacji warianty realnego życia. Byłem uwikłany w jeden taki przypadek - plan wydania opowiadań sufickich. Ale Maciek wielokrotnie angażował w swoje kosztowne projekty przyjaciół czy poważne osoby ze świata sztuki. A potem okazywało się, że to były nierealne idee. Pojawiały się pomysły na filmy, założenie stacji telewizyjnej w spółce z jakimiś naciągaczami, przedsiębiorstwa rozrywkowe. To wszystko ostatecznie czyniło go ofiarą windykatorów i komorników, a jego życie zaczęło przypominać sensacyjno-kryminalne fabuły hollywoodzkie.

Wyobrażam sobie wynikający z tego brak poczucia bezpieczeństwa. 
Ogromny. Były takie chwile, kiedy musiał się ukrywać. Mam do psychiatrii stosunek ostrożny. Epizody choroby wydają mi się w jego życiu próbą ucieczki przed zagrożeniami. Szpital stawał się w pewnym sensie azylem. Chwilą wytchnienia od tych prozaicznych problemów. Ale to moja interpretacja.

To wtedy wyjechał do Mińska Mazowieckiego? 
Historię tego wyjazdu poznałem po fakcie. Rzeczywiście, Maciek zniknął, jak mówiono z powodu prześladowań jakiś gangsterów, komorników i skupywaczy długów. Wszystko w rezultacie pewnego przedsięwzięcia którego podobno pomysłodawcą był John Porter. To był projekt filmowy, wymagający sporych nakładów finansowych. Maciek nabrał kredytów, których potem nie mógł spłacić. Jak mi opowiadał, mieszkał w Mińsku na przeciwko komendy policji i źle spał, bo bez przerwy jeździły samochody na sygnale. Mówił też, że żywił się wtedy kisielem i landrynkami. Chyba, że przyjechała Ela Dębska, piosenkarka, z którą koncertował, i przywiozła mu coś do jedzenia. Ona była chyba jedyną osobą znającą jego adres. Ta ucieczka podobno trwała trzy lata, ale czy rzeczywiście była aż tak długa? Poza tym przez całe lata 90. Maciek nie miał mieszkania. Wynajmował to tu, to tam. Czasami znikał nie regulując zobowiązań finansowych. Dopiero ostatnie lata spędził w swoim mieszkaniu przy ul. Wojska Polskiego, zakupionym w ramach wspólnej akcji synów i byłej, trzeciej żony, Magdy.

W książce przywołujesz pewną historię z 1980 roku, która dotyczy ich obojga. 
Magda i Maciek byli u nas, kiedy pojawili się Tomasz Jastrun i Leszek Szaruga, wspomagający podziemną opozycję. Przynieśli mi do podpisania list protestacyjny - jeden z działaczy opozycji został aresztowany. I niejako przy okazji zaproponowali podpisanie Maćkowi i jego żonie. Magda wtedy zachowała się dziwnie. Zdystansowała się. Nie jestem specjalnie asertywny w takich sytuacjach, jak proszą, żeby podpisać, to podpisuję. Mogłem sobie na to pozwolić. Magda chyba w mniejszym stopniu. Byli młodym małżeństwem na dorobku, poza tym mieli, szczególnie ona, aspiracje telewizyjne. Podpisanie tego listu protestacyjnego mogło im zaszkodzić. Ale w wypadku Maćka ta sytuacja wydaje się wyjątkiem - dawał się władzy we znaki i dzień po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany w Białołęce. Jego pobyt tam stał się podobno jednym wielkim koncertem.

Żadne z trzech małżeństw Zembatego nie przetrwało. Przyczyną był jego niełatwy charakter? 
Pierwsze małżeństwo z aktorką Ewą Poklas było takie smarkate. Estrada, dwoje młodych aktorów, bo Zembaty wtedy jeszcze miał zamiar być aktorem, silne emocje, pewna niedojrzałość. Tamta historia zdystansowała matkę Maćka do wszystkich jego żon. Drugie było rekordowo krótkie. Ewa Bieżyńska potem wyjechała dość szybko z Polski więc zatarły się jej ślady. Mogę powiedzieć, że podczas 30-letniego okresu, kiedy mieliśmy bliskie kontakty, Maciek był dość monogamiczny.

Na ile potrafił, budował własną domową wspólnotę. Poza tym był uroczym wariatem, za czym część damskiej populacji przepada. Więc pewnie jakieś romanse mu się zdarzały.

Obaj wczesną młodość spędziliście w Katowicach... 
Wtedy jeszcze się nie spotkaliśmy. Ale obaj otarliśmy się o ten dziwny klimat Katowic. On krócej, ja dłużej. Potem Katowice w rozmowach z Maćkiem wracały. Niby to niespecjalnie ważne sprawy, szkoła podstawowa, ale dla niego miały znaczenie. Poźniej nasz wspólny kolega, który wtedy się Maćkiem blisko kolegował, opowiadał mi różne rzeczy mogące być kluczem do poźniejszych fascynacji Zembatego. Nie wgłębiłem się w ten wątek, bo musiałbym przez lupę oglądać życie rodzinne państwa Zembatych, a to nie było moim celem.

Podobno jego wuj był grabarzem, co by wiele tłumaczyło… Znał pan jego rodziców? 
Ojca Maćka, pana Józefa, sędziego, który m. in. brał udział w sądzeniu hitlerowskich zbrodniarzy, nie poznałem, ale mamę tak. Pani Irena Zembaty była wzorcową damą. Zresztą wszystko wskazuje na to, że stanowiła pierwowzór Madame z książki Antoniego Libery. Maciek był jedynakiem, co miało zapewne znaczenie w kształtowaniu się jego osobowości. Matka różnie przyjmowała jego ekscesy w młodzieńczym okresie życia. Ale później zasadniczo miała satysfakcję ze swojego syna.

Ciekawe, że Zembaty głównie tworzył w duetach. 
Sam nie bardzo to rozumiem. Myślę, że wspólna praca z Jackiem Janczarskim, Maćkiem Karpińskim, Andrzejem Kotkowskim czy z wieloma innymi była w jego przypadku formą asekuracji. Obecność tej drugiej osoby mobilizowała go do koncentracji, zmierzania ku celowi. Bo zdany na siebie samego bywał zawodny.

Sam nie potrafił? 
Mogę sobie sobie wyobrazić, że "Rodzinę Poszepszyńskich" mógłby napisać sam. W końcu robił po śmierci Jacka Janczarskiego, choć z nie najlepszym skutkiem. Ale już na estradzie, do występów z gitarą, na której grał kiepsko, potrzebował akompaniamentu. Jednak zawsze jego kompani na scenie byli tylko tłem dla nastroju według jego wizji. Ciekawa i twórcza była komitywa Maćka z Johnem Porterem, którego zresztą poznał w naszym domu, bo moja żona Joanna przyjaźniła się i pracowała z pierwszą żoną Johna, Małgosią. W końcowym okresie działalności taką estradową partnerką Maćka była wspomniana już Ela Dębska, która potrafiła, podobnie jak on, budować nastrój intymności. Oczywiście, znacznie dyskretniej, bo on jednak lubił dominować. W tych tandemach zawsze był przede wszystkim Zembaty.

Nie udało mu się nigdy stworzyć czegoś, co wymagałoby działania samemu, choćby napisać powieści... 
Był niecierpliwy. Na własny użytek robię takie rozróżnienie między poetami i prozaikami. Poeci to zawodnicy krótkiego dystansu. Napisze wiersz i już może iść na piwko. Albo nawet nie napisze, bo piwko ważniejsze. Warsztat prozatorski to jest sprawa dłuższego dystansu i innych punktów widzenia. Trzeba być sobą i jednocześnie osobą patrząca z zewnętrz - mieć krytyczny, rentgenowski pogląd na to, co się robi. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia z grafomanią. Maciek był krótkodystansowy, choć nie przepadał za piwem. I pewnych rzeczy z dziedziny technik życiowych sobie nie wyjaśnił. Wszystko pozostawiał otwarte, więc przez te niedomknięte drzwi wlewały się także paskudztwa. I to go pokonało.

Dość delikatnie obszedłeś się w książce ze wspomnieniowym tekstem Marka Raczkowskiego, który ukazał się po śmierci Macieja Zembatego w “Przekroju”? Myślisz, że opowieści o prostytutkach, kokainie i nieoddanych pieniądzach to żart, który Zembatego by rozbawił? 
Znam ten tekst tylko z przekazów. Czytała go moja żona. Bardzo cenię Marka Raczkowskiego jako osobę dowcipną i trochę prowokacyjną. Żaden tekst nawet najbardziej naganny nie byłby w stanie zniekształcić obrazu Maćka Zembatego, jaki ja mam. Daleki jestem od tego, żeby się oburzać na cokolwiek. Może Raczkowski, który znał go znacznie krócej, właściwie epizodycznie, miał podstawy, by powiedzieć to, co powiedział. W końcu syn Maćka, Wojtek, przyznał, że to wspomnienie było wstrętne, ale, niestety, prawdziwe. Myślę, że Zembaty przyjąłby pobłażliwe stanowisko wobec tej sprawy. Nie leżało w jego naturze, by się obrażać czy czuć się skrzywdzonym przez kogoś. Był człowiekiem może nie wszystko rozumiejącym, ale chcącym zrozumieć. A nawet jeśli nie rozumiał, to awansem wybaczał i zapominał. Potrafił się dystansować od siebie.

Pod koniec życia Zembaty zaprzyjaźnił się z Jackiem Kuroniem, który w liceum uczył go historii. 
I nawet odgrywał pewną rolę w kampanii prezydenckiej Kuronia. Podobno to on wymyślił fatalny numer dla przedwyborczego spotu. Kuroń miał przed kamerą jeździć na rowerze. Ale czy to wypił za dużo herbaty, czy też zapomniał, do czego służą pedały, przewrócił się, coś złamał i już się nie nadawał do dalszej kampanii. Niesłusznie zdaniem Maćka, który był gotów wymyślać dalej.

Jego niezwykły czarny humor czy umiejętność śmiania się z siebie bardzo nam by się dzisiaj przydały... 
To, że postrzegamy świat w przewrotnych i makabrycznych kolorach, może być zaletą, ale może być też skazą na charakterze. Miał miał w sobie coś bardzo osobistego, bardzo właściwego tylko jemu, tak bardzo, że nie dałoby się tego uczynić przedmiotem obiektywnego wzoru dla innych. I może byłoby lepiej, żeby nikt nie szedł jego śladem.

Jego śmierć w 2011 roku była dla wszystkich zaskoczeniem. Maciej Zębaty miał zaledwie 67 lat. 
Moja żona, która w ostatnich latach jego życia miała z Maćkiem intensywniejszy kontakt, widziała się z nim bodaj na dwa dni przed śmiercią. Odwiedziła go w szpitalu. Nic nie wskazywało, żeby gdziekolwiek się wybierał, jakkolwiek organizm miał wycieńczony. I jeszcze został przyjęty do tego szpitala w nie najlepszych warunkach - leżał na korytarzu. Ale nawet w tej atmosferze pulsował mnóstwem pomysłów, które zaraz po wyjściu ze szpitala miał zamiar realizować. Maciek radykalnie i do ostateczności przeżył dwoistość życia - to, co jasne i co ciemne. Szkoda, że go nie ma. Ale też myślę, że ze względu na niego samego, może to dobrze. Bo te pułapki, które zastawiał na siebie samego, mogłyby być już dla niego nie do zniesienia.

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 02/2019
Więcej na twojstyl.pl

Czytaj również