Rozmowy

Czy żyjemy w świecie, w którym już nie ma się czym zachwycać? Pytamy psycholożkę emocji

Czy żyjemy w świecie, w którym już nie ma się czym zachwycać? Pytamy psycholożkę emocji
Fot. Agencja Getty Images

Kiedy ostatnio zaparło ci dech, kiedy zaniemówiłaś z zachwytu? Jest nazywany emocją terapeutyczną, prospołeczną i transcendentną, ale nie przeżywamy go zbyt często. Czy żyjemy w świecie, w którym nie ma się czym zachwycać? – pytamy psycholożkę emocji Dr Ewę Jarczewską-Gerc.

PANI: Rzadko dziś zachwycamy się światem, życiem. Dlaczego, przecież bardzo cenimy pozytywne emocje?

EWA JARCZEWSKA-GERC: Nie wiem, czy myśmy się kiedyś zachwycali częściej, ale chyba było tak, że drobniejsze bodźce wywoływały w nas zachwyt. To rzeczywiście jest emocja pozytywna, choć złożona. Składają się na nią radość, zaciekawienie, zaskoczenie. „Ojej, jak tu pięknie, jaki cudowny widok”, mówimy, wchodząc do czyjegoś ogrodu albo wychylając się z okna. To nie jest emocja podstawowa, jak strach czy złość, nie pełni funkcji ewolucyjno-biologicznych, nie jest nam niezbędna do przetrwania. Ale jak wszystkie emocje spełnia funkcję informacyjną, czyli zawiadamia nas, że dzieje się coś ważnego. Zachwyt mówi: zwróć uwagę, zatrzymaj się przy tym, doświadcz tego, popatrz na to, przeżywaj.

Mówimy czasem: „O mało nie zemdlałam z zachwytu, zaparło mi dech”. To jest emocja przejmująca.

Silna, nagła, jest w niej element poruszenia i wzruszenia, z nutą radości i ciekawości. Może wyzwalać wdzięczność za to, że dane mi było to przeżyć, to zobaczyć. Wczoraj przeżyłam niezwykły moment: był przepiękny dzień, słońce, wiatr, który kładł trawy na łące. Doznałam flashbacku z przeszłości, widziałam już kiedyś takie popołudnie. Poczułam, że mojemu zachwytowi towarzyszy wdzięczność za to, że to widzę. I że dożyłam tego lata, bo to przecież wcale nie jest oczywiste, choć czasem się nam tak wydaje. Myślę, że zachwyt jest ważną emocją z punktu budowania mindfulness, czyli uważności na to, co się w tej chwili dzieje wokół mnie i we mnie. On tej uważności wymaga. Przeżywamy go rzadko, jeśli nie zauważamy piękna świata, żyjemy w sposób bezrefleksyjny, skoncentrowani na kolejnych zadaniach. Myślę, że to jest ten powód, o który pani pytała, dlaczego jest emocją nieczęsto przeżywaną. Nam się dziś wydaje, że powinniśmy zachwycać się czymś spektakularnym, wielkim, nadzwyczajnym.

Mówimy często o efekcie WOW. Czy on jest synonimem, czy raczej współczesnym zamiennikiem zachwytu?

W efekcie WOW nacisk położony jest na zaskoczenie i nowość. To odbiera nam dużo pozytywnych emocji, które można czuć, zachwycając się światem poprzez bycie uważną. Pamiętam, jak dwa czy trzy lata temu byłam na wakacjach na Dominikanie. Wszystko mi się tam podobało. Kolor nieba, bujna przyroda, odcienie zieleni, fantastyczne warzywa, owoce. W drodze powrotnej na lotnisku zaczęłam rozmawiać z grupą ludzi czekających wraz ze mną na odprawę i słyszę: „O, jacy my jesteśmy rozczarowani, jedzenie zwyczajne, plaża jak plaża…”. Popatrzyłam na moje dzieci: czy myśmy byli na tym samym wyjeździe, czy nasze oczy widziały to samo, czy nasze kubki smakowe kosztowały tych samych potraw? W ich odczuciu nie było efektu WOW, nie przeżyli więc zachwytu. Kiedy doznajemy za dużo, wszystko powszednieje, staje się znane, oklepane i w związku z tym zwyczajne.

A my tak dużo dziś doznajemy?

Bardzo dużo, gromadzimy ogromną ilość wrażeń i doświadczeń. To oczywiście ma swoje plusy i minusy. Plusem jest, że przeżywamy życie na maksa, a przynajmniej większość z nas ma taką możliwość. Jedna z moich studentek pisze właśnie pracę magisterską na temat motywacji do podróżowania. Jej badania pokazują, że wielu z nas kieruje się motywami zewnętrznymi: chcemy „przebić” znajomych, pojechać w modne miejsce, pokazać, że też tam byliśmy. Móc powiedzieć: „Jak to, nie byłaś jeszcze w Wietnamie?”.

 

Niektórzy robią mapki świata z zaznaczonymi punktami, które odwiedzili, widziałam kilka takich w internecie. Rozbawiły mnie, bo na wielu tylko Polska była pusta.

Tak działa ta presja społeczna, na maksa, czyli dalej, bardziej, więcej. Jedziemy, chwytamy, konsumujemy cały świat. A jeśli brakuje nam przy tym refleksyjności, czyli kontaktu ze sobą, ze swoimi emocjami, będzie nam trudno tym światem się zachwycać. Dlatego, że my go po prostu nie zauważamy i nie doceniamy. Prowadzę konsultacje terapeutyczne, coachingowe, szkolenia dla biznesu i widzę, że ludzie są ogromnie przeciążeni, przebodźcowani. Odpływają od życia, od świadomego bycia, zauważania tego, co dzieje się wokół. Nie widzą emocji drugiego człowieka, ba, nie dostrzegają koloru oczu, nie zapamiętują imienia osoby, którą poznają. Jak mają się zachwycać kolorem arbuza albo biedronką na liściu?

Mam wrażenie, że czasem nie przyznajemy się do zachwytu, bo on się wydaje trochę infantylny, egzaltowany. Wstydzimy się. Nie z każdym można iść do parku i podziwiać przezroczystość liści.

Przypomniała mi pani historię sprzed paru lat, kiedy woziłam syna na zajęcia sportowe i czekałam na niego w warszawskim parku Skaryszewskim, spacerując lub biegając. Pewnego dnia zatrzymałam się przed kępą drzew i zobaczyłam komorebi. Nie wiem, czy pani zna tę japońską nazwę dla zjawiska, które każdy z nas widział pewnie nie raz – oznacza światło słoneczne, które przesącza się przez liście drzew. Stałam więc, zachwycając się tą piękną chwilą, obserwując światłocienie, aż na ścieżce pojawił się znajomy, tata koleżanki mojej córki. I mówi: „Ewa, co się stało, co ty tak stoisz? Dobrze się czujesz? – O, bardzo dobrze, popatrz tam, zachwycam się tym momentem”, opowiadam mu o komorebi. A on na to: „Naprawdę zaczynam się o ciebie martwić”. A więc tak, kiedy oczarowują nas drobne rzeczy, zjawiska pogodowe, przyroda, wychodzimy na frajerów. Zachwycać się wypada fajerwerkami, wybuchami wulkanu i koncertem Madonny, a nie promieniami słońca. Słońce świeci, to jest oczywiste i nie ma czego przeżywać? Ale właśnie o to chodzi, że jest. Emocje są w nas, a nie w świecie zewnętrznym. Kiedy je zauważamy, zaczynamy też inaczej patrzeć na świat.

Czy to dlatego mówi się, że zachwyt jest emocją terapeutyczną?

Nie, mówi się tak dlatego, że ma udokumentowany wpływ na ukojenie i regenerację naszych organizmów. Każda emocja i każda myśl jest procesem biochemicznym, czyli ma wpływ na funkcjonowanie naszego ciała. Można chorować z emocji, można z nich zdrowieć. Nie ma w tym nic magicznego ani tajemniczego, po prostu emocja jest procesem, który wywołuje wzrosty i spadki różnych hormonów, neuroprzekaźników. Na przykład zachwyt, podobnie jak wdzięczność, podwyższa poziom oksytocyny, hormonu przywiązania i poczucia bezpieczeństwa. Uwalnia też dopaminę, neuroprzekaźnik kluczowy dla odczuwania przyjemności i motywacji. Obniża również stężenie cytokin prozapalnych, w tym interleukiny 6, co wpływa korzystnie na reakcje odpornościowe. Dla porównania – przeciwnie niż wrogość, która podwyższa poziom cytokin. Badania pokazują, że ludzie, którzy czują nienawiść do innych, narażają się na przewlekłe stany zapalne.

To prawda, że zachwyt wpływa na poprawę pamięci?

Pośrednio, dlatego że jest związany z uważnością. Uważność wymaga skupienia, a kiedy się koncentrujemy, ćwiczymy pamięć roboczą. Są interesujące badania psychologa Dachera Keltnera, który pokazywał, że zachwyt może zwiększać ciekawość świata, ułatwiać przyswajanie nowych informacji i co ciekawe, redukować nadmierną pewność siebie. Wbrew dość powszechnemu przekonaniu wcale nie jest dobra dla naszego dobrostanu taka pewność: „Mam rację, wiem lepiej”. To zadawanie pytań, zastanawianie się, wyjaśnianie wątpliwości są działaniami o mocy terapeutycznej, które poszerzają naszą samoświadomość.

A co z opinią, że zachwyt jest emocją prospołeczną? Czy chodzi o podziw, o wyrażanie uznania dla innych?

Bardziej o wspólne przeżywanie, zachwycanie się czymś razem. Podziw dla ludzi miewa skutki uboczne. Autorytet, jego wspaniałe życie, osiągnięcia – może inspirować, ale też zaślepiać. Z psychologicznego punktu widzenia taki wielki podziw bywa wymówką, by nie zajmować się swoim życiem. Można się nim zachłysnąć, czyni nas bezkrytycznymi, posłusznymi, a na końcu boleśnie rozczarowuje, bo wielkie autorytety schodzą z pomników i okazują się zwykłymi ludźmi. Natomiast wspólna chwila zachwytu wzmacnia więzi społeczne. Jesteśmy w teatrze, przejmująca scena i nagle obcy ludzie spoglądają na siebie: wymieniamy wzruszone spojrzenia. Podobnie na koncertach czy choćby podczas wspólnego oglądania zachodu słońca. Czasem w takich chwilach piszemy do bliskich: „Jaka szkoda, że nie ma cię tu ze mną, przeżywam coś wspaniałego, chciałabym, żebyś też to zobaczył(a)”. Chcemy się tym podzielić, przeżyć z innymi.

Może zachwyt skłania do hojności? Czytałam o eksperymencie, w którym badani oglądali film przyrodniczy pełen oszałamiających widoków. Kiedy po projekcji otrzymali bilety na loterię, okazało się, że chętniej dzielili się nimi z innymi niż grupa kontrolna, która w tym samym czasie oglądała neutralne krajobrazy.

Tak, zachwyt jest tu pośrednikiem. Badanym pokazano olśniewające obrazy, skłoniono ich do uważności, wzbudzono w nich wiele pozytywnych emocji, choćby wdzięczność za bycie częścią tego pięknego świata. Kiedy nam się to zdarza, dowartościowani, ubogaceni stajemy się bardziej hojni, chcemy dzielić się z innymi. Zachwyt jest też nazywany emocją duchową, transcendentną, bo kiedy się zachwycamy przyrodą, czasem muzyką, mamy poczucie obcowania z czymś większym od nas, czymś wyjątkowym. Absolutem, pięknem świata, kosmosem, Bogiem, matką naturą. Doświadczamy czegoś w rodzaju rozpraszania dobra wokół nas i sami czujemy się lepszymi ludźmi.

Czy zachwyt można praktykować?

Można, tak jak praktykujemy wdzięczność i uważność. Pierwszym rodzajem praktyki może być uważny spacer, którego celem jest wypatrywanie tego, co piękne na świecie, bez robienia zdjęć. Możemy wykorzystać metodę stymulacji wszystkich zmysłów. Są wakacje, idę na wycieczkę po rezerwacie czy leśnym parku i najpierw myślę o tym, co widzę, co zauważam. Potem koncentruję się na dźwiękach, słyszę ptaki w zaroślach, brzęczące owady, odgłosy bawiących się dzieci, dziwny dźwięk, którego nie rozpoznaję i który mnie zaciekawia. Gdy go wyśledzę, skupiam się na zapachach; od razu przypomina mi się słodki zapach lip podczas moich własnych letnich spacerów. Dalej mogę podejść i dotknąć kory drzew, sprawdzić fakturę liści. Warto potem spisać w notesie obserwacje…

Spisywanie zachwytu brzmi dziwnie. To ma sens?

Myślę, że może pomóc, szczególnie jeśli sam pomysł, żeby iść na spacer i się zachwycać, budzi w nas mieszane odczucia: co tu oglądać, drzewa zawsze były i będą, o co w tym chodzi? Dlatego dobrze jest zapisać, co zwróciło naszą uwagę, jakie emocje się pojawiały w trakcie tego ćwiczenia, czy coś nas zaskoczyło, jakie myśli chodziły nam po głowie.

Czytałam o buddyjskim klasztorze, w którym wisi ogromny gong. Każdy mnich uderza w niego, przechodząc obok. To sygnał dla innych, żeby się zatrzymać, rozejrzeć albo zajrzeć do siebie. Taki moment sprzyja zachwytowi?

Nawet buddyści, jak widać, zapominają o byciu uważnym. To dobra praktyka - mieć dwa, trzy takie momenty w ciągu dnia. Zatrzymać, zastanowić się: jak się czujesz i co teraz czujesz. To jest budowanie samoświadomości, o której rozmawiałyśmy wcześniej. Tej refleksyjności, bez której zachwyt jest tylko efektem WOW. Taka praktyka mówi: hej, jesteś tu wciąż na tym pięknym świecie, rozejrzyj się, zastanów przez chwilę. Tak, to ma sens. 

EWA JARCZEWSKA-GERC – psycholożka społeczna, badaczka, wykłada psychologię emocji na Uniwersytecie SWPS, trenerka biznesu, zajmuje się psychologią motywacji.

 

 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 08/2025
Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również