Wywiad

Jaki naprawdę był Jan Nowicki? Biografka ujawnia 3 zaskakujące fakty z życia aktora

Jaki naprawdę był Jan Nowicki? Biografka ujawnia 3 zaskakujące fakty z życia aktora
Fot. Agencja AKPA

Wielki aktor czy megaloman? Uroczy amant czy kabotyn? Jan Nowicki łączył wiele sprzeczności. Prowokował, zaskakiwał i rozbrajał. Wie o tym najlepiej autorka jego biografii, Aleksandra Szarłat.

Biografka o Janie Nowickim: „Bardzo trudny, skomplikowany. Pełen sprzeczności, przewrotny”

PANI: Dlaczego Jan Nowicki?

ALEKSANDRA SZARŁAT: A nie jest interesujący?

Bardzo.

No to odpowiedziała pani sobie na pytanie. (śmiech) Nowicki był bardzo intrygującym i człowiekiem, i aktorem. Aż tak intrygujących wielu w Polsce nie ma. To moja druga biografia. Pierwszą napisałam o Andrzeju Żuławskim.

Równie intrygującym i nieszablonowym.

Absolutnie. Nowicki zainteresował mnie swoją wszechstronnością: był znakomitym aktorem teatralnym, filmowym, a oprócz tego pisarzem. Miał liczne talenty, które starał się rozwijać. No i miał w sobie coś jeszcze, co łączy go z Żuławskim: mrok. Ale ten mrok był niezmiernie pociągający. Zawierał jakąś tajemnicę, cień. Fascynujące było dla mnie dociekanie źródeł skomplikowanej osobowości Nowickiego.

Przepytała pani prawie 50 osób, które znały Jana Nowickiego: aktora, człowieka, przyjaciela, ojca, partnera, męża.

Próbowałam do niego dotrzeć z różnych stron. Bo inaczej widzą go przyjaciele, z którymi w powojennej biedzie dorastał w rodzinnym Kowalu. Inaczej ci, którzy poznali go już w Krakowie, gdy był młodym ambitnym aktorem. A jeszcze inaczej - bardzo ważne dla tej opowieści - kobiety, z którymi był związany lub te, które obserwowały go z dystansu. Ciekawiło mnie też to, jak odbierali go twórcy, reżyserzy, z którymi czasem się przyjaźnił, a czasem konfliktował.

W tym wielogłosie jak mantra powtarza się opinia: był trudny.

Bardzo trudny, skomplikowany. Pełen sprzeczności, przewrotny. Lubił być kontrowersyjny, uwielbiał prowokować. On w ogóle w kontaktach z ludźmi szukał napięcia. Dlatego w jego towarzystwie mało kto mógł się rozluźnić.

Chyba że było się Piotrem Skrzyneckim.

Ze Skrzyneckim Jana łączyło coś wyjątkowego. To była przyjaźń, do której nikt nie miał dostępu. Intensywna i osobna. Ich rozmowy, gorące dyskusje o sztuce, ale nie tylko, oczywiście zakrapiane alkoholem, czasem trwały po trzy dni. Nowicki nazywał Skrzyneckiego swoją prawdziwą żoną. Zresztą przyjaźń stawiał wyżej od miłości. Bo ta druga przychodzi i odchodzi, tymczasem przyjaźń jest stała. Skrzynecki na pewno imponował młodemu Janowi intelektem, erudycją i swoją filozofią beztroskiego życia, wolności. Jego słynne powiedzenie: „Życie to trzeba umieć sobie reżyserować”, Nowicki wziął sobie bardzo do serca.

W życiu częściej grał czy był szczery? Bo z jednej strony mówił, że kłamstwo boli go wręcz fizycznie, z drugiej, że człowiek, który mówi prawdę, jest śmiertelnym nudziarzem.

Był pełen takich niekonsekwencji. Jednego dnia mówił jedno, drugiego temu zaprzeczał. Zależnie od nastroju, sytuacji, towarzystwa. Dlatego każdy zachował inny obraz Jana. Anna Seniuk charakteryzuje go jako sybarytę, egocentryka, no i kłamczucha. A Cezary Pazura przeciwnie, mówi: „prawdomówny do bólu”. Chociaż nie sposób było przewidzieć, na jaki nastrój „pana Jana” się trafi. Reżyserka Márta Mészáros, z którą Nowicki był związany 30 lat, podczas pracy nad spektaklem powiedziała do młodej wówczas aktorki Urszuli Grabowskiej coś, co mocno zapadło jej w pamięć: „Janek nie lubi mówić prawdy. W sztuce jest szczery, gdy wyraża postać. Ale prywatnie nie”.

Jan Nowicki
Jan Nowicki
fot. agencja akpa

 

Zakładał maskę?

Wiele masek. Wychował się w domu, gdzie nie mówiło się o teatrze czy literaturze. Jego mama pisywała do niego najwyżej kilkuzdaniowe listy, które kończyła jak urzędowe pismo: „Z poważaniem, Matka”. Jedyną formą teatru w dzieciństwie Jana były pożary i pogrzeby. To one rozbudzały jego wyobraźnię. Gdy jako nastolatek słyszał dźwięk syreny strażackiej, potrafił wybiec z lekcji, żeby obserwować akcję gaśniczą. A podczas pogrzebów siadał z kolegami na murze cmentarza i z nadzieją czekał na dramatyczny moment: gdy „porządna” wdowa z rozpaczy rzuci się w czeluść grobu w ślad za nieboszczykiem, choćby za życia był on przemocowcem i pijakiem.

Od zawsze lubił dramatyczny gest.

Ale też szukał inscenizacji, musiało się dziać. Nie znosił stagnacji. W 2011 roku, przy okazji premiery „Rozmów z Piotrem” w Teatrze Dramatycznym w Płocku, rozmawiałam z Janem Nowickim i Andrzejem Grabowskim o męskiej przyjaźni i o tym, co ich łączy. Obaj nazywali siebie chłopakami z małych gniazd. Nowicki pochodził z kilkutysięcznego Kowala, Grabowski z jeszcze mniejszej Alwerni. I z tych gniazd musieli wyfrunąć, bo - jak przyznał Nowicki – „w pewnym momencie można tam zwariować”. A jednocześnie te miejsca, w których wszyscy się znają, jakoś ich ukształtowały. Wyznawane wartości, spojrzenie na świat. I Nowicki na starość tam wrócił.

Nazywał siebie inteligentem „pierwszego rzutu”. Miał kompleks chłopaka z Kujaw?

Nigdy nie wypierał się swojego pochodzenia. Wręcz odwrotnie. O swojej mamie Mariannie mówił, że była inteligentna „z ziemi”. Bardzo ładne określenie. Edward Linde-Lubaszenko uważa, że w jego postawie życiowej odzywało się echo chłopskiej gry z panami, jakiejś przekory, zaczepności. Nowicki był dumny z tego, że wyszedł z małego miasteczka w wielki świat i tyle osiągnął, przeżył. Mówił o tym z humorem, jak to on: „Ja, który przez 12 lat chodziłem do wychodka za stodołę i mam ręce jak rzeźnik, zagrałem księcia”. Mowa o świetnej roli księcia von Teussa w „Magnacie” Filipa Bajona.

Jerzy Stuhr cenił tę jego wrodzoną inteligencję.

Mówił, że była „nieokiełznana”. Nowicki jak trafiał, to w punkt. A jak nie trafiał, to mu się wybaczało. Bo zawsze miał wymówkę: „Ale co?! Pier…lę, ja jestem z Kowala”. (śmiech)

Wyfrunął stamtąd wcześnie, jako trzynastolatek.

Najpierw przeszedł przez siedem szkół średnich, potem przez chwilę był w łódzkiej filmówce, a po skreśleniu z listy studentów, zanim trafił do Krakowa, uciekając przed wojskiem, zatrudnił się jako pracownik dołowy w kopalni na Śląsku. Wytrwał tam osiem miesięcy.

Stwierdził, że lepiej jednak zostać aktorem niż górnikiem?

W aktorstwie też siebie nie widział. Ale w decyzji, aby zdawać do krakowskiej szkoły, pomógł mu Henryk Modrzewski, życzliwy mu profesor z Łodzi. Jedyny, u którego miał na zajęciach piątkę. Poinstruował on Jana, jak bezpłatnie dojechać do Krakowa: otóż pomagając palaczowi lokomotywy, wrzucać węgiel do paleniska. I napisał list do prorektora PWST w Krakowie ze szczególnego rodzaju poparciem: „Wysyłam ci studenta, który nigdy w życiu aktorem nie będzie ze względu na kompletny brak charakteru, ale jest to dobry i fajny człowiek”.

Krakowską szkołę skończył, i to z wyróżnieniem.

Ale jak to on, dyplom odebrał dopiero po sześciu latach. I dopiero wtedy na grzbiecie swojej zdeponowanej w archiwum pracy magisterskiej zobaczył napisaną przez historyka literatury, profesora Wacława Kubackiego, opinię: „Wybitne zdolności literackie”. Pisanie go wtedy nie interesowało, sztuka aktorska wypełniała mu całą dobę.

Szukał swojej drogi?

Leszek Długosz zapamiętał, że od początku był Nowickim - niezależnym, eksponującym się, nonszalanckim, czarującym. Szybko został zauważony. Grał na scenie Starego Teatru od razu u największych – w przedstawieniach Wajdy, Hübnera, Jarockiego. A po roli w „Popiołach” Wajdy był na fali wznoszącej. W ciągu kilku lat zagrał w filmach Skolimowskiego, Żuławskiego, Hasa, Kondratiuka, Zanussiego. Popularności przydała mu rola amanta w śmiałej obyczajowo, jak na tamte czasy, „Anatomii miłości” Romana Załuskiego.

Jan Nowicki i rola, która go zmieniła. „Pojawiła się u niego nuta cynizmu”

Andrzej Żuławski mówił o Nowickim: „Był pięknym mężczyzną, ale takim troszeczkę skrzywionym”.

Skrzywionym wewnętrznie. Żuławski potrafił wyczuwać ludzi. Nowicki zresztą też. Zanussi, który nie raz angażował Jana, mówi, że w swoim pokoleniu stał się on pierwszym amantem o tak wspaniałych warunkach. Ale dodaje, że nie współgrały one z jego charakterem, nie przystawały do duszy.

Czy to właśnie ten mrok, o którym pani mówiła?

Tak. Dla mnie zaskoczeniem podczas pisania tej książki było odkrycie, jak bardzo zmieniła go rola Stawrogina w „Biesach” według Dostojewskiego.

Legendarny spektakl krakowskiego Starego Teatru w reżyserii Wajdy, 1977 rok.

Nowicki miał wtedy 31 lat. Stawrogin stał się dla niego punktem zwrotnym. Zmienił się, pojawiła się u niego nuta cynizmu. Fascynowało go to, że można być kimś tak niesłychanie przewrotnym i złym jak jego bohater. Bez konsekwencji. I jakieś jego cechy przejął, przeniósł na swoje życie. Bo wszyscy, którzy pamiętają Nowickiego sprzed „Biesów”, mówią, że wcześniej był miłym, otwartym człowiekiem.

Rola może zmienić człowieka?

Nowicki bardzo głęboko wszedł w postać Stawrogina. Czytał Bachtina i za jego radą udawał się w głąb własnej duszy, mierzył się z mrokiem, próbował zrozumieć człowieka, który zatracił różnicę między dobrem a złem. Dzięki temu genialnie wykreował tę postać na scenie. Była w tym pasja i desperacja.

Ale kosztem czegoś.

Zdrowia psychicznego na pewno, do czego Jan przyznał się dopiero pod koniec życia. Bo wcześniej, również w rozmowie ze mną, twierdził, że gdy aktor wychodzi z teatru, odwiesza rolę razem z kostiumem. Po latach, przywołując tę postać, powiedział, że to niebezpieczne zło, które może człowieka przeniknąć.

Jan Nowicki i kobieta, dla której stracił głowę. „Chciał mieć z nią dzieci, oświadczał się”

W stosunku do kobiet był z niego niezły bies.

Trochę anioł, trochę bies - jak w tytule mojej książki. Bywał romantyczny, ale też choćby w stosunku do Márty okrutny. I jak we wszystkim pełen sprzeczności, ale i wdzięku. Mawiał na przykład: „Jeżeli mężczyzna zdradza, to popełnia czyn ohydny, gdyż nie starcza mu kobiety, którą pokochał. Jeżeli nie zdradza, to także popełnia czyn ohydny, gdyż nie wie, że świat jest pełen urodziwych, fantastycznych, czekających dziewcząt i kobiet. Gdzie nie spojrzeć, ohyda”.

Zaskoczyła mnie skala jego „podbojów”.

Jacek Bromski zastanawia się, ile mógł mieć romansów: półtora tysiąca, dwa tysiące? I uważa, że tylko Andrzej Łapicki mógłby z nim konkurować. A jednocześnie Jan Nowicki był tytanem pracy - zagrał w 200 filmach i 50 przedstawieniach teatralnych. Kiedy to wszystko zdążył zrobić?

Mizogin?

Zdania są na ten temat różne. Według Zanussiego miał w sobie nieskrywaną mizoginię, cechę kobieciarzy. Liliana Komorowska, jego krótkotrwała fascynacja i filmowa partnerka w filmie „Krab i Joanna”, jako mężczyzną mocno się nim rozczarowała. Uważa, że był zakochany tylko w sobie. Z kolei Paweł Potoroczyn broni Jana: bywał potwornie złośliwy, ale nie miał w sobie ani pogardy, ani poczucia wyższości wobec nikogo. A mizogin z niego żaden.

Wzorzec męskości Nowickiego, trochę supersamca, zdezaktualizował się.

To prawda, a on bywał macho. Na przykład taka scena: do krakowskiej kawalerki Nowickiego o drugiej w nocy wpada Piotr Skrzynecki z drugim Piotrem, Fersterem. Panowie zasiadają w kuchni i przy butelce toczą rozmowy o życiu i sztuce. Po jakimś czasie Skrzynecki stwierdza, że coś by zjadł. Wtedy Nowicki wychodzi do pokoju, skąd przyprowadza zaspaną dziewczynę i mówi: „Zrób panom kanapki”.

Patriarchat w czystej formie.

A ona idzie i robi im te kanapki! I nie jest to jakaś przypadkowo poznana dziewczyna z baru, tylko aktorka dziś z powodzeniem uprawiająca swój zawód. Ale bywał też inny. W jego miłości do Małgorzaty Bajury były i czułość, i opiekuńczość, i potrzeba bliskości. Chciał mieć z nią dzieci, oświadczał się. Konsekwentnie odmawiała, nie widziała go w roli męża i ojca.

Dopiero z pani książki dowiedziałam się o tej kobiecie, dla której najwyraźniej stracił głowę.

Bo nikt o tym nigdy wcześniej nie pisał. Małgosia długo zastanawiała się nad tym, czy się ze mną spotkać. I jestem jej bardzo wdzięczna, że zechciała mi o tym wszystkim opowiedzieć. Podarowała mi też wzruszające listy i kartki, które Jan słał do niej z całego świata. To naprawdę piękna historia. Bardzo burzliwa. W tym wszystkim tkwiła przecież Márta, wieloletnia partnerka Nowickiego. Dla obu kobiet to był trudny układ. Mimo że Mészáros z Nowickim mieli otwarty związek, one starały się nie wchodzić sobie w drogę.

Z perspektywy lat Małgorzata Bajura mówi: „Przeżyłam przygodę życia. Moje pięć lat z nim jest jak czyjeś całe życie”.

Z jednej strony uważa, że był wyjątkowy i cudowny, ale z drugiej - narcyz. Gdy się poznali, ona miała 28 lat, on 43. Małgosia była kostiumografką na planie „Wielkiego Szu”. I piękną kobietą. Oszalał na jej punkcie. Choćby taka historia: po zakończeniu zdjęć każde wróciło do siebie – Jan do Krakowa, Małgorzata do Wrocławia. Niespodziewanie w środku nocy obudziło ją pukanie do drzwi. Otwiera, a tam Jan otwiera dużą torbę, wyciąga z niej ręcznie kuty sztylet i mówi: „Przyjechałem cię zabić, bo nie mogę bez ciebie żyć!”. Kochał efekt.

W jednym z listów do niej pisze: „Oskarżam Cię, nienawidzę Ciebie, brzydzę się Tobą. Błagam Cię o przebaczenie, o wyrozumienie, o mokrą zimną rękę, którą położyłabyś na moje rozpalone czoło”. Nowicki romantyk?

Bywał. Małgorzata opowiedziała o spotkaniu z Janem kilka lat po rozstaniu. Zdążyła już wyjść za mąż, była w ciąży. Siedzą sobie o zmierzchu nad hotelowym basenem, miło rozmawiają i Jan niespodziewanie pyta: „Gosik, no i co? Jak tam z nami jest?”. Ona na to: „Janku, nic z nami nie jest, bo jestem w ciąży”. I on w tym zachodzącym słońcu, w pięknej scenerii, mówi: „Zobacz, łza mi leci. Stary wielki aktor płacze nad niezrealizowaną miłością”. Dla niej był to już teatralny gest.

Dosadnie podsumowała to po latach Márta Mészáros.

Nawet bardzo. Ona go bardzo kochała, zagrał w jej 19 filmach, ale też mówiła, że bycie żoną Jana Nowickiego jest niemożliwe. Wiedziała o jego zdradach i wszystko mu wybaczała. No ale w końcu, po 30 latach, nawet ona nie wytrzymała, wróciła na stałe do Budapesztu. Kiedy obydwie te historie należały do przeszłości, kobiety przypadkiem wpadły na siebie w Warszawie. Zaskoczona Márta pyta: „Małgosia, to ty?”. „Mártusia, cześć!” - wita się Bajura. A Márta: „Popatrz, ten ch…j Nowicki tylko nas dwie kochał, a inne jedynie pier…lił”. (śmiech)

Jan Nowicki i tajemnicza córka. „O jej przyjściu na świat nie wiedziała nawet rodzina”

Kolejna tajemnica i trudny temat: córka.

Wielu jego przyjaciół o istnieniu Sajany dowiedziało się dopiero pod koniec życia Jana. O jej przyjściu na świat nie wiedziała nawet rodzina Nowickiego; o narodzinach Łukasza wiedzieli wszyscy. Z jego mamą, lekkoatletką Barbarą Sobottą, Jan rozstał się, gdy chłopiec miał trzy lata. Irena Paszyn, historyczka sztuki i mama Sajany, od początku na ojca swojej córki nie mogła liczyć. Dla mnie uderzające było to, że w latach 70. Nowicki nawet w swoich wnioskach paszportowych nie podawał, że ma córkę. A przecież miał świadomość, że formularze są sprawdzane przez SB... W trakcie stanu wojennego Sajana zamieszkała z mamą w Niemczech. I tam odnalazła ją Márta Mészáros. Była niezwykle rodzinna, miała w sobie potrzebę jednoczenia wszystkich. I to jej zależało na tym, by dzieci Jana się poznały, a on poczuł, że ma dwoje dzieci, a nie jedno. Zorganizowała im nawet wspólny wyjazd nad Balaton. Sajana miała wtedy 15 lat.

Poczuł się ojcem?

Na ile potrafił. A jak sam przyznawał, potrafił niewiele. Wylewnym ojcem nie był również dla Łukasza. Dla niego to też był rodzic daleki, raczej wielki nieobecny. To nie były łatwe relacje. Po latach Sajana bywała u Nowickiego w jego domu w Krzewencie, również ze swoimi dziećmi. Była też na ślubie ojca z Małgorzatą Potocką. Lubi wspominać, jak latem pływali w jeziorze, oglądali telewizję, palili papierosy, pili wódkę i rozmawiali. Interesował się jej sprawami, ale nie ingerował - czuł, że nie ma do tego prawa.

Jan Nowicki i Małgorzata Potocka
Jan Nowicki i Małgorzata Potocka
fot. agencja akpa

"Reżyserzy przestali go angażować. Stał się aktorem niepewnym"

Co zostaje po Janie Nowickim?

Na pewno legenda. I jego sztuka, aktorstwo. Bardzo żałuję, że nie zarejestrowano genialnych spektakli, w których zagrał u Wajdy: „Biesów” i „Nastasji Filipowny” według „Idioty” Dostojewskiego. To były arcydzieła, a Jan był w nich magnetyczny, porażający. Jerzy Stuhr przyznał, że w teatrze Jan był jego idolem. Rolę Nowickiego w „Nocy listopadowej”, też w reżyserii Wajdy, określił jako prawdziwą szarżę, „operowe aktorstwo”.

Ale potem zraził do siebie reżyserów?

Zawsze miał opinię trudnego, ale z czasem angażowanie go stało się ryzykowne. Swego czasu Andrzej Domalik miał wyreżyserować w Warszawie „Trzy siostry” Czechowa. To miało być wydarzenie, a skończyło się dramatem. Nowicki, któremu reżyser powierzył rolę Wierszynina, przyjeżdżał na próby z Krakowa i często nocował u Ewy Telegi i Andrzeja Domalika. Dzień przed próbą generalną też się zjawił ze swoim egzemplarzem tekstu – mówił, że chce go jeszcze przejrzeć przed snem. Rano Domalik zagląda do gościnnego pokoju, a Jana nie ma... Uciekł, zostawił tylko egzemplarz sztuki na idealnie zasłanym łóżku. Do spektaklu nie doszło. Powstał za to film „Łóżko Wierszynina”. Bez Nowickiego.

Od Krystiana Lupy też uciekł.

Z „Bezimiennego dzieła” według Witkacego zrezygnował po jednym przedstawieniu. A był to bardzo dobry spektakl i podobno Nowicki świetnie zagrał. Dlaczego odszedł? Nie wiadomo. Tych ucieczek było więcej. Dwa razy uciekł Grzegorzewskiemu z „Wesela”. Trudno więc się dziwić, że reżyserzy przestali go angażować. Stał się aktorem niepewnym. Ale on z własnego wyboru zaczął się wycofywać, odrzucił wiele ról w teatrze i w filmie.

Za dużo alkoholu, strach przed oceną?

Krystyna Demska-Olbrychska uważa, że Jan był przekonany o własnej niezwykłości. Z jednej strony twierdził, że nie dostaje już tak fascynujących propozycji jak kiedyś, z drugiej, w swoim mniemaniu „stracił cząstkę swojej boskości” i nie chciał się rzucać publiczności na pożarcie. Jak mówi Krzysztof Zanussi – oscylował między samozachwytem a niezwykle krytycznym spojrzeniem na siebie.

W kinie jego talent nie został chyba do końca wykorzystany?

Powiedział mi kiedyś, że większość filmów, w których zagrał, była zupełnie niepotrzebna. Że był takim pastelowym chłopcem, trochę się podobał kobietom i grał głupoty, ale bez entuzjazmu. A dlaczego grał? Raz decydowała o tym ładna partnerka, raz wyjazd za granicę, innym razem pieniądze. Ale na pewno kilka filmowych ról po nim zostanie. Choćby kultowy Wielki Szu, Józef z „Sanatorium pod Klepsydrą” Hasa czy książę von Teuss w „Magnacie”. No i mniej u nas znana rola Imre Nagya w „Niepochowanym” Mészáros.

Kazimierz Kutz nazwał go „wstydliwą pipką”.

A Jan na to, że to jedno z najinteligentniejszych określeń pod jego adresem. Bo zawsze był wstydliwy i taki pozostanie. Mógł się wydawać osobą niezwykle pewną siebie. Ale jeśli się sięgnie do jego literatury, a zwłaszcza poezji, ukazuje się nam niezwykle wrażliwy człowiek. Pisał o naturze, miłości i wierze. O Janie Nowickim można by mówić nieskończenie. Moja książka liczy sobie 750 stron, a i tak wielu historii nie opisałam. Gdy spotkałam się z Krystyną Demską-Olbrychską, ona w pewnym momencie zauważyła: „Zobacz, rozmawiamy tyle czasu o Janku i nie możemy opowiedzieć wszystkiego. Bo o nim można opowiadać, a nie da się opowiedzieć. To nigdy się nie zamknie, nie złoży”. I ten margines niedopowiedzenia jest bardzo ciekawy.

Wyreżyserował sobie cały pogrzeb.

Miał gotowy scenariusz. Wręczył go swojej drugiej żonie Annie i co jakiś czas nanosił poprawki. Sam sobie napisał nekrolog. Zresztą świetny: „Jasiu, żyło nam się razem dobrze, ale już wystarczy. Jan Nowicki”.

Aleksandra Szarłat - Dziennikarka, autorka książek, m.in. „SPATiF. Upajający pozór wolności”, „Pierwsze damy III Rzeczpospolitej”, „Celebryci z tamtych lat”, „Prezenterki. Tele-PRL” i „Żuławski. Szaman”. Jej najnowsza publikacja to „Jan Nowicki. Trochę anioł, trochę bies” (wydawnictwo Agora).

Kim był Jan Nowicki?

Jan Nowicki: 1939–2022 Absolwent krakowskiej PWST (1964). Na scenie debiutował w 1965 roku w Starym Teatrze w Krakowie, z którym potem był związany ponad 30 lat. Na wielkim ekranie po raz pierwszy pojawił się w 1963 roku, w sumie wystąpił w 200 filmach. Najbardziej znane role zagrał w „Wielkim Szu”, „Magnacie”, „Spirali”, „Sanatorium pod Klepsydrą” i „Niepochowanym”. Do historii teatru przeszły natomiast jego role w spektaklach w reżyserii Andrzeja Wajdy „Biesy”, „Nastasja Filipowna” i „Noc listopadowa”.

 

Tekst ukazał się w magazynie PANI nr 01/2026