Relacje

"Nie będę dłużej spełniać oczekiwań rodziców. Niech krzyczą, niech zrywają kontakt. To niczego nie zmieni"

"Nie będę dłużej spełniać oczekiwań rodziców. Niech krzyczą, niech zrywają kontakt. To niczego nie zmieni"
Fot. 123RF

Czy rodzice zawsze mają rację? Bohaterka tej historii na własnej skórze przekona się, że czasami warto słuchać samego siebie i podążać własną drogą. 

Lekcja była jedna - tylko intensywna praca popłaca 

Moi rodzice ciężko pracowali na to, co mieli. W smutnych i szarych latach osiemdziesiątych mama potrafiła wyczarować banany, czekoladę, mięso spod lady i prawdziwe levisy. Ale by je dostać, musiałam zasłużyć. Podobnie jak na oszczędną pochwałę z jej ust czy uśmiech zadowolenia taty. Kary i krytyka były towarem znacznie mniej deficytowym w naszym domu…

Zostałam wychowana w etosie pracy, więc wiedziałam, że nic samo nie spada z nieba. Od małego byłam staranna i obowiązkowa. Pilnie się uczyłam, grzecznie odrabiałam lekcje, nie pomijając zadań dla chętnych, i zawsze byłam przygotowana na odpytywanie lub kartkówkę. Na maturze osiągnęłam najlepszy wynik w szkole. Na studiach prawniczych skupiałam się na wkuwaniu paragrafów i precedensów. Nie znałam studenckiego życia, pełnego imprez i zabawy, bo nie miałam na to czasu. Liczyło się zdobywanie wiedzy i bycie najlepszą. Tego chcieli ode mnie rodzice. Bym nie umarła z głodu, by nie musieli dorosłej córki utrzymywać, by nie musieli się za mnie wstydzić.

Moja pierwsza praca: asystentka w dziale prawnym. Niski szczebel, ale wiedziałam, że jeśli się postaram, dotrę wyżej. Znaczenie wyżej. Więc się starałam, na dwieście procent. Nieproszona zostawałam na nadgodziny, a kiedy wszyscy umawiali się, że biorą urlop w okolicy długiego weekendu – żeby go jeszcze przedłużyć – ja jedna się wyłamywałam. Wolałam zagłębiać się w dokumenty, porównywać, robić uwagi na marginesach. W efekcie nie miałam znajomych, z którymi mogłabym gdzieś wyjść po pracy, za to rodzice wreszcie byli ze mnie dumni.

– Kolejna umowa i to z wyższą pensją! – Tata uśmiechał się do mnie, czytając kontrakt, który dostałam. – Brawo.

– A z nadgodzinami i ekwiwalentem za urlop będzie jeszcze więcej! – pochwaliłam się. – Co prawda kadry chcą mnie koniecznie wysłać na urlop, bo niby higiena pracy…

– Od braku urlopu jeszcze nikt nie umarł – przerwała mi mama. – Za to od braku pracy i wypłaty owszem.

Tym byłam straszona od małego. Może nie konkretnie śmiercią głodową, ale skończeniem jako nieudacznik żyjący z zasiłków. U podwalin etosu ciężkiej pracy w naszej rodzinie leżał strach. Bez pracy nie ma kołaczy – wpajano mi tę zasadę od maleńkości, więc święcie w nią wierzyłam. Była moim mottem, moim kredo życiowym, moją mantrą.

Praca niemal od świtu do nocy przynosiła wymierne korzyści – oszczędności na moim koncie rosły. Leżały i gromadziły odsetki, bo nie miałam gdzie ani kiedy ich wydawać. Mieszkanie wynajmowałam. Samochodu nie posiadałam, bo nie znalazłam czasu, by zrobić prawo jazdy. Na podróże potrzebny był urlop, którego nie brałam. Imprezować nie miałam z kim, nawet gdybym umiała balować. Inne rozrywki czy przyjemności, choćby zakupy? Uważałam je za zbędną rozrzutność. Odkładałam na własne mieszkanie, które chciałam kupić bez kredytu. Bo kredyty, pożyczki i raty to pułapka – bierzesz cudze, oddajesz własne – kolejna mądrość wyssana z mlekiem matki.

"Moje życie obracało się więc głównie wokół pracy, do czasu..."

Moje życie obracało się więc głównie wokół pracy.

– Jestem bardzo z pani zadowolony, dlatego chciałbym rekomendować panią na stanowisko kierownika działu prawnego. No, na razie zastępcę kierownika, ale… to tylko kwestia czasu. Jest pani nie tylko bystra i zdolna, ale też solidna i wyjątkowo pracowita. Tak trzymać! – Dyrektor podał mi dłoń i uścisnął mocno.

Tak skończyliśmy spotkanie, na którym omawialiśmy moje wyniki roczne. Były dwa razy wyższe niż wynosiła przeciętna. Firma to doceniała, firma mnie hołubiła…

– Kinga, wyszłabyś z nami. No, serio, jak mamę kocham! Nie samą pracą człowiek żyje. – Wysoki głos Kaśki wbił się w mój mózg i przedarł przez zajmujące go paragrafy.

– Idźcie beze mnie i bawcie się dobrze, chcę to skończyć…

– Jak zwykle. Odcisków na mózgu dostaniesz, zobaczysz – usłyszałam jeszcze, a potem zapadła cisza.

Westchnęłam i ponownie skupiłam wzrok na ekranie komputera.

– No dobrze, co trzeba zrobić na już? – Sławek, nowy pracownik, usiadł obok mnie.

Aż podskoczyłam z wrażenia.

– Co…? Co ty tu…?

– Jak ci pomogę, to szybciej wyjdziemy. Jeszcze może zdążymy na to piwo reszta ekipy. Z czym się nie wyrabiasz?

Zaskoczył mnie i prawie wzruszył. Pomyślał, że mam zaległości i dlatego siedzę po godzinach w biurze. Nie, mój drogi, jestem firmową pracoholiczką. Ale ty o tym jeszcze nie wiesz. Jako jedyny nie masz pojęcia, że wolę pracować, niż iść do pubu czy gdziekolwiek. Jesteś dla mnie miły i nie uważasz mnie za dziwaczkę lub karierowiczkę. Na razie…

Dotąd nikt nie zaproponował mi pomocy. Może dlatego nie umiałam odmówić i muszę przyznać, że to było całkiem przyjemne – pracować z kimś, a w międzyczasie zamienić parę zdań na niezawodowy temat, pożartować… Pierwszy raz w moim życiu, będąc w biurze, nie poświęcałam się w pełni pracy.

– To co? Dołączamy do nich? – spytał, gdy skończyliśmy. – Albo… może sami gdzieś wyskoczymy na kawę lub drinka?

I znowu nie potrafiłam mu odmówić. Dyskretnie ziewałam, marzyłam o odprężającej kąpieli i moim wygodnym łóżku, ale grzeczność nakazywała się zgodzić. Taka nagroda za pomoc.

Poszliśmy do spokojnego pubu, gdzie zamówiłam wodę mineralną. Rodzice wpoili mi nieufność nie tylko do kredytów, ale też do wszelkich używek, które drążą kieszeń i ograbiają umysł z szarych komórek. Siedzieliśmy, sączyłam wodę z limonką i czułam się coraz bardziej niezręcznie. Unikałam jego wzroku, nie wiedziałam, co mam robić, o czym z nim rozmawiać. Pracoholikom brakuje wprawy w randkach, podobnie jak w niezobowiązujących pogawędkach czy flirtach.

To Sławek przejął na siebie rolę wodzireja konwersacji. Podrzucał tematy, zadawał pytania, dowcipkował. Zanim się zorientowałam, rozprawiałam ze swadą lwicy salonowej i zaśmiewałam się w głos. To było dla mnie zupełnie nowe i zaskakująco odświeżające doświadczenie. Na koniec Sławek podwiózł mnie do domu.

– Świetnie się bawiłem, może to kiedyś powtórzymy?

– Czemu nie – odparłam pod wypływem impulsu.

Dopiero później, już w łóżku, uznałam, że chyba oszalałam. Widzę po moich współpracownikach, jak trudno im łączyć życie rodzinne z pracą. Albo jedno cierpi, albo drugie jest zaniedbywane. Jasne, od picia sodówki z limonką do ślubu daleko droga, ale po co ryzykować? Nie mogę pozwolić, by coś mnie rozpraszało, zwłaszcza tuż po awansie. Muszę się starać jeszcze bardziej, by dyrektor nie pomyślał, że osiadałam na laurach.

Nazajutrz zamierzałam ignorować Sławka, ale kiedy się do mnie uśmiechał, mimowolnie odpowiadałam tym samym. A kiedy przez kilka dni nieustępliwie, acz bez natarczywości ponawiał zaproszenie na kolację, ustąpiłam. Kamień by zmiękł…

Zaczęliśmy się spotykać. Sporadycznie, bo praca nadal była dla mnie najważniejsza, ale z wyraźną intencją, która czyniła z nas parę. Poznałam jego rodzinę. On mojej nie. Zwlekałam.

– Jestem twoim wstydliwym sekretem? – pytał niby żartem.

Nie wstydziłam się go, tylko… Bałam się reakcji rodziców. Czułam, że nie będą zadowoleni. I nie tyle chodziło o niego, co o mnie. Mama nieraz wypominała mi w złości, że beze mnie, bez obciążenia w postaci dziecka, dalej by zaszła, więcej by osiągnęła. Tata nie zaprzeczał. Byłam ich balastem i powinnam im to zrekompensować – pracować, awansować, zarabiać coraz więcej, nie tracić czasu na romanse czy inne głupoty. Takie jak rodzina…?

Nasz związek stał się jednak zbyt poważny, bym dłużej go ukrywała.

O ile w salonie rodzice byli grzeczni i uprzejmi, to w kuchni mama dała upust swoim prawdziwym uczuciom i wysłuchałam wielu gorzkich słów. Że zawodzę ich oczekiwania, że dla byle kogo ryzykuje swoją karierą, że powinnam natychmiast z nim zerwać, jeśli nie chcę skończyć na zasiłku…

– Dlaczego tak pani do niej mówi? – w perorę mamy wdarł się wzburzony głos Sławka. – Nie mogę tego słuchać – spojrzał na mnie – wybacz, Kinga, ale wychodzę. Idziesz ze mną? – Wyciągnął rękę w moim kierunku.

Wystraszyłam się. Znów byłam małą dziewczynką, która powinna słuchać rodziców, bo to oni zawsze mają rację i najlepiej wiedzą, co jest dla mnie dobre, ale… Spojrzałam na zaciętą minę mojej mamy i szczerze zmartwioną twarz Sławka. Po czym dokonałam instynktowego wyboru: podałam dłoń człowiekowi, który mnie kochał, i wyszłam.

Rodzice nie zawsze mają rację

Od tamtego dnia uczę się odpuszczać. Uczę się, że pracuję, by żyć, a nie żyję, by pracować. Uczę się, jak wydawać pieniądze na przyjemności i jak bez wyrzutów sumienia korzystać z czasu wolnego. Z pomocą Sławka idzie mi coraz lepiej. Zaplanował wyjazd na Kostarykę i namówił mnie do wzięcia urlopu. W kadrach usłyszałam: „no, wreszcie!”. Awans dostałam mimo tego, że „bezczelnie” pojechałam sobie latem na wakacje. A rodzice…

Obrazili się. Uznali mnie za niewdzięczne dziecko, które zeszło na złą drogę. Umywają ręce i mam ich nie szukać, jak zostanę bez pracy, domu, środków do życia, z dzieciakiem u piersi…

Absurd. Taka sytuacja się nie zdarzy. Za dobrze mnie wytresowali.

Tylko po co? Kim miałam być w ich idealnym planie? Samotną starą panną, bez męża, dzieci, przyjaciół, hobby, która poświęca się pracy i opiece nad starzejącymi się rodzicami? Takiego losu dla mnie chcieli? No to popsuję im szyki.

 

 

 

 

Więcej na twojstyl.pl

Zobacz również